Rowerowa Włoska Droga … muskając szczyty, zerkając na morze


(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… i od zmiany myślenia.
Kiedyś jeździłem kolarstwo szybkie, z punktu do punktu, na czas, na wynik. Dziś jeżdżę inaczej… uprawiam kolarstwo nieskalane profesjonalizmem… w sandałach. A wyniki? Jedyne z czym się dzisiaj ścigam to z marzeniami. I możesz mi wierzyć lub nie, ale jeżdżę najlepiej ze wszystkich lat jazdy na rowerze. Chodź, pokażę Ci kawałek Włoskiej Drogi!

Będąc niedaleko Parku Maremma w Toskanii, który udało nam się odwiedzić na rowerach, nie sposób oprzeć się cudownym podjazdom w Porto Santo Stefano i Cala Moresca czy choćby kojącemu obolałe uda zjazdowi w Porto Ercole. Co prawda, na tę przejażdżkę wybraliśmy się z Kasią innymi drogami, to jednak kilka razy udało nam się spotkać na szlaku.

Swoją podróż zaczęliśmy w miejscowości Giannella, gdzie zostawiliśmy samochód na poboczu drogi, skręciliśmy rowery i ruszyliśmy w kierunku podjazdów w Porto Santo Stefano (tutaj warto zwrócić uwagę na to, czy na pewno można postawić samochód w danym miejscu, bo przykro by było zaliczyć mandat tylko i wyłącznie dlatego, że nie postawiło się samochodu 5-6 metrów dalej).
Po rozgrzaniu się lekkim podjazdem dotarłem do miejscowości, gdzie zza zakrętu ukazał się piękny port otoczony miastem na zboczu góry.

Kołysane mocnym wiatrem łódki na tle kolorowych budynków nadawały temu obrazkowi sielankowy nastrój. Napawając się widokiem rozpocząłem wspinaczkę po zboczach, nierzadko o nachyleniu przekraczającym 10%. Ciężkie „ściany” wzniesień do pokonania były po stokroć wynagradzane widokami zobaczonymi ze szczytów.



Kierując całą swoją siłę w nogach do Cala Moresca i Cala Piccola cieszyłem oczy widokiem spokojnego Adriatyku po prawej i monumentalnych skał po lewej. W całym tym pięknie uporczywie próbowałem ominąć coraz większe dziury w drodze, o której świat raczej zapomniał. I dobrze, że zapomniał, bo jedynie kogo mogłem spotkać to innych kolarzy i kilka Vesp pokonujących ten „dziurawy slalom gigant”. A tak to spokój. Nieopisany spokój.


Im głębiej zanurzałem się w szlaku, tym bardziej droga asfaltowa ustępowała szutrom i kamienistym wertepom. Można by kląć w niebogłosy, że kierownica ucieka, że kurz wciska się w usta i nos. Można by… ale po co, gdy robi się to dla tych cudnych widoków.

Zasada robienia pętli jest taka, że suma podjazdów musi się równać sumie zjazdów. I tu rozpoczęła się początkowa, nierówna walka ze zjazdem kamienistą drogą tuż przed Porto Ercole, by zamienić się w cudowny zjazd po znakomicie płaskim asfalcie. Było to niezaprzeczalną nagrodą za trud włożony w te wszystkie podjazdy i nierówności po drodze.

Pęd powietrza opływający całe ciało koił rozpaloną słońcem skórę, a czas siesty, gdzie wszyscy pochowali się w domach, pozwolił pędzić środkiem szosy łapiąc ostanie obrazki tej pięknej podróży. I tak w tych niesamowitych okolicznościach przyszło mi dojechać do samochodu. Kasia dojechała parę minut później, pewnie byłaby wcześniej, gdyby nie to, że chciała przekazać Wam to piękno na zdjęciach.

Podsumowując:

Droga wymagająca, ale przepiękna.
Podjazdy wyczerpujące, ale satysfakcjonujące.

Czy przejadę kiedyś tę trasę jeszcze raz?
O ile nogi dadzą radę i żona pozwoli – TO TAK!

Kasia i staś.