Tatry polecają się na parę dni…(2020)

Tatry polecają się na parę dni… (Kościelisko, trochę gór i jezioro)

Ilość dni: 4 (3 noce)
Ilość osób: 2
Nocleg: 300 zł
Jedzenie: (w tym obiady, śniadania, przekąski na mieście i napoje) – 244,1 zł /2 osoby/4 dni
Paliwo: Lublin-Kościelisko(+okolica)-Lublin ok. 950 km, 227,75 zł
Parkingi: 30zł+15zł+10zł = 55zł
Wstęp TPN: 4x6zł=24zł
Zjeżdżalnia Gubałówka; 2x9zł= 18 złT
ermy: 2x59zł=118zł
Kajaki: 40zł
[Suma 255zł]
Koszt całkowity: 1026.85 zł

Koszt na osobę: ok 513,43 zł Koszt na dobę/osobę : 128,36 zł

Powoli schodząc myślami z gór, siedząc na kanapie z kawą i resztkami oscypka myślę sobie o tym, że świat któregoś dnia na proste nogi stanie i gromko zakrzyknie, że czas już…. wtedy to wyjdzie na jaw prawda odwieczna, że życie to nie rzeczy, a wspomnienia. I każdemu życzę, by tak zrywał się na równe nogi co dnia i korzystał z tego co ma i z tego co się da…


Dzień I

W drogę wyruszyliśmy ok 22 dnia poprzedniego. Bo lepiej się jedzie w nocy, szybciej, bez korków. A i jest czas na delikatną drzemkę po drodze. Zazwyczaj tak robimy by nie tracić kolejnego dnia. To całkiem dobra zasada. Jeszcze w nocy położyliśmy się na prawie 4 godziny żeby jeszcze ciut odespać przed szlakiem. W sumie moglibyśmy pospać dłużej, ale bajeczne słońce które wychodziło zza gór nie dawało nam spokoju. Góry wzywały, trzeba było iść. Mieliśmy niesamowitą przyjemność i przywilej podróżować z Bartkiem i Olą, którzy również jadąc z Lublina postanowili powędrować trochę po naszych pięknych Tatrach. Samochody zaparkowaliśmy na parkingu na wejściu na szlak do Morskiego Oka. Bilety trzeba rezerwować przez stronę TPN. Stamtąd rozpoczęliśmy naszą przygodę. Po kilku fotkach przy Wodogrzmotach Mickiewicza skręciliśmy na szlak do Doliny Pięciu Stawów. Cudowne podejście i jeszcze piękniejsze widoki z obłokami, które rozpościerały się po całym niebie. Po krótkiej przerwie uderzyliśmy na Zawrat i tam lekkie zamglenie nadawało uroku łańcuchom, którymi schodziliśmy. Faktem jest, że było mało osób na szlaku i to nieco wydłużyło naszą drogę, bo co chwila zatrzymywaliśmy się żeby uwiecznić choć trochę te piękne obrazki. Schodząc w stronę Murowańca zrobiliśmy krótki postój z widokiem na szczyty. Wiedzieliśmy już że bliżej doliny będzie padało, a szkoda było odpuścić posiłek w tak wyjątkowych okolicznościach. Lekki wiatr z orzeźwiającymi kroplami deszczu na twarzach towarzyszył nam od Murowańca aż po parking na którym zostawiliśmy samochód. Dwadzieścia cztery kilometry to dobry wynik jak na pierwszy dzień. Choć podejrzewam, że ciężej mieli wszyscy Ci których mijaliśmy… ci którzy zapomnieli kijów… bez tego to jakby rwać się z motyką na słońce i katować kolana na własne życzenie. Powrót, kolacja, sen.

