Jesień w górach!! CO ZABRAĆ!

Nie od dziś wiadomo, że góry są miejscem o jednych z najbardziej majestatycznych i wyjątkowych widokach. A jak dodamy do tego jesienną aurę ze złotymi liśćmi i czerwonym zachodzącym słońcem to już w ogóle wyrywa nas z butów i czasem zapominamy o tym co istotne, ważne lub nawet obligatoryjne.

Oprócz wiadomego ekwipunku, jakim jest plecak, w który spakujemy wyjątkowe widoki i butów, które zaniosą nas na każdy szczyt, odnoszę wrażenie, że coraz częściej zapominamy o podstawach. Z sezonu na sezon z miesiąca na miesiąc wydaje mi się, że nasza pamięć jest jeszcze bardziej krótka. Wszystkich nas. Dlatego właśnie postanowiłem stworzyć listę tych rzeczy, o których zapominać się nie powinno lub po prostu nie można.

Możesz ją pobrać również tutaj:

Całość podzieliłem na trzy kategorie:

  • muszę mieć
  • powinienem mieć
  • dobrze mieć.

I w takiej piramidzie powinno się o tym pamiętać 🙂

Muszę mieć:

  • Kurtka przeciwdeszczowa – góry to potęga nie do okiełznania. Wychodzę jest mega cieplutko i przyjemnie, za parę chwil potężny deszcz niszczy plany na szczyt. Dlatego kurtka… jak jestem zmęczony na zejściu i mam wybierając czy mam być przemoczony czy nie to wolę całą energię spożytkować na bezpieczne zejście niż na ogrzanie organizmu w przemoczonych ciuchach.
  • Czołówka (latarka) – osobiście jestem za czołówką, niż latarką. Proste wyjaśnienie… idąc po śliskiej ścieżce nie raz zaryłem tyłkiem o ziemie, a człowiek zawsze asekuruje się rękami… i babach latarka przestaje działać, a i my mamy nadgarstek jakoś dziwnie wygięty… druga kwestia to kijki, nie da się trzymać latarki i kijków naraz i żeby to bezpieczne było.
  • Mapa – nawet najlepszy telefon może stracić zasięg i cały misterny plan z najlepszymi aplikacjami bierze w łeb.
  • Powerbank – bo nawet najlepszy telefon może się rozładować, a zawsze warto mieć kontakt ze światem choćby w sytuacji kryzysowej, połączenie alarmowe zazwyczaj wykonać się da.
  • Koc termiczny – raz mi się zdarzyło, że będąc w górach nawet kurtka nie dała rady i przemokłem do suchej nitki. Przy dużym wietrze można się bardzo szybko wychłodzić co jest niesamowicie niebezpieczne. A koc jest lekki, mały i ratujący w takich sytuacjach.
  • Kamizelka odblaskowa – to jest hicior i jest w mojej czołówce tematów do zabrania… często wracam do samochodu drogą bo innego przejścia nie ma, albo po prostu nie starcza czasu na zrobienie dobrej pętelki. Te kilka odblaskowych pasków naprawdę widać i nie raz mi uratowało tyłek jak wracałem ze szlaku. I stresu mniej.
  • Woda/jedzenie – i nie chodzi tu o chipsy i cole, ale o tym napiszę oddzielny artykuł.

Powinienem mieć:

  • Stuptuty – szczególnie przy wejściu i zejściu na błotnistych szlakach albo w deszczu, albo nad ranem… cel jeden – nie przemoczyć nogawek i butów. ( w zimie żeby dodatkowo śnieg nie sypał się do butów). Sprzęt zbawienny, poprawia komfort podróżowania i trzyma ciepło – plusik dla zmarzluchów.
  • Rękawiczki – zwykłe ogrodniczki podgumowane będą ok. Zazwyczaj takie warto wziąć w góry bo ich nie szkoda to jedno, a po drugie świetnie trzymają się konarów, kamieni czy łańcuchów przy wejściu czy zejściu.
  • Raczki – zmienność pogody jest nieodzowna w górach dlatego jeśli nie mam ze sobą raków na wyższe partie gór to zabieram małe raczki, które znacznie poprawiają przyczepność do podłoża.
  • Plastry – zawsze mam plastry, bo nawet idealnie schodzone buty mogą czasem nie podejść i cała frajda z wypadu idzie w niepamięć gdy muszę schodzić jakbym szedł po rozżarzonych węglach.
  • Kijki – choć nie jest to sprzęt obowiązkowy ja nie wyobrażam sobie już chodzenia bez kijków. Poprawiają stabilizację i dają kontrolę zarówno na wejściach jak i na zejściach. Nie mówiąc o tym, że odciążają zmęczone kolana.

Dobrze mieć:

  • Mała mata. – 40 x 40 cm będzie ok. jak już wdrapuję się na szczyt to jestem urzeczony miejscem, kładę plecak wyjmuję termos i kanapkę i siadam tyłkiem na kamieniu. Tyłkiem na mokrym kamieniu. Gacie mokre i jakoś tak ogólnie komfort mi się zmniejsza… a jak mam matę, to jakoś tak przyjemniej.
  • Lornetka – po prostu lubię patrzeć na to co daleko. Może i Ty chcesz 🙂

To lista najbardziej podstawowych rzeczy, które zawsze zabieram ze sobą. Stworzyłem ją, żeby zawsze o tym pamiętać. Mam nadzieję, że posłuży i Tobie.

