Nadwiślańska noc

Ilość dni: 1
Ilość osób: 2
Prowiant: kanapki, woda – 14,39 zł
Transport: ok 150 km ok 33 zł
Koszt całkowity: 47,39 zł ; 23,69 zł/os.

Wyruszając w sobotnie popołudnie na zachód słońca z zamiarem spania, już po mapach pogodowych wiedzieliśmy, że dużo gwiazd to my tej nocy nie zobaczymy. Co nie odstraszyło nas choćby na chwilę i pełni energii ruszyliśmy w wyznaczone wcześniej miejsce. Po krótkich zakupach na kolacje i na śniadanie które kosztowały nas niecałe 15 zł byliśmy w trasie. Punkt który obraliśmy jest jednym z wielu możliwości patrząc z rzeki Wisły. Nieopodal Kazimierza Dolnego z widokiem na Zamek w Janowcu. No cudo!


Dotrzeć na miejsce można na kilka sposobów. Na piechotę, rowerem albo samochodem, który ma wysoki prześwit, a najlepiej jest pędzony na cztery koła. (to akurat przydało się nam do dalszej zabawy). Nie rozkładaliśmy namiotu, postawiliśmy na spanie w samochodzie. Można by rzec, że z czystego lenistwa, ale po prostu nie chcieliśmy suszyć potem namiotu, wiedząc, że padać będzie na bank. A nie … to jednak lenistwo. 🙂 Przed rozbiciem się w takim miejscu należy pamiętać, żeby wcześniej sprawdzić czy oby na pewno można się tam rozbić. Czy to choćby nie jest fragment rezerwatu lub parku, których pełno jest przy Wiśle. (Nie upieram się przy Wiśle, bo jest wiele cudnych miejsc na biwak, ja po prostu lubię tą rzekę)Tak czy inaczej, popijając wieczorną kawę i zajadając się biwakowymi kanapeczkami rozpoczęliśmy ucztę. Dla komarów i meszek, ale uczta to uczta. Cisza przed burzą nasiliła je nieznośnie i nawet specyfiki na insekty nie bardzo chciały działać. Nie trwało to jednak długo, bo wiatr który przyszedł z frontem skutecznie rozgonił całe chmary, a my rozkładając się na krzesełkach mogliśmy podziwiać na niebie świetliste błyskawice i przyjemne pomruki w leniwym tempie zbliżające się do nas. Widok który mieliśmy przed oczami z lekkim szumem liści i traw dodawał klimatu.
Działa kojąco, a zarazem przerażająco pokazując naturę jako nieograniczoną potęgę. Noc przebiegła spokojnie. O ile ktoś uwielbia jak otacza go ściana deszczu, który w tej totalnej głuszy robi nieziemską melodię odbijając się o liście, pobliską wodę czy nawet maskę samochodu. Błogo. Poranek to już chyba standard… do przetarcia oczu i wyjścia na zewnątrz – tragedia, lecz uchylając drzwi atakuje świt w lekkiej mgle prezentując piękno natury. Niesamowity widok. Kawa z takim widokiem budzi wtedy bardziej. Powrót był gładki, choć nie zapomnieliśmy, że nasza dwudziestoletnia honda lubi błoto i umie w błocie. A że popadało to, żal było nie skorzystać. I tak to wróciliśmy bogatsi o parę wspomnień, wydając razem tyle co ja był zjadł wychodząc w sobotę na miasto. Takie wyjazdy choćby na chwilę uczą… pokory uczą i doceniania piękna wokół.


Bo nadejdzie taki dzień, gdy świat ogarnie, że markowe torebki czy znaczek na masce to tylko dodatek… że pościg był zupełnie w innym kierunku.
Takich nocy,
Takich poranków
Takich kaw.
My, Kasia i staś.

Zamość poleca się na mały wypad.

Ilość dni: 1
Ilość osób: 2
Prowiant: kanapki, woda, pizza, kawa – 46,29 zł
Transport: ok 200 km 45,68 zł
Bilet: 2x25zł.
Koszt całkowity: 141,97 zł ; 70,99 zł/os.