Dzień II

To równowaga pozwala nam zajść dalej, a rozmowa zaciera sprzeczne niewiadome. Takiej zasady chyba powinien trzymać się każdy, bo każdy z nas jest inny, wyjątkowy. Już dawno z Kasią ustaliliśmy, że dzielimy się pół na pół czy to w życiu czy to podczas wyprawy. Ja jestem trenerem i potrzebuję masy wysiłku, całkowitego zmęczenia. Kasia oprócz treningów uderza w relaks. I dlatego właśnie pełen chill na termach… które uwielbiam. (ale nie przyznałem się do końca bo to bardziej jej dzień niż mój) 🙂 Pojechaliśmy z rana więc ruch był mały. Podczas małego obłożenia 3 godziny w zupełności wystarczają na fajną zabawę. Po przyjemnym lenistwie w termach Chochołowskich lekka pizza w pobliskiej knajpie, którą też odwiedziliśmy następnego dnia. Tam postanowiliśmy pojechać na Gubałówkę, bo nigdy nie jeździliśmy na kolejkach grawitacyjnych. Faktem jest, że cena 9 zł za niedługi zjazd nie jest najniższa, ale stwierdziliśmy, że nie będziemy jeździli przecież co dziennie. Zabawa całkiem spoko. Po krótkim spacerze wróciliśmy do samochodu który zaparkowaliśmy na górze tuz przed Gubałówką. Cena za cały dzień to 10 zł. Najniższa cena gdziekolwiek gdzie parkowaliśmy. Sukces. Wracając natknęliśmy się na Olę i Bartka którzy ten dzień wykorzystywali na rowery. Podziwiam! Zjedliśmy kolację, posiedzieliśmy grając w planszówki i spakowaliśmy się na góry. Bo następnego dnia o świcie wyruszaliśmy.


Dzień III

Spotykając rowerową ekipę dnia poprzedniego ustaliliśmy, że tego dnia tez idziemy razem w góry. Na ten dzień przygotowaliśmy trasę czerwonych wierchów z Doliny Kościeliskiej po Kasprowy, schodząc do Kuźnic. Cudownie jest jechać na dwa samochody. Nad ranem wrzuciliśmy graty do samochodu i pojechaliśmy do Kuźnic gdzie załoga już zostawiła swój samochód na parkinu. Zabraliśmy ich i pojechaliśmy do Kir gdzie rozpoczęliśmy podejście. Zaczęliśmy wcześniej dlatego postanowiliśmy zamówić bilety wstępu przez internet. Wygodnie bo na telefonie, a i ma się pewność że bilet nie wypadnie gdzieś i nie zaśmieci terenu. A właśnie… w miarę czysto lecz im bliżej Kasprowego czy odbicia na Giewont jakby syfu więcej. Kiepy po papierosach walały się to tu to tam… czasem zaskakuje mnie jak ludzie przynoszą więcej i jest ok ale zabrać lżejszego już nie. Dziwne i smutne zarazem. Podejście na Czerwone Wierchy jak i dojście do Kasprowego dość trudne. Nie chodzi tu o przewyższenia, lecz o „trampki” czy „torebki” maszerujące i ślizgające się na każdym możliwym kamieniu czy korzeniu. Góry są dla wszystkich, tak jak morze czy jeziora. Ale czy jadąc nad morze kąpiemy się w jeansach albo w kamizelce od garnituru?! Właśnie… ale bezpieczeństwo schodzi zupełnie na trzeci plan gdy chodzi o fotkę na fejsa czy insta. Życie. Schodząc z Kasprowego mieliśmy piękną drogę, bo schodziło osób niewiele za to wchodziło mnóstwo. Cudowny krajobraz podsycał apetyt, zatem po zejściu wskoczyliśmy we wcześniej zostawiony samochód i wyruszyliśmy do knajpki gdzie dzień wcześniej jedliśmy pizzę. Po powrocie zaczęliśmy się powoli pakować bo następnego dnia wyjeżdżaliśmy.

Dzień IV

Koniec naszej górskiej przygody zbliżał się nieuchronnie. Ostatni dzień spędziliśmy trochę w drodze trochę na wodzie. Masa turystów która dzięki cudownej pogodzie uderzyła na szlaki zachęciła nas do tego by wybrać się nad Jezioro Różnowskie, tuż za Nowym Sączem na parę godzin pływania kajakiem. Górskie jezioro to coś wspaniałego na zwieńczenie tak cudownego wyjazdu. Lekko po 15 wyruszyliśmy w drogę do domu. Jeszcze tylko obiad i paręset kilometrów i robiliśmy pranie przygotowując plan i snując marzenia o kolejnej wyprawie.

To był prawdziwie udany czas. Wróciliśmy, na chwilę, ale wróciliśmy.
My,Kasia i staś.