Jeśli chcesz coś dorzucić… śmiało 🙂

Do zobaczenia na szlaku!

Ja staś.

Rowerowe Góry Świętokrzyskie

Poleca się na Weekend. – Góry Świętokrzyskie.


Ilość dni: 1 (choć spokojnie jest co robić na dwa dni)
Ilość osób: 2
Dojazd: Lublin – Nowa Słupia- Lublin ok 270 km. – ok 60 zł.
Woda, ciastka owsiane, kanapki – 15 zł Pizza + 2 kawy – 44 zł
Wejście do Parku – 8zł[normalny] /4 zł[ulgowy] (opcja, trzeba zapłacić tylko za niektóre szlaki)
Koszt całkowity: 119 zł / 59,5zl/os.

Góry Świętokrzyskie to bardzo dobry pomysł na weekend zarówno pod względem roweru, jak i spacerów czy odpoczynku mniej aktywnemu na jednym z zalewów.

W przypadku roweru trasy są w dobrym stanie, niekiedy kolorystyka szlaków nie pokrywa się z mapą a oznaczenie kierunkowe można ocenić na 3+. W naszym przypadku to nie przeszkadzało ponieważ mieliśmy plan włóczęgi po pagórkach regionu. Drogi, którymi się poruszaliśmy w dobrym lub bardzo dobrym stanie, a mnogość małych sklepików pozwoliła na bieżące dokupowanie wody, bez konieczności zakupu większej ilości.

Gorzej jest przy szlakach, dochodząc do Św. Katarzyny mamy kilka lokali ale do większego sklepu musimy przejść w kierunku Wilkowa kilkaset metrów. Po drodze, wśród pól i łąk można obcować z prawdziwą naturą i cudownie miłymi ludźmi, którzy zawsze są skorzy do pomocy w odnalezieniu szlaku bądź podpowiedzeniu gdzie jest najbliższy sklep. Jedynym minusem jest to, że w paru miejscach musieliśmy szukać drobniaków po kieszeniach bo nie było możliwości płatności kartą.

Góry Świętokrzyskie to charakterystyczny teren często wspominany na lekcjach geografii między innymi z powodu swojego wieku. Obok Sudetów to jedne z najstarszych gór w Europie. A historia ich wypiętrzeń jest tak rozległa, że warto wrócić do podręcznika i dowiedzieć się po jakich unikatach chodzimy czy jeździmy rowerem.

Miejsce, które nie jest tłumnie odwiedzane… lekko niedocenione… no bo co może zaoferować małe pasmo w południowo-wschodniej Polsce. Otóż, zrobiliśmy tu blisko 96 km rowerem i jeszcze nie raz wrócimy by zmęczyć nogę na lekkim lecz permanentnym podjeździe.

Polecamy,
Kasia i staś.

Bieszczady i Przemyśl(2020)

Bieszczady.
Nie tylko połoniny i Tarnica.


Zakwaterowanie camping – 3 dni(2 noclegi) 138,50 zł
Transport: (ok 640km) 148,14 zł
Bilety (3 muzea) 25 zł/ os. 50 zł
Bilety BPN 8zł/ os. 16 zł
Jedzenie camping (kuchnia własna) – 104,18 zł
Jedzenie Niedziela obiad ( 2x pizza, 2x kawa) – 45,50 zł
Koszt całkowity: 502,32 zł (251,16zł/os.) _ 83,72 zł/os/dzień

Pierwszego dnia po rozłożeniu się na campingu, który od wody (Solina) jest jakieś 30-50 metrów warto posiedzieć chwilę na skalistych plażach bądź wykapac się w ciepłej już wodzie. Należy jednak pamiętać że to góry i w wodzie ukształtowanie terenu też jest pod dużym kątem, zatem momentalnie można stracić grunt pod nogami…. dlatego!!… tylko sprawdzone kąpieliska i ratownik!!

Po chwilowym relaksie nad wodą można wskoczyć na rower i tam jeździć… MTB, przełajem czy szosówką. Jest tu duży respekt dla kolaży i nie spotkałem się z ciasnym wyprzedzaniem na lusterko. Bezpiecznie i miło. Jeśli ktoś woli unikać dróg to też znajdzie sporo tras rowerowych, niektóre są naprawdę przygotowane nawet pod rekreacyjne przejazdy bez uporczywych podjazdów. Ja osobiście wybrałem duży fragment Małej Pętli Bieszczadzkiej. Na trasie jest kilka sklepów, w których kupimy batona czy wodę na dalszą trasę. (można wszędzie płacić kartą) Mapy są czytelne a oznaczenia na drzewach lub słupach są odsłonięte tak żeby się nie zgubić. Ok 75 km po górach… Polecam.

Drugi dzień to spacer po górach. Tutaj oczywiście trasy dobieramy pod swoją sprawność, sprzęt, który mamy i warunki atmosferyczne. Sprzętu specjalistycznego nie trzeba, ale unikałbym coraz powszechniejszej praktyki torebek i trampek. Ponadto jeśli chcemy zobaczyć ostatki bieszczadzkich szlaków warto wybrać się na inne wzniesienia niż Tarnica czy połoniny. My wybraliśmy Bukowe Berdo- Halicz – Wołosate (24 km).