Siedząc na balkonie mieszkania, próbuję odchylić się na fotelu jak najmocniej w tył, z jednej strony by leniwie sięgnąć po kubek kawy, który zostawiłem na nasłonecznionych płytkach, z drugiej by jeszcze choć ciut tego słońca zaznać zanim siądę do pisania. Z każdym skracającym się dniem czuję jakby moje wyjazdy były mniej pełne… jakby mi brakowało czasu na architekturę, na książkę w parku czy na pogawędki przy kawie w kawiarni. Ale za to docenić można często mokre od deszczu miasto nocą, gdzie kostka brukowa nadaje uliczkom blasku, a krople deszczu grają marsza na parapetach.

Całą wyprawę zaczęliśmy spontanicznie jak zawsze zresztą z Lublina. Budząc się o świcie lekko zaskoczeni. Zaskoczeni bo miał być pochmurny dzień, a pogoda miała być idealna na latawca, a nie na przechadzki po mieście. Pijąc poranną, budzącą kawę widziałem z okna jak budzi się reszta świata. Pogodnego, słonecznego świata. I tak to w drogę. Na Zamość, do twierdzy. Choć miasto znamy już dość dobrze to często wracamy do Arsenału. Tam znajduje się znakomita plansza z projekcją historii twierdzy i zmian, które jej dotyczyły. Przy Zakupie pełnego biletu można zwiedzić cały obiekt składający się jeszcze z dwóch wystaw. W obu jest broń, tylko że zgrabnie podzielona od siebie epokami. Na szczególną uwagę lekcji historii zasługuje pełne zestawienie o II Wojnie Światowej. Naprawdę ciekawa ekspozycja z klarownymi opisami. Po niespełna 2,5 godzinnej wizycie, naszym kolejnym celem był rynek, który swoim ratuszem i ormiańskimi kamienicami zachwyca stylem. Jeśli mam być szczery to gdybym nie znał całej historii twierdzy, to miejsce było by jedynie piękne architektonicznie. Ale historyczne smaczki nadają temu miejscu jeszcze więcej czaru. Pojecie szwedzkiego stołu, które jest nam tak dobrze znane ma korzenie właśnie w tym miejscu, a poczucie, że tym samym brukiem przechadzali się i przechadzają wciąż światowej sławy artyści pozwala mi uważać, że jest to prawdziwie wyszukane miejsce, zarówno na odpoczynek jak i na to by usiąść w zadumie i tworzyć. Rynek pełen gwaru z letnich ogródków przyciągnął nas na kawę i wiadomo … pizzę. Najedzeni i oczarowani miejscem wyruszyliśmy w stronę rotundy, którą niestety mogliśmy obejrzeć jedynie z zewnątrz z powodu remontu. Miejsce niesamowicie przygnębiające z racji jej historii… W czasie II wojny było to miejsce rzezi, a sama rotunda stała się swoistym pomnikiem osób pomordowanych. Wracając pod mury twierdzy odwróciliśmy się nieśmiało raz jeszcze w stronę rotundy, której remont ma się skończyć niebawem. Wiem, że będę musiał tu wrócić, zobaczyć jak wygląda pomnik, który nigdy nie powinien powstać… bo te czasy nie powinny mieć miejsca.

Coraz mniej się mówi o takich miejscach, o Dzieciach Zamojszczyzny, o historii.

A szkoda… bo historia miast to nie tylko architektura, czy jaki sławny w tej czy innej kamienicy mieszkał. To też jest ważne. Fakt. Lecz czasem warto popatrzeć na takie miejsca przez inny pryzmat.

Wejść w boczne uliczki czy podwórka w kamieniczkach… tam czasem zatrzymuje się świat.

I takich podróży, Nie tylko w hotelach,
a takich by odkrywać,
doświadczać
i zwiedzać.
My, Kasia i staś.

