Bydgoszcz i Torunia smak polecają się na weekend

Bydgoszcz i Torunia smak polecają się na weekend.
Ilość dni: 2
Ilość osób: 2
Nocleg: Jedzenie: (w tym obiady, śniadania, przekąski na mieście i napoje) – 123 zł /2 osoby/2 dni
Paliwo: Lublin-Obory-Bydgoszcz-Toruń-Obory-Lublin ok 1004 km – 225,78zł
Bilety: 32 zł Parking: 7 zł
Koszt całkowity: 387,78 zł
Koszt na osobę: ok 193,89 zł
Koszt na dobę/osobę : 96,95 zł

Rozpościerając nogi na kanapie z czarującym zapachem czarnej kawy, przykrywam się kocem jeszcze by zabrać się za pisanie. Jesienna aura, mimo mieniących się złocistych liści okrasiła nas jeszcze nie małym deszczem. Choć lubię gdy lekka mżawka pokryje bruk starych uliczek to tu w niedziele tego deszczu było o parę kropel za dużo. Więc grzeję się kawą i historią podróży, którą zaraz opowiem. Jak co piątek prawie dwie małe walizki na kółkach stały tuż przy drzwiach czekając jakby zbliżającej się podróży. A ta była raczej z tych wyjątkowych. Bo wczesnym wieczorem wybraliśmy się w podróż do Obór… miejscowości z cudownym sanktuarium, gdzieś na uboczu świata.

Miejscowość żyje własnym nienaruszonym życiem, gdzie dzień wyznaczają jedynie wschody i zachody. Nikt z tym walczyć nie chce bo tak w sumie jest dobrze. Koniec prac na polach i spadające liście nadały uroku temu miejscu, podkreślając jego stonowany okres w roku. Miejsce, które ugościło nas noclegiem przez cały weekend. A znaleźliśmy się tam dzięki naszemu przyjacielowi, który jest zakonnikiem i pojechał z krótką misją w tamte piękne strony. Wirtuoz słowa i skarbnica wiedzy historycznej. Uwielbiam rozpoczynać dyskusję historyczną z nim, bo zawsze w rękawie habitu ma jakieś historyczne smaczki o których wiedzą nieliczni. I tak to spacerując ogrodem zakonnym dotarliśmy do końca dnia pierwszego naszej przygody.

Dzień drugi pod względem pogody okazał się wyśmienity. Poranne słońce zajrzało przez okna starego klasztoru, którego szerokie ściany skrywają nie jedną tajemnicę. Niestety historia też nie oszczędziła tego miejsca, bo właśnie tu jak i w wielu miejscach sakralnych w czasie drugiej wojny światowej dokonywano mordów na duchowieństwie. W takich momentach zawsze zastanawiam się jak do tego doszło i w jaki sposób ktoś wcześniej nie zobaczył tego co nadchodzi… ciężkie i trudne to dla mnie. Po pysznym śniadaniu wsiedliśmy do samochodu i kierowaliśmy się w stronę Bydgoszczy. Zanim jednak do niej dotarliśmy postanowiliśmy spędzić parę chwil na zamku Golub – Dobrzyń. Sama budowla zachowana naprawdę w dobrym stanie. A armaty nadawały jedynie animuszu miejscu. Zwiedzanie jednak pozostawiało sporo do życzenia. Brak oznaczeń kasy biletowej, wskazówek gdzie i jak iść, a całość dopełniło to, że sami musieliśmy znaleźć przewodnika, który już czmychnął z kilkoma osobami na teren zamku. Faktem jest, że mówił mega fajne rzeczy, szkoda tylko że mogliśmy tego słuchać dopiero od połowy. Cena biletów w połączeniu z biletem parkingowym, może nie była zbyt wygórowana…ale jak na taką cenę… raczej spodziewaliśmy się czegoś więcej.

Zaliczone, ale czy polecę dalej?! Historycznie – tak. Usługowo – nie.
Po lekkim zniesmaczeniu zaistniałą sytuacją, napajając się widokiem monumentalnego zamku ruszyliśmy w stronę Bydgoszczy… gdzie wiadomo kojąco działa na nas pizza. Po wrzuceniu czegoś na ząb ruszyliśmy w stronę Opery, która całkiem ładnie łączy się nowoczesnością z budynkami z cegły. Następnym miejscem był rynek z bydgoskim zegarem, południkiem oraz pięknym pomnikiem pomordowanych w czasie wojny. Na rynku niektóre płyty są w innym kolorze. Jest to rys fundamentów kościoła karmelitów z którego zachowały się stalle, które dziś można zobaczyć w katedrze. Ponadto Matka Boska z Różą, piękny obraz unikat na skalę światową. Wychodząc z kościoła udaliśmy się bulwarem w stronę mostu przy której spotkaliśmy postać tak podobną do tej lubelskiej. Mnogość monumentów i murali na blokach daje poczucie niedocenionego artyzmu tego miejsca. Ostatnim miejscem przed wyspą i tutejszą Wenecją miało być muzeum Mydła i historii brudu lecz z powodu COVID ilość miejsc była zdecydowanie ograniczona i mogliśmy wejść ale dopiero następnego dnia. Po lekkiej kawie na wyspie udaliśmy się w drogę powrotną.

Zostawiając Bydgoszcz z lekkim niedosytem, bo to muzeum ponoć palce lizać. Dzień trzeci to zapowiadany wcześniej deszcz, a właściwie niemalże nie kończąca się ulewa jedynie z kilkoma oknami pogodowymi. Szczęściem było, że Toruń odwiedziliśmy już kiedyś lecz chcieliśmy dopieścić oczy tymi ceglanymi budynkami, ruinami krzyżackiego zamku czy choćby krzywą wieżą. Kolejne kupieckie miasto, w którym mieliśmy przyjemność spacerować wśród mokrych uliczek, które zostało dotknięte (zresztą jak cały świat) covidem.

Muzeum piernika jest super opcją, ale nie w momencie gdy nie ma słuchawek do multimediów i nie można upiec własnego piernika. Poczekamy i pójdziemy gdy to się skończy. Faktem jest, że nawet w tak deszczowy dzień znaleźliśmy parę cieszynek. Jak smok, jak maluczcy na murach czy wesoły Pan próbujący dojeżdżać historycznego karnego osiołka. Otulając się kocem i siorbiąc z lekka kawę, stwierdzam, że Bydgoszcz i Toruń na weekend to świetny traf. Nawet jak pogoda nie ta. Byle było mniej na świecie wirusa. Jeden weekend Te dwa miasta. Wystarczy. Niby krótko, ale przesiąkliśmy tym miejscem i wcale nie chodzi o to że była zła aura. Było pięknie, architektonicznie i stylistycznie. Wrócimy, po te dwa muzea. Tymczasem uciekam się grzać, kawę popijać i dumać, rzeczy dosuszać i odpoczywać. Potem wypiję jeszcze parę kaw i razem ruszymy na szlak.
Taką nadzieję mam ja, staś.
No i ta co ma pomysł na świat, Kasia.