Wejście zaczęliśmy od miejscowości Widełki… mało osób i jest gdzie zaparkować za free. To dało szansę na przejście trasy obcując z naturą. Początek trasy to strome podejście, ale potem widoki rekompensują wszystko i idzie się w miarę gładko. Jedyne utrudnienie to schodki które są ustawione losowo albo na półtora albo na pół kroku 🙂 Trasa czysta, to zaczyna dobrze świadczyć o Nas – turystach. Powrót z Wołosatego to samochodu zaliczyliśmy autostopem.

Trzeci dzień to wylegiwanie się do świtu. Bo trudno jest spać dłużej gdy ma się z okna takie widoki. Cudowny wschód słońca z parującą Soliną budzi tak, że zapomnieliśmy wypić kawy. Leniwie pakując swój mały obóz ok 10 ruszyliśmy w trasę do Przemyśla. (Mieliśmy wybrać się na kajaki, ale chcieliśmy zwiedzić coś jeszcze, a słonce od rana paliło zatem typową wodę na desce czy kajaku odpuściliśmy). Przemyśl to cudne miasto w południowo-wschodniej Polsce. Wielokulturowość tego miasta przenika wszędzie, a mnogość kościołów i jednokierunkowych uliczek przyprawia o zawrót głowy.

Udało nam się pójść do 2 muzeów.
Pierwszy budynek(Muzeum Ziemi Przemyskiej) w zamyśle miał przypominać fragment przemyskiej twierdzy i wyodrębniając go z reszty jest naprawdę ładny… ale… zupełnie się nie komponuje z uliczkami i kamienicami tego miasta. Może za parę lat porośnie trochę bluszczem, to będzie jak znalazł.
Samo muzeum 3+. Oddzielne pomieszczenia są słabo połączone w logiczną całość, a na korytarzach brak strzałek wskazujących kierunek zwiedzania. Do eksponatów są opisy, lecz w innym miejscu gabloty. Jeśli ktoś nie wie co to rapier, albo jaka łuska była do jakiej broni to popatrzy, nie zapamięta i pójdzie.
Muzeum Dzwonów i Fajek robi ciut większe wrażenie, bo opisy są bardziej spójne. No i broni się tarasem widokowym, którego widok rozpościera się na miasto… za to plus. Na tarasie zdjęcia z oznaczeniem budynków, gdzie co się znajduje co pozwala bardziej poznać topografie miasta. To przyjemny akcent tego miejsca. To muzeum 4.
Szybki obiad i w trasę, żeby jeszcze zdążyć usiąść w fotelu przy wieczornej kawie na balkonie upajając się miejskim zachodem słońca.
Wróciliśmy!
My. staś i Kasia.

SUP na Wiśle

SUP poleca się na spływ (Małopolski Przełom Wisły)
Janowiec-Puławy


Ilość dni: 1
Ilość osób: 2
Prowiant: ciastka, woda, 2 banany, 4 kanapki – 13,5 zł
Transport: ok 180km ok 42 zł (Lublin-Janowiec-Puławy-Lublin)
Koszt całkowity: 55,50 zł koszt na 1 osobę: 27,75 zł
(w przypadku spływu kajakiem należy dodać koszt spływu, tutaj warto się do kogoś dołączyć lub popłynąc w grupie bo ceny spływu to ok 150zł, można też pożyczyć kajak lub dechę od znajomych za bombonierkę albo kawę z prądem 🙂

Naszą przygodę z deskami zaczęliśmy w Janowcu, a dokładnie przy przeprawie promowej na Wiśle.
Pozwoliło to w bardzo przyjemny sposób przyzwyczaić się do nurtu i prędkości rzeki na tym odcinku przed podziwianiem widoków Kazimierza Dolnego zupełnie z innej perspektywy. Choć trasa, którą przebyliśmy nie była najdłuższa, bo jedynie 16 km to przepiękne pejzaże pozwoliły nacieszyć oko przez kolejne 4 godziny. Spływ na deskach potraktowaliśmy jak całkowity relaks i wiosła raczej pracowały na najmniejszych obrotach…. po co się spieszyć gdy na Wiślanych wyspach odpoczywają stada cudnych czapli, które co jakiś czas wzbijały się leniwie do lotu, przecinając łoskotem skrzydeł głuchą ciszę…

No właśnie ciszę… płynęliśmy królową polskich rzek, która dała nam widok na infrastrukturę miast i pobliskich dróg to jednak na środku było przyjemnie cicho. Choć moja przygoda z tą rzeką zaczęła się dawno temu to zawsze zaskakuje mnie fakt, że tak blisko można doświadczyć czegoś tak niesamowitego. Wcześniejszy rowerowy wypad po tej okolicy rozpalił na nowo ciekawość do tej rzeki, a sam spływ spowodował, że wrócimy tu znów, tyle że z namiotem, żeby móc od świtu do zmierzchu podziwiać to piękno.

Co do desek… bo przecież każdy normalny człowiek ma deskę gdzieś schowaną w szafie albo co lepsze śpi z nią w łóżku… Nie trzeba mieć desek…w samym Kazimierzu istnieje wypożyczalnia sprzętu wodnego. ( co prawda nie widziałem u nich desek, ale są kajaki i pontony, więc temat techniczny jakby z głowy).