Bydgoszcz i Torunia smak polecają się na weekend

Bydgoszcz i Torunia smak polecają się na weekend.
Ilość dni: 2
Ilość osób: 2
Nocleg: Jedzenie: (w tym obiady, śniadania, przekąski na mieście i napoje) – 123 zł /2 osoby/2 dni
Paliwo: Lublin-Obory-Bydgoszcz-Toruń-Obory-Lublin ok 1004 km – 225,78zł
Bilety: 32 zł Parking: 7 zł
Koszt całkowity: 387,78 zł
Koszt na osobę: ok 193,89 zł
Koszt na dobę/osobę : 96,95 zł

Rozpościerając nogi na kanapie z czarującym zapachem czarnej kawy, przykrywam się kocem jeszcze by zabrać się za pisanie. Jesienna aura, mimo mieniących się złocistych liści okrasiła nas jeszcze nie małym deszczem. Choć lubię gdy lekka mżawka pokryje bruk starych uliczek to tu w niedziele tego deszczu było o parę kropel za dużo. Więc grzeję się kawą i historią podróży, którą zaraz opowiem. Jak co piątek prawie dwie małe walizki na kółkach stały tuż przy drzwiach czekając jakby zbliżającej się podróży. A ta była raczej z tych wyjątkowych. Bo wczesnym wieczorem wybraliśmy się w podróż do Obór… miejscowości z cudownym sanktuarium, gdzieś na uboczu świata.

Miejscowość żyje własnym nienaruszonym życiem, gdzie dzień wyznaczają jedynie wschody i zachody. Nikt z tym walczyć nie chce bo tak w sumie jest dobrze. Koniec prac na polach i spadające liście nadały uroku temu miejscu, podkreślając jego stonowany okres w roku. Miejsce, które ugościło nas noclegiem przez cały weekend. A znaleźliśmy się tam dzięki naszemu przyjacielowi, który jest zakonnikiem i pojechał z krótką misją w tamte piękne strony. Wirtuoz słowa i skarbnica wiedzy historycznej. Uwielbiam rozpoczynać dyskusję historyczną z nim, bo zawsze w rękawie habitu ma jakieś historyczne smaczki o których wiedzą nieliczni. I tak to spacerując ogrodem zakonnym dotarliśmy do końca dnia pierwszego naszej przygody.

Dzień drugi pod względem pogody okazał się wyśmienity. Poranne słońce zajrzało przez okna starego klasztoru, którego szerokie ściany skrywają nie jedną tajemnicę. Niestety historia też nie oszczędziła tego miejsca, bo właśnie tu jak i w wielu miejscach sakralnych w czasie drugiej wojny światowej dokonywano mordów na duchowieństwie. W takich momentach zawsze zastanawiam się jak do tego doszło i w jaki sposób ktoś wcześniej nie zobaczył tego co nadchodzi… ciężkie i trudne to dla mnie. Po pysznym śniadaniu wsiedliśmy do samochodu i kierowaliśmy się w stronę Bydgoszczy. Zanim jednak do niej dotarliśmy postanowiliśmy spędzić parę chwil na zamku Golub – Dobrzyń. Sama budowla zachowana naprawdę w dobrym stanie. A armaty nadawały jedynie animuszu miejscu. Zwiedzanie jednak pozostawiało sporo do życzenia. Brak oznaczeń kasy biletowej, wskazówek gdzie i jak iść, a całość dopełniło to, że sami musieliśmy znaleźć przewodnika, który już czmychnął z kilkoma osobami na teren zamku. Faktem jest, że mówił mega fajne rzeczy, szkoda tylko że mogliśmy tego słuchać dopiero od połowy. Cena biletów w połączeniu z biletem parkingowym, może nie była zbyt wygórowana…ale jak na taką cenę… raczej spodziewaliśmy się czegoś więcej.

Zaliczone, ale czy polecę dalej?! Historycznie – tak. Usługowo – nie.
Po lekkim zniesmaczeniu zaistniałą sytuacją, napajając się widokiem monumentalnego zamku ruszyliśmy w stronę Bydgoszczy… gdzie wiadomo kojąco działa na nas pizza. Po wrzuceniu czegoś na ząb ruszyliśmy w stronę Opery, która całkiem ładnie łączy się nowoczesnością z budynkami z cegły. Następnym miejscem był rynek z bydgoskim zegarem, południkiem oraz pięknym pomnikiem pomordowanych w czasie wojny. Na rynku niektóre płyty są w innym kolorze. Jest to rys fundamentów kościoła karmelitów z którego zachowały się stalle, które dziś można zobaczyć w katedrze. Ponadto Matka Boska z Różą, piękny obraz unikat na skalę światową. Wychodząc z kościoła udaliśmy się bulwarem w stronę mostu przy której spotkaliśmy postać tak podobną do tej lubelskiej. Mnogość monumentów i murali na blokach daje poczucie niedocenionego artyzmu tego miejsca. Ostatnim miejscem przed wyspą i tutejszą Wenecją miało być muzeum Mydła i historii brudu lecz z powodu COVID ilość miejsc była zdecydowanie ograniczona i mogliśmy wejść ale dopiero następnego dnia. Po lekkiej kawie na wyspie udaliśmy się w drogę powrotną.

Zostawiając Bydgoszcz z lekkim niedosytem, bo to muzeum ponoć palce lizać. Dzień trzeci to zapowiadany wcześniej deszcz, a właściwie niemalże nie kończąca się ulewa jedynie z kilkoma oknami pogodowymi. Szczęściem było, że Toruń odwiedziliśmy już kiedyś lecz chcieliśmy dopieścić oczy tymi ceglanymi budynkami, ruinami krzyżackiego zamku czy choćby krzywą wieżą. Kolejne kupieckie miasto, w którym mieliśmy przyjemność spacerować wśród mokrych uliczek, które zostało dotknięte (zresztą jak cały świat) covidem.

Muzeum piernika jest super opcją, ale nie w momencie gdy nie ma słuchawek do multimediów i nie można upiec własnego piernika. Poczekamy i pójdziemy gdy to się skończy. Faktem jest, że nawet w tak deszczowy dzień znaleźliśmy parę cieszynek. Jak smok, jak maluczcy na murach czy wesoły Pan próbujący dojeżdżać historycznego karnego osiołka. Otulając się kocem i siorbiąc z lekka kawę, stwierdzam, że Bydgoszcz i Toruń na weekend to świetny traf. Nawet jak pogoda nie ta. Byle było mniej na świecie wirusa. Jeden weekend Te dwa miasta. Wystarczy. Niby krótko, ale przesiąkliśmy tym miejscem i wcale nie chodzi o to że była zła aura. Było pięknie, architektonicznie i stylistycznie. Wrócimy, po te dwa muzea. Tymczasem uciekam się grzać, kawę popijać i dumać, rzeczy dosuszać i odpoczywać. Potem wypiję jeszcze parę kaw i razem ruszymy na szlak.
Taką nadzieję mam ja, staś.
No i ta co ma pomysł na świat, Kasia.

Więzienny Rów poleca się na …relaks


Ilość dni: 1
Ilość osób: 2
Prowiant: kanapki, woda – 12,45 zł
Transport: ok 233 km ok 53,59 zł
Koszt całkowity: 66,04zł ; 33,02 zł/os.

Siadając do pisania odurzony mocną sypaną kawą z kubka próbuję jeszcze skierować światło lampki prosto w twarz. Szukam nadaremnie jeszcze substytutu dnia, który właśnie chyli się ku końcowi. Mocne jesienne promienie słońca, które towarzyszyły nam podczas tej małej wyprawy, nie odpuszczały nas praktycznie na krok. Gdy tylko mgła postanowiła, że ustąpi wskoczyliśmy w samochód na zdjęcia.

Miał być miejski reportaż, architektura, lecz nie ta piękna tylko taka prosta przerośnięta kiczem i kilka innych tematów. Jednak natura wygrała. Wygrała zdecydowanie. Okolice przed Włodawą zawsze urzekały mnie swoim spokojem. Innym życiem, takim jakby bez zegarków… rytmem bliżej natury. Przejeżdżając przez spokojne miejscowości wyszukiwałem jeszcze na miejscu pasażera miejsca idealnego na zdjęcia… i wygrał Więzienny Rów. Meandrujący ciek wodny, który przecinał płaską okolicę na dwie części. Snując się między łąkami i konarami drzew, które dzielne bobry przytargały nad samą wodę. Widok bajeczny. Wjeżdżając na łąkę widzieliśmy w oddali jeden samotny domek. Przedwojenny, drewniany, pusty. Dowiedzieliśmy się, że wcześniej tu była wieś, cała ogromna osada… ale gdzie?! No właśnie na tej łące, na której właśnie staliśmy.

Urokliwe… urokliwe i zarazem przerażające. To jak to wszystko przemija, a potem ślad po tym wszystkim znika. Zostaje wspomnienie w opowiadaniach przekazywanych przy spacerze albo jakimś nudnym niedzielnym obiedzie. Smutne ciut, tak odejść w zapomnienie. Weselszy jest fakt, że ludzie po prostu się stąd przenieśli, szukając lepszego miejsca… nikt ich stąd ponoć nawet nie próbował przeganiać. Po tym dość specyficznym przeżyciu, szliśmy w dół, razem z prądem rzeki. Mieniące się, spadające liście i ciepła herbata na postawionej bez przyczyny ławce w takich warunkach smakowała najlepiej. Prawdziwie i zdrowo. I do tego powinniśmy dążyć wszyscy w czasie, gdy nieprzyjazny jest świat. Nie do centrum miast lecz zabrać rodzinę albo przyjaciół i naturalnie naturę choć trochę eksplorować. Odkrywać i doświadczać, patrzeć i doceniać. Uczyć się jak życie kreować, jak ciut do warunków się przystosować.

Tego na dziś, na jutro, na zawsze.
Ja, staś
i podróży tej kompan – Grzegorz.

Góry Świętokrzyskie

Góry Świętokrzyskie… to miejsce urzeka.
Ilość dni: 1
Ilość osób: 2
Prowiant: kanapki, woda – 15,40zł
Transport: ok 300 km ok 66,9 zł
Bilety park: 2×8 zł = 16zł
Koszt całkowity: 98,30 zł ; 49,15 zł/os.

Siedząc nad aparatem i ostudzoną kawą rozpływam się jeszcze w tych obrazach pełnych słońca… Dzisiejszy dzień na góry był idealny. Zwyczajnie wyjątkowy, wyjątkowo zwyczajny. To był dobry dzień by zrobić lekko ponad 20 kilometrów w schodzonych już butach. Pogodę już od przebudzenia mogę ocenić na mocną czwóreczkę, a z każdym kwadransem i poranną kawą było coraz lepiej. 150 km od Lublina parking przy wejściu na szlak już cały był skompany w jesiennym słońcu, co jedynie napawało jeszcze większą żądzą przygody. Amatorów niskich, jednych z najstarszych w Polsce gór było sporo jedynie na początku szlaku i na końcu przy Zakonie Oblatów na Łysej Górze.

Cała reszta trasy, wyjątkowo spokojna. Jedynie ganiające po drzewach wiewiórki robiły rumor gubiąc szyszki i orzeszki z pobliskiego pola. Widok nieziemski. Cały Park usiany liściastym, cudownym dywanem, który ciągnął się aż po horyzont. Cudownie!I mógłbym się rozpływać nad pięknem tego masywu, lecz chyba zdjęcia oddają to piękno choć trochę. Wracam tu czasem, na ten niski masyw. To rowerem, to podreptać ciut szybciej, to powłóczyć się jakby bez celu… i za każdym razem jakoś inaczej widzę te góry. To miejsce, ten szlak. Jedyne co mnie zaskoczyło i to raczej nie na plus to, że za Gołoborza trzeba dodatkowo płacić, nawet jak ma się bilet do Parku. Z jednej strony rozumiem, bo chcą o to dbać. Fakt. Z drugiej zaś strony jak płacę za park to nie płacę już za wejście by podziwiać widoki z Zawratu, Giewontu czy Morskiego Oka. Dziwne więc. Ale może oni widzą w tym większy sens. Może nie wiem. Chciałbym napisać też w jakiej byliśmy restauracji, jaką kawę piliśmy i że pizza była całkiem niezła. Ale wiemy jak jest… tylko na wynos. Więc wzieliśmy kuchnie i na parkingu ugotowaliśmy obiad. Czyli się da. (No dobra, odgrzaliśmy…fakt, ale zjedliśmy normalnie, taka zabawa. )Zatem nie wydaliśmy milionów jak zwykle zresztą.

Przeżyliśmy parę pięknych chwil, Zjedliśmy i wróciliśmy. Każdy wybiera swą drogę. I jeśli chce okiełznać przygodę to szuka i w tym szukaniu trwa. Bo jeśli nie chce to jedynie gada, że skucha i że się nie da. Tego byśmy co i raz wyszli razem na szlak!

My, Kasia i staś.

Czarnolas poleca się…

Czarnolas poleca się…. na małe popołudnie.
Ilość dni: 1
Ilość osób: 2
Prowiant: woda, kanapki – 13,46 zł
Bilety muzeum: 20 zł
Transport: aktualnie 45 km – ok 15 zł
Koszt całkowity – 48,46zł; 24,23zł/os.


Jak świat długi i szeroki,
każdy chciałby jak najdalej kierować swe kroki.
A tuż za wodą, za małym pagórkiem,
za bukszpanu parkanem,
czy jak wolisz – murkiem.
Są miejsca jeszcze warte naszego odkrycia,
gdzie nie trzeba łożyć milionów do podróży odbycia.
I mogę tak prawić o tym co widziałem,
o tym gdzie byłem dziś i co odkrywałem.
O tym, że jak się siądzie na kamieniu u Pana Jana,
To dusza weną twórczą zostanie obdarowana,
O tym, że w cenie biletu słuchałem audioprzewodnika.
O tym, że szukałem po parku kilkusetletniej lipy,
Lecz nie ma już tej lipy, są za to pomniki.
I o tym, że jeśli ktoś jest pogrążony w wierze,
to w kaplicy przy dworze zmówić może swe pacierze.
I mimo chłodu, powierzchownego mrozu,
można było się wykąpać w tym poetyckim morzu.
Stworzonym z wierszy, trenów i fraszek.
To miejsce jest cudne to słownych igraszek.
I jeśli kiedyś doznam pisania weny
to stworzę wiersze równie piękne,
by były cytowane z każdej większej sceny.
Zatem polecam Tobie, Moja Droga
Niech na dębowym parkiecie postanie Twoja noga.
I Ty Mój Miły udaj się tam żwawo,
wzbogać swe słownictwo wierszem,
By przy damie swojej nie wypaść kiepawo.
Ja, staś.

Muzeum POLIN poleca się …

Muzeum POLIN poleca się ….
Bilety do muzeum normalny 20zł/szt. x2 = 40 zł
Audioprzewodnik 12zł/szt. x2 = 24 zł
Jedzenie 30 zł x2 =60 zł (i tu można było spokojnie uskutecznić Janusza Cebulaka i wziąc jeden zestaw, tyle tego było)
Transport 300 km ok 85 zł
Inne: hulajnogi, które dają niebotyczną możliwość szybkiego transferu w mieście w oddalonych punktach 9 zł
Koszt całkowity: 218 zł / 109 zł/osoba.


POLIN Muzeum Historii Żydów Polskich.
Naszą podróż zaplanowaliśmy dzień wcześniej. Obecnie analizując ostatnie 2 tygodnie to wystarcza, żeby kupić bilet z dnia na dzień. Strona internetowa mega intuicyjna i można naprawdę szybko i sprawnie kupić co się chce i na kiedy. Przy zakupie biletu warto skorzystać z opcji z audioprzewodnikiem lub jeśli ktoś woli to z przewodnikiem. My osobiście uważamy, że audioprzewodnik to najlepsza opcja. I tutaj warto pamiętać o tym, o czym ja często zapominam. Słuchawki przewodowe. W obecnym momencie wirusowym, rzadko muzea wypożyczają słuchawki, można wszystkiego słuchać przez wbudowany głośniczek, ale zawsze to ręka się męczy od ciągłego trzymania aparatu przy uchu. Samo muzeum myślałem, że mnie nie zaskoczy. Po obejrzeniu Bramy Poznania, MIIWŚ, Muzeum Solidarności ciężko mi było się nastroić na „wow” na samym wejściu. I tu się grubo myliłem.

Od samego wejścia super aranżacja wnętrz, wszystko idealnie opisane i zgrane tak, żeby zwiedzający się nie znudził. Konkretny temat można było zgłębić jeszcze bardziej czytając poszczególne tabliczki. Dodatkowe atrakcje jak podbijanie pieczątek czy używanie prasy drukarskiej jedynie podniosło walor miejsca. Są również miejsca gdzie można przysiąść i wysłuchać różnych dodatkowych lektorów. W tym celu wystarczy wyłączyć na chwilę audioprzewodnik i wsłuchać się kolejną lekcję. Dużo jem, a jak za długo nie jem to jestem zły i nie mogę się skupić. A jak nie mogę się skupić to jestem podwójnie zły i wtedy jestem nieznośny. Dlatego Kasia zazwyczaj bierze batona albo kanapkę w torebkę żebym jakoś dotrwał do końca…. i tu kolejne zaskoczenie, bo można przerwać oglądanie i wejść (lub wjechać windą na pięterko i w restauracji skosztować smakołyków).Prostota, cenię to. Wracamy oglądając dalej. Trzy godziny to całkowite minimum na ogarnięcie wszystkiego. Spokojnie moglibyśmy spędzić tam więcej czasu. Ktoś ostatnio mi powiedział, że jemu starczyło 90 minut… no ok, ale po muzeum się nie biega… tego uczą w przedszkolu. 60 lekcji audioprzewodnika powoli zakończyło naszą podróż przez 1000 lat historii.Wychodząc z budynku można przystanąć przy monumentalnym pomniku, który pięknie się prezentuje z bryłą budynku.

Reasumując, muzeum w świetnym nowoczesnym stylu z wieloma udogodnieniami dla dzieciaków oraz osób niepełnosprawnych. Następnie kroki skierowaliśmy na jedzenie, które również mnie zaskoczyło. Dużo, bardzo dużo. Bar Gdański… Zupa, drugie, kompot, deser. 30 zł. Wstyd się przyznać, ale zostawiłem ziemniaczki. Jak wesoła kulka wytoczyłem się z tej cudnej jadłodajni i złapaliśmy dwie hulajnogi, żeby się teleportować na stare miasto, gdzie lekkim spacerem po szlaku powstania warszawskiego skończyliśmy naszą podróż po innej niż co dzień Warszawie. Wróciliśmy do domu.


Bogatsi w wiedzę.
Warto.
My, Kasia i staś.

Rowerem przez pomorskie


Ilość dni: 4
Liczba osób: 2
Zakwaterowanie: 526,4 zł
Jedzenie: 253,65 zł
Paliwo: tutaj to kwestia indywidualna więc wyliczenie samego transportu pozostawiam Tobie.
Koszt całkowity: 780,05 zł Koszt osoba/ dzień: 97,5zł

Ostrowo…. czyli ostry spontan.

Planowo miałem jechać wybrzeżem Polski nocując za każdym razem w innym miejscu. Kasia miała zwiedzać poszczególne miasteczka, a popołudniami mieliśmy chodzić na plażę i ucztować przy zachodzie słońca. Jedyne co się sprawdziło z wyjazdu to to ostatnie… choć i z samym chodzeniem był mały problem. Otóż moja Szakira, schodząc w pośpiechu ze schodów nie wymierzyła, źle wyszła z progu i telemark skończyła na SORze z obitym kolanem i kostką w kształcie weselnego pasztecika. Suma sumarum nic groźnego się nie stało, bo tylko ponaciągała to czego nagciągac nie powinna. Tak czy inaczej z kierowaniem był spory problem. Wiec szybka akcja i zarezerwowaliśmy noclegi w mega pensjonacie. Kuchnie mieliśmy wyposażoną na ful, czysto, schludnie i cisza… błoga cisza. To było cudowne bo jakieś 2,5 km dalej była totalna wakacyjna straganowa rozpierducha. Taki kontrast. Pokój z łazienką na wysoki połysk, widać, że gospodarze dbają o to by wczasowicz czuł się dobrze.

Dzień I.
Wykorzystując to, że mój Tata wprowadził do produkcji rowery wyprawowe skorzystałem z okazji testów, które przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Pierwszy dzień wykręciłem lekko ponad setkę na Hel i z powrotem. Trasa malownicza, łagodna i przyjemna. Każdy może z niej skorzystać. I tak też było, osoby starsze, dzieciaczki z rodzicami no i oczywiście zapaleni rowerzyści, którzy pędzą na oślep, nie używając hamulców. Proste… co to za frajda jeździć z hamulcami. Ich było na szczęście miało więc można było skorzystać z uroków tego miejsca. Sama trasa spokojna, tylko przy dojazdach do miejscowości trzeba zwolnić, bo wakacyjny świat wesoło pokrzykując galopuje jak chce na znaki nie patrząc. Lato, a wiadomo lato wybacza wszystko. Pełno knajpek na trasie więc nawet ja wróciłem do naszego pokoju najedzony. To dobry moment żeby powiedzieć EuroVelo 10 ma świetny kawałek na Hel. Polecam.

Dzień II.
Po tym jak słońce i temperatura wymiotły mnie do świata spanka i piżamki dnia poprzedniego wstałem i postanowiłem, że pojeżdzę trochę inaczej. Trochę bardziej „górzyście”. No bo jeśli ktoś nie wie to Pomorskie wcale nie jest takie płaskie… lodowiec zrobił swoje i pozostawił sporo pagórków które pokonywałem tego dnia. Jezioro Żarnowskie z piękną czyściutką wodą, cudowne podjazdy, linia starej trasy kolejowej oraz typowe drewniane chaty bądź trochę nowsze ceglaste dodawały animuszu miejscu jakim jest pomorskie. Żar lejący się z nieba nie przeszkodził w pokonaniu krótkiej ale wymagającej trasy…. prawda jest taka, że wróciłem bardziej zaorany niż po Bieszczadzkich szlakach. Ale warto. Podjazdy może i się dłużą, ale za to krajobraz wokół daje tyle szczęścia, że nawet teraz to pisząc nie wyobrażam sobie jakbym miał tam nie wjechac drugi raz. I tak to dotarliśmy do finału dnia drugiego, tak samo jak dzień wcześniej zwięczonego zachodem słońca na plaży. Cudo.

Dzień III
Ten dzień to Zatoka, a właściwie ostre katowanie nóg na Cypel rewski. Ale spokojnie… ostre bo sam tak chciałem. Sama trasa, łagodna… malownicza i cudownie spokojna. Chyba, że wie się że po tych terenach tym cudnym sprzętem jeździ się ostatni dzień to trzeba nogę podgonić. Tak czy inaczej tę trasę szczególnie polecam Rodzicom z dzieciaczkami, masa plansz opisujących dane gatunki zwierząt na tym terenie, kilka muzeów po drodze, portów na pewno nie znudzą małych odkrywców przygody. Fragment tej trasy pokonaliśmy z Kasią rok wcześniej i szczerze mówiąc w tym roku zachwyca mnie jeszcze bardziej. To był dobry dzień dla moich nóg, Kasi noga po kąpielach w morzu też doszła do siebie więc mogliśmy wybrać się na spacer plażą gdzie na końcu oczywiście zgłodniałem. Zjedliśmy obiadokolację w cudownej knajpce. Dorsz i filet z łososia… 58 zł. Oczywiście mogliśmy pójść do knajpy na samym środku deptaku, ale nie wiem czy mieli byśmy za co wrócić do domu. Pytanie Czy lepiej zjeść drogo w blasku jupiterów, pompowanych flemingów i prażonej kukurydzy… czy gdzieś na uboczu w sympatycznej knajpce z mega miłą obsługą za niewygórowaną cenę… to pozostawiam do oceny Tobie.

Dzień IV
To przerzut na Roztocze… wiem wiem duży rozstrzał, ale tam też spędziliśmy parę pieknych dni o których napiszę następnym razem …A teraz podsumowanie…Czy było warto jechać tyle kilometrów żeby pojeździć trochę ponad 200 km rowerem? To zależy dla kogo… pewien jestem jednak, że widoku ze szczytów czy wrażeń z podjazdów i zjazdów nikt mi nigdy nie zabierze. Czy warto jeździć rowerem z jednego miejsca(Ostrowo)? Plan był inny, a wyszło inaczej… moim zdaniem sztuką jest się dostosować do obecnych warunków… a czy świat to zrozumie? Kto wie.Czy na rowerze miałem jedną koszulkę, której nie zmieniałem? Miałem jedną koszulkę i tu uwaga… prałem ją codziennie. Swoją drogą chciałbym zobaczyć kogoś kto w sakwach wozi wszystko inne na każdy dzień 🙂 Wiem, jechałem i wracałem mogłem wziąć więcej rzeczy. Ale Spakowałem się wcześniej i miałem w planie prać i prałem 🙂 A co 🙂 Napisy końcowePodróżowanie daje nam szansę na poznanie kultury, miejsc, ludzi no i też samego siebie. Tym jest podróżowanie dla mnie.

Takich podróży.
Sobie i Wam.
Ja, staś.