Ilość dni: 1
Ilość osób: 2
Prowiant: kanapki, woda – 14,39 zł
Transport: ok 150 km ok 33 zł
Koszt całkowity: 47,39 zł ; 23,69 zł/os.
Wyruszając w sobotnie popołudnie na zachód słońca z zamiarem spania, już po mapach pogodowych wiedzieliśmy, że dużo gwiazd to my tej nocy nie zobaczymy. Co nie odstraszyło nas choćby na chwilę i pełni energii ruszyliśmy w wyznaczone wcześniej miejsce. Po krótkich zakupach na kolacje i na śniadanie które kosztowały nas niecałe 15 zł byliśmy w trasie. Punkt który obraliśmy jest jednym z wielu możliwości patrząc z rzeki Wisły. Nieopodal Kazimierza Dolnego z widokiem na Zamek w Janowcu. No cudo!
Dotrzeć na miejsce można na kilka sposobów. Na piechotę, rowerem albo samochodem, który ma wysoki prześwit, a najlepiej jest pędzony na cztery koła. (to akurat przydało się nam do dalszej zabawy). Nie rozkładaliśmy namiotu, postawiliśmy na spanie w samochodzie. Można by rzec, że z czystego lenistwa, ale po prostu nie chcieliśmy suszyć potem namiotu, wiedząc, że padać będzie na bank. A nie … to jednak lenistwo.
Przed rozbiciem się w takim miejscu należy pamiętać, żeby wcześniej sprawdzić czy oby na pewno można się tam rozbić. Czy to choćby nie jest fragment rezerwatu lub parku, których pełno jest przy Wiśle. (Nie upieram się przy Wiśle, bo jest wiele cudnych miejsc na biwak, ja po prostu lubię tą rzekę)Tak czy inaczej, popijając wieczorną kawę i zajadając się biwakowymi kanapeczkami rozpoczęliśmy ucztę. Dla komarów i meszek, ale uczta to uczta. Cisza przed burzą nasiliła je nieznośnie i nawet specyfiki na insekty nie bardzo chciały działać. Nie trwało to jednak długo, bo wiatr który przyszedł z frontem skutecznie rozgonił całe chmary, a my rozkładając się na krzesełkach mogliśmy podziwiać na niebie świetliste błyskawice i przyjemne pomruki w leniwym tempie zbliżające się do nas. Widok który mieliśmy przed oczami z lekkim szumem liści i traw dodawał klimatu.
Działa kojąco, a zarazem przerażająco pokazując naturę jako nieograniczoną potęgę. Noc przebiegła spokojnie. O ile ktoś uwielbia jak otacza go ściana deszczu, który w tej totalnej głuszy robi nieziemską melodię odbijając się o liście, pobliską wodę czy nawet maskę samochodu. Błogo. Poranek to już chyba standard… do przetarcia oczu i wyjścia na zewnątrz – tragedia, lecz uchylając drzwi atakuje świt w lekkiej mgle prezentując piękno natury. Niesamowity widok. Kawa z takim widokiem budzi wtedy bardziej. Powrót był gładki, choć nie zapomnieliśmy, że nasza dwudziestoletnia honda lubi błoto i umie w błocie. A że popadało to, żal było nie skorzystać. I tak to wróciliśmy bogatsi o parę wspomnień, wydając razem tyle co ja był zjadł wychodząc w sobotę na miasto. Takie wyjazdy choćby na chwilę uczą… pokory uczą i doceniania piękna wokół.
Bo nadejdzie taki dzień, gdy świat ogarnie, że markowe torebki czy znaczek na masce to tylko dodatek… że pościg był zupełnie w innym kierunku.
Takich nocy,
Takich poranków
Takich kaw.
My, Kasia i staś.


















































