A jest to świetny pomysł na spływ, bo mamy inne spojrzenie na miasteczka, na kamieniołomy, na naturę i na świat. A każdemu czasem przydaje się inne spojrzenie. Mi na przykład to pokazuje dystans do tego co się dzieje wokół. : )Jeśli masz jakieś pytania to śmiało pisz 🙂
Do zobaczenia na wodzie,
My mali żeglarze.
Kasia i staś.

Łódź poleca się …. na weekend.


Ilość dni: 2
Ilość osób: 2
Nocleg: 70,2 zł
Jedzenie: (w tym obiady, śniadania, przekąski na mieście i napoje) – 138,49 zł /2 osoby/2 dni
Paliwo: Lublin-Łódź-Piotrków Trybunalski-Lublin ok 600 km – 139.36zł
Bilety: 20 zł
Koszt całkowity: 368,05 zł
Koszt na osobę: ok 184,03 zł Koszt na dobę/osobę : 92,01 zł

Łódź jakiej chyba nie zna świat…

Przeglądając na gorąco notatki z podróży i surówki zdjęć, które tasuję kolejnym łykiem kawy jestem prawdziwie zaskoczony…. Zaskoczony bo mówiąc znajomym, że na weekend jadę właśnie tam pytali „Po co?” Pozwolę sobie podjąć próbę przekonania Cię jak bardzo to Łódź ma duszę…

Zacznijmy od tego, co każdy raczej wie… Piotrkowska to ulica tak długa i tak pełna wszystkiego, poczynając od restauracji przez pomniki i rzeźby na cudownych podwórkach i muralach kończąc. Tu się dzieje życie… czy jest deszcz czy słońce subtelnie praży, tu bruk nie stygnie od stukotu obcasów, od śmiechów, kaw i kuflów piw. Nic więc dziwnego, że naszą podróż zaczeliśmy właśnie tam. Mimo że staraliśmy się przygotować do wyjazdu żeby wyhaczyć jak najwięcej „ciastek” to wizyta w informacji turystycznej i otwartość ludzi tam pracujących pokazała nam co to jest prawdziwa gościnność. Po kilkunastominutowym wykładzie przy mapie miasta ruszylismy na szlak. Naszym celem były podwórka, murale, fabryki i wszystko co inne.

Każdy kolejny krok przez tą ulicę napawał zdumieniem artyzmu. OFF Piotrowska perfekcyjnie wprowadza w industialny styl miasta w połączeniu ze świetnymi knajpkami. I tu warto by się zatrzymać i rozejrzeć nieco. Mają tu chłopaki rozmach…. ogromne budynki fabryczne pokazują jaka to potęga. A ta ceglana potęga jest moim skromnym zdaniem z lekkością skomponowana z nowoczesną architekturą. Przenikają się subtelnie na każdym kroku, nie ścierają się i nie gryzą, a komponują w spójną całość. Idąc w dół ulicą możemy trafić na jednorożca, na kolejne murale i na kolejne podwórka. Te ogromne prace wielu ludzi i te małe graffiti pojedynczych osób wynoszą na fale i pozwalają płynąc w artyźmie tego miejsca. Dwa skraje ponad czterokilometrowej ulicy prowadzą nas do dwóch fabryk, tak industialnie podobnych, tak bardzo różnych. Jest to niesamowita gratka dla osób, które z architekturą są za pan brat. Istne ciastka na mapie Łodzi. Faktem jest, że niektóre budynki są już raczej ruiną lecz i to dobrze koreluje z odrestaurowanymi częściami zabytków. To w znakomity sposób pokazuje nieuchronny upływ czasu.

Ulica, którą się przechadzaliśmy jest długa, nawet bardzo. Wszystkie zakamarki, zaułki i ciekawe miejsca dają kilkanaście kilometrów w nogach. Przyjemne kilkanaście kilometrów choć wolelibyśmy skorzystac z rowerów miejskich, których niestety jak na lekarstwo… no i stacje tylko w głównych punktach strategicznych. Nasze lekko zmęczone nóżki były niesione od punktu do punktu choćby przez Wróbelka Ćwirka czy Filemona. Postacie z bajek są poukrywane w tej miejskiej dżungli co jest idealnym pretekstem by najmłodsi dowiedzieli się coś o bajkach ale i wybrali się w podróż po parkach i zielencach na wielkie poszukiwania. Jako fanatycy barów mlecznych znaleźliśmy mega fajną knajpkę w podobnym stylu i po zjedzeniu obiadu udaliśmy się jeszcze na króciutki spacer z kawą pitą przy Tuwimie. Stamtąd udaliśmy się by zameldować się w pokoju… na Piotrkowskiej, w cichym podwórku, gdzie mieliśmy wszystko … za 70 zł! Raj. I tak to pierwszy dzień dobiegał powoli końca. Drugiego dnia od rana lekko padało, ale to nie zwolniło nas z obowiązku zwiedzenia całej reszty atrakcji. Getto, cmentarz żydowski, Manufaktura, stary Rynek i wiele innych czyli to co znajdowało się w górę ulicy. Faktem jest że stary Rynek nas nie powalił na kolana oprócz okazałej budowli na placu kościelnym. Ale za to skręcając lekko w lewo znajduje się Manufatura… obecnie ogromny kompleks który jest jedną wielką galerią, ale po części są to budynki dawnej fabryki Poznańskiego. Odrestaurowane budynki i te nowe kreowane na budowle fabryki robią ogromne wrażenie.

Tuż obok całej infrastruktury najduje się kościół drewniany, przeniesiony z innego miejsca… najstarszy, cudny! Schodząc drugą stroną ulicy weszliśmy w Pasaż Róży. Całe podwórko jest w lustrzanej mozaice. Przy przebijającym się słońcu dawało to nieziemski widok. Chwilę mi zajęło zanim w koncu ogarnałem, że nie sposób zrobić idealne zdjecie oddając to miejsce. Tu trzeba być.

Powoli się zbierając zahaczyliśmy o Dworzec, no i tutaj rozmach Łodzian przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Tak skomponować stal, szkło z infrastrukturą okolicznych kamienic i z Centrum Nauki i Techniki to jak dla mnie majstersztyk. Choć pewnie znajdziemy wielu, którym to się nie podoba.

Tutaj do głosu dochodzi gust, a o nim się nie dyskutuje 🙂 Na koniec cmentarz żydowski, tam padający deszcz i szelest kropel po rozpościerającym się bluszczu napawał dreszczem. Warto zatrzymać się tam żeby zobaczyć jeden z najwiekszych grobowców żydowskich na świecie no i grób rodziców Tuwima. Powrót do domu to szybka kawa z pizzą na piotrowskim rynku…

dlaczego w Piotrkowie?! Bo Kasia w stroju mimionka musiała sobie skoczyć ze spadochronem…. ot co!

Reasumując…
Świat dziś zbyt dużo traci patrząc przez pryzmat utartych słów.

Łódź, dziękuję za gościnę, za streetart, za architekturę,
Wam dziś, czapki z głów.
My,Kasia i staś.

Rowerowe pomorskie(2020)

Północ poleca się na parę dni.
(Gdynia-Gdańsk-Hel-Mikoszewo)

Ilość dni: 4 (3 noce)
Ilość osób: 2
Nocleg: 300 zł
Jedzenie: (w tym obiady, śniadania, przekąski na mieście i napoje) – 280,14 zł /2 osoby/4 dni
Paliwo: Lublin-Gdynia-Lublin ok. 1120km, 299,26 zł
Bilety: 2×50 zł+2×15 zł (prom+rower)[pociąg wychodzi taniej];
2x25zł (Centrum Nauki Hevelianum)
Suma: 180zł
Koszt całkowity: 1059.4 zł
Koszt na osobę: ok 529,7 zł Koszt na dobę/osobę : 132,43 zł

Są takie miejsca na świecie w których zostawia się kawałek swojego serca, na zawsze. I to właśnie chyba wyróżnia „zwiedzaczy miejsc” od podróżników, Ci drudzy muszą mieć wystarczająco ogromne serce do wszystkiego co wokół żeby móc jego cząstkę gdzieś porzucić… w nich winno się szukać przyjaciół, tych co rozpalą w nas ogień. – mam cichą nadzieję, że to co napisałem za parę dziesięcioleci będzie cytowane choćby w jakiejś dobrej podróżniczej książce…

Odurzony kawą i lekką muzyką ze słuchawek wpatrując się w walizki, które już są na wpół gotowe do kolejnej lekkiej wyprawy postanowiłem napisać relację z północy. Zatem zacznijmy już.

Dzień I

Dojeżdżając do Gdyni na rozpościerającym się przed nami horyzoncie widzieliśmy rysujące się chmury, które zaczynały się piętrzyć coraz potężniej. Trasa była lekka bo przejechaliśmy ją nocą, zamieniając się co jakiś czas. To dobry sposób by nie stracić dnia po przejechanej nocy. Po szybkim zrzuceniu bagaży do pokoju, zdjęliśmy rowery i przygotowaliśmy sprzęt. Choć obłoczki zmieniły raczej kształt na bardziej agresywny nie zniechęciło nas to do lekkiego szlaku ok 70 km szlakami rowerowymi ( UE 10, 13) do tak ukochanego przez nas Gdańska, gdzie złapał nas srogi deszcz. Po szybkim rekonesansie co się zmieniło przez ostatnie 3 miesiące usiedliśmy w barze gdzie przesympatyczna Pani Ula przyrządziła schabowego z fryteczkami. Po krótkim spacerze wskoczyliśmy na rowery żeby jeszcze na chwilę pokręcić po okolicy zanim wrócimy do Gdyni. I tu warto by się z lekka rozpłynąc nad ścieżkami rowerowymi i kulturą kierujących. Zawsze dobrze jeździło mi się po Gdańsku i Sopocie bo ścieżki są w dobrym stanie i bajecznie oznaczone. Wisienką na torcie są kierowcy, którzy bardzo powaząnie podchodzą do rowerzystów. Ogromny szacun. Faktem jest, że jazda ścieżką rowerową połaczoną z deptakim wymaga cierpliwości, ale wszystko jest dla ludzi. Wszyscy są na wakacjach. I jak ktoś idzie ściezką to i zejdzie przy dzwonku i przeprosi. Dobry dzień.

Dzień II

To był główny powód dlaczego wybraliśmy noclegi w Gdyni. We wrześniu prom na Hel odpływa tylko stamtąd. I pewniakiem jest jedynie godzina 10:00. Reszta godzin jest okryta tajemnicą… zbierze się ekipa na prom płyniemy, nie zbierze nie płyniemy… w sumie brzmi jak sens. Ogólnie ceny nie są z tych najniższych, bo 50 zł/os +15 zł rower. Pociąg wychodzi taniej, ale stwierdziliśmy, że nie codziennie pływamy tym promem i chcieliśmy zrobić całą pętelkę. Po zejściu z promu o 11:15 uderzyliśmy na koniec helu żeby zobaczyć gdzie się kończy Polska, a zaczyna woda. I tak wzdłuż tego ogonka na mapie jechaliśmy aż do Władysławowa a potem do Rewy, by dojechać do Gdyni. I tutaj nawet największa maruda przyzna, że ta ścieżka jest po pierwsze w pełni bezpieczna po drugie jest mega utrzymana. Miejscami Asfalt na ścieżce mieliśmy lepszy niż na drodze obok. Była kostka fakt. Ale w dużej mierze była mocno utwardzona droga. Mocno, bo jeśli przejechaliśmy na luzie przełajem i szosą na turystycznej gumie to musiało być cacy. Oznaczenie… jak po nitce do kłębka. Bardzo dużo Parkingów dla rowerów. Fajnie opisane miejsca z opisem roslinności i zwierząt na danym terenie. Czysto, naprawdę czysto. Polecamy, szczególnie Hel – Władysławowo dla całych rodzin. Bo bezpiecznie, a i wiedzy można coś uszczknąć. Rewa to głównie zachód i wyjście w morze. Widok tak nieziemski, że kolana miękną. Film oddaje zaledwie część, ale musisz mi wierzyć – sztos! W sumie ok 80- 87 km (wyłączył się zegarek po drodze, taki psikus)

Dzień III

Plan był na Łebę i żeby tam pośmigać ścieżkami aż pod wydmy… plan, bo pogoda pokazała, że ma wobez nas ciut inne plany. Niby z cukru nie jesteśmy, ale zaraz góry, a i wiatr na ryj nie napawa optymizmem. Tak! To był ten dzień, w którym nie chcieliśmy szlifować naszych i tak już silnych charakterów. Dlatego z całą naszą mocą wjechaliśmy w Centrum Nauki Hevelianum. No i tu się zaczęło. Jak dzieci, ku#$a jak dzieci! Wystawy gdzie trzeba samemu działać, żeby sprawdzić swój refleks, doświadczenia wyjaśniające zawiłości arytmetyki czy prawa fizyki… Kasia ma nawet zdjęcie z niedźwiedziem! 3 godziny! 3 godziny przedniej zabawy. I dla dzieciaków i dla dorosłych. Dodatkowo ogromna wystawa o ekologii o segregowaniu i o konsekwencjach płynących z tego, że robimy coś na przekór temu gdzie mieszkamy. Moim zdaniem jest to pozycja obowiązkowa, nie tylko dla uczniów. Potem oczywiście Gdańsk, w centrum akurat był zlot jachtów… i tu stałem jak dziecko. Bo to coś niesamowitego jak potęga konstruktorów inżynierów spotyka się z potęgą jaką jest woda i jeszcze współgra ze sobą. Na deser chwyciliśmy Sopot. Czyli moje małe dzieciństwo, w którym brzoskwinia z piachem nabierała smaku. Ale smak się zmienia. Próbowałem tego rarytasu z dzieciństwa… ogólnie wrażenia raczej skrajne 🙂

Dzień IV

Powrót, ale przed powrotem nie można tak po prostu wyjechać. Ujście Wisły, królowej polskich rzek w Mikoszewie. Sporo pływamy po Wiśle, a i ja kiedyś rozpalony marzeniem (którego do końca nie zrealizowałem) w związku z tym chciałem chciałem dopłynąc właśnie tam. Widok potęga. Choć nie mieliśmy już czasu na eksploracje terenu rowerami to widzieliśmy fragmenty jak szliśmy i wrażenia jak z całości wyjazdu.. .nieziemskie! Nie mieliśmy czasu, bo ja jestem raczej z tych zero jedynkowych i dla mnie być nad morzem ale się nie kąpać to jak nie być. Proste. I co jest piękne? Niedziela, południe, a ludzi jak na lekarstwo. Bo wrzesień. Tu poza centrum życie wraca do swojego innego spokojnego nadmorskiego biegu. Tu przypływy wyznaczają czas. Tu się lepiej pije kawę wtedy, słońce ma lepszy smak, a i książki jakoś bardziej w głowę wchodzą. I tak to kończę dopijać kawę, spoglądając na tą co to po pokoju się krząta, szukając wśród walizek jeszcze paru wspomnień… No nic zbierać się czas na kolejną wyprawę.

Pisz jeśli będziesz chciał wiedzieć więcej
My,
Kasia i staś.

Tatry polecają się na parę dni…(2020)

Tatry polecają się na parę dni… (Kościelisko, trochę gór i jezioro)

Ilość dni: 4 (3 noce)
Ilość osób: 2
Nocleg: 300 zł
Jedzenie: (w tym obiady, śniadania, przekąski na mieście i napoje) – 244,1 zł /2 osoby/4 dni
Paliwo: Lublin-Kościelisko(+okolica)-Lublin ok. 950 km, 227,75 zł
Parkingi: 30zł+15zł+10zł = 55zł
Wstęp TPN: 4x6zł=24zł
Zjeżdżalnia Gubałówka; 2x9zł= 18 złT
ermy: 2x59zł=118zł
Kajaki: 40zł
[Suma 255zł]
Koszt całkowity: 1026.85 zł

Koszt na osobę: ok 513,43 zł Koszt na dobę/osobę : 128,36 zł

Powoli schodząc myślami z gór, siedząc na kanapie z kawą i resztkami oscypka myślę sobie o tym, że świat któregoś dnia na proste nogi stanie i gromko zakrzyknie, że czas już…. wtedy to wyjdzie na jaw prawda odwieczna, że życie to nie rzeczy, a wspomnienia. I każdemu życzę, by tak zrywał się na równe nogi co dnia i korzystał z tego co ma i z tego co się da…


Dzień I

W drogę wyruszyliśmy ok 22 dnia poprzedniego. Bo lepiej się jedzie w nocy, szybciej, bez korków. A i jest czas na delikatną drzemkę po drodze. Zazwyczaj tak robimy by nie tracić kolejnego dnia. To całkiem dobra zasada. Jeszcze w nocy położyliśmy się na prawie 4 godziny żeby jeszcze ciut odespać przed szlakiem. W sumie moglibyśmy pospać dłużej, ale bajeczne słońce które wychodziło zza gór nie dawało nam spokoju. Góry wzywały, trzeba było iść. Mieliśmy niesamowitą przyjemność i przywilej podróżować z Bartkiem i Olą, którzy również jadąc z Lublina postanowili powędrować trochę po naszych pięknych Tatrach. Samochody zaparkowaliśmy na parkingu na wejściu na szlak do Morskiego Oka. Bilety trzeba rezerwować przez stronę TPN. Stamtąd rozpoczęliśmy naszą przygodę. Po kilku fotkach przy Wodogrzmotach Mickiewicza skręciliśmy na szlak do Doliny Pięciu Stawów. Cudowne podejście i jeszcze piękniejsze widoki z obłokami, które rozpościerały się po całym niebie. Po krótkiej przerwie uderzyliśmy na Zawrat i tam lekkie zamglenie nadawało uroku łańcuchom, którymi schodziliśmy. Faktem jest, że było mało osób na szlaku i to nieco wydłużyło naszą drogę, bo co chwila zatrzymywaliśmy się żeby uwiecznić choć trochę te piękne obrazki. Schodząc w stronę Murowańca zrobiliśmy krótki postój z widokiem na szczyty. Wiedzieliśmy już że bliżej doliny będzie padało, a szkoda było odpuścić posiłek w tak wyjątkowych okolicznościach. Lekki wiatr z orzeźwiającymi kroplami deszczu na twarzach towarzyszył nam od Murowańca aż po parking na którym zostawiliśmy samochód. Dwadzieścia cztery kilometry to dobry wynik jak na pierwszy dzień. Choć podejrzewam, że ciężej mieli wszyscy Ci których mijaliśmy… ci którzy zapomnieli kijów… bez tego to jakby rwać się z motyką na słońce i katować kolana na własne życzenie. Powrót, kolacja, sen.

Dzień II

To równowaga pozwala nam zajść dalej, a rozmowa zaciera sprzeczne niewiadome. Takiej zasady chyba powinien trzymać się każdy, bo każdy z nas jest inny, wyjątkowy. Już dawno z Kasią ustaliliśmy, że dzielimy się pół na pół czy to w życiu czy to podczas wyprawy. Ja jestem trenerem i potrzebuję masy wysiłku, całkowitego zmęczenia. Kasia oprócz treningów uderza w relaks. I dlatego właśnie pełen chill na termach… które uwielbiam. (ale nie przyznałem się do końca bo to bardziej jej dzień niż mój) 🙂 Pojechaliśmy z rana więc ruch był mały. Podczas małego obłożenia 3 godziny w zupełności wystarczają na fajną zabawę. Po przyjemnym lenistwie w termach Chochołowskich lekka pizza w pobliskiej knajpie, którą też odwiedziliśmy następnego dnia. Tam postanowiliśmy pojechać na Gubałówkę, bo nigdy nie jeździliśmy na kolejkach grawitacyjnych. Faktem jest, że cena 9 zł za niedługi zjazd nie jest najniższa, ale stwierdziliśmy, że nie będziemy jeździli przecież co dziennie. Zabawa całkiem spoko. Po krótkim spacerze wróciliśmy do samochodu który zaparkowaliśmy na górze tuz przed Gubałówką. Cena za cały dzień to 10 zł. Najniższa cena gdziekolwiek gdzie parkowaliśmy. Sukces. Wracając natknęliśmy się na Olę i Bartka którzy ten dzień wykorzystywali na rowery. Podziwiam! Zjedliśmy kolację, posiedzieliśmy grając w planszówki i spakowaliśmy się na góry. Bo następnego dnia o świcie wyruszaliśmy.


Dzień III

Spotykając rowerową ekipę dnia poprzedniego ustaliliśmy, że tego dnia tez idziemy razem w góry. Na ten dzień przygotowaliśmy trasę czerwonych wierchów z Doliny Kościeliskiej po Kasprowy, schodząc do Kuźnic. Cudownie jest jechać na dwa samochody. Nad ranem wrzuciliśmy graty do samochodu i pojechaliśmy do Kuźnic gdzie załoga już zostawiła swój samochód na parkinu. Zabraliśmy ich i pojechaliśmy do Kir gdzie rozpoczęliśmy podejście. Zaczęliśmy wcześniej dlatego postanowiliśmy zamówić bilety wstępu przez internet. Wygodnie bo na telefonie, a i ma się pewność że bilet nie wypadnie gdzieś i nie zaśmieci terenu. A właśnie… w miarę czysto lecz im bliżej Kasprowego czy odbicia na Giewont jakby syfu więcej. Kiepy po papierosach walały się to tu to tam… czasem zaskakuje mnie jak ludzie przynoszą więcej i jest ok ale zabrać lżejszego już nie. Dziwne i smutne zarazem. Podejście na Czerwone Wierchy jak i dojście do Kasprowego dość trudne. Nie chodzi tu o przewyższenia, lecz o „trampki” czy „torebki” maszerujące i ślizgające się na każdym możliwym kamieniu czy korzeniu. Góry są dla wszystkich, tak jak morze czy jeziora. Ale czy jadąc nad morze kąpiemy się w jeansach albo w kamizelce od garnituru?! Właśnie… ale bezpieczeństwo schodzi zupełnie na trzeci plan gdy chodzi o fotkę na fejsa czy insta. Życie. Schodząc z Kasprowego mieliśmy piękną drogę, bo schodziło osób niewiele za to wchodziło mnóstwo. Cudowny krajobraz podsycał apetyt, zatem po zejściu wskoczyliśmy we wcześniej zostawiony samochód i wyruszyliśmy do knajpki gdzie dzień wcześniej jedliśmy pizzę. Po powrocie zaczęliśmy się powoli pakować bo następnego dnia wyjeżdżaliśmy.

Dzień IV

Koniec naszej górskiej przygody zbliżał się nieuchronnie. Ostatni dzień spędziliśmy trochę w drodze trochę na wodzie. Masa turystów która dzięki cudownej pogodzie uderzyła na szlaki zachęciła nas do tego by wybrać się nad Jezioro Różnowskie, tuż za Nowym Sączem na parę godzin pływania kajakiem. Górskie jezioro to coś wspaniałego na zwieńczenie tak cudownego wyjazdu. Lekko po 15 wyruszyliśmy w drogę do domu. Jeszcze tylko obiad i paręset kilometrów i robiliśmy pranie przygotowując plan i snując marzenia o kolejnej wyprawie.

To był prawdziwie udany czas. Wróciliśmy, na chwilę, ale wróciliśmy.
My,Kasia i staś.

Nadwiślańska noc

Ilość dni: 1
Ilość osób: 2
Prowiant: kanapki, woda – 14,39 zł
Transport: ok 150 km ok 33 zł
Koszt całkowity: 47,39 zł ; 23,69 zł/os.

Wyruszając w sobotnie popołudnie na zachód słońca z zamiarem spania, już po mapach pogodowych wiedzieliśmy, że dużo gwiazd to my tej nocy nie zobaczymy. Co nie odstraszyło nas choćby na chwilę i pełni energii ruszyliśmy w wyznaczone wcześniej miejsce. Po krótkich zakupach na kolacje i na śniadanie które kosztowały nas niecałe 15 zł byliśmy w trasie. Punkt który obraliśmy jest jednym z wielu możliwości patrząc z rzeki Wisły. Nieopodal Kazimierza Dolnego z widokiem na Zamek w Janowcu. No cudo!


Dotrzeć na miejsce można na kilka sposobów. Na piechotę, rowerem albo samochodem, który ma wysoki prześwit, a najlepiej jest pędzony na cztery koła. (to akurat przydało się nam do dalszej zabawy). Nie rozkładaliśmy namiotu, postawiliśmy na spanie w samochodzie. Można by rzec, że z czystego lenistwa, ale po prostu nie chcieliśmy suszyć potem namiotu, wiedząc, że padać będzie na bank. A nie … to jednak lenistwo. 🙂 Przed rozbiciem się w takim miejscu należy pamiętać, żeby wcześniej sprawdzić czy oby na pewno można się tam rozbić. Czy to choćby nie jest fragment rezerwatu lub parku, których pełno jest przy Wiśle. (Nie upieram się przy Wiśle, bo jest wiele cudnych miejsc na biwak, ja po prostu lubię tą rzekę)Tak czy inaczej, popijając wieczorną kawę i zajadając się biwakowymi kanapeczkami rozpoczęliśmy ucztę. Dla komarów i meszek, ale uczta to uczta. Cisza przed burzą nasiliła je nieznośnie i nawet specyfiki na insekty nie bardzo chciały działać. Nie trwało to jednak długo, bo wiatr który przyszedł z frontem skutecznie rozgonił całe chmary, a my rozkładając się na krzesełkach mogliśmy podziwiać na niebie świetliste błyskawice i przyjemne pomruki w leniwym tempie zbliżające się do nas. Widok który mieliśmy przed oczami z lekkim szumem liści i traw dodawał klimatu.
Działa kojąco, a zarazem przerażająco pokazując naturę jako nieograniczoną potęgę. Noc przebiegła spokojnie. O ile ktoś uwielbia jak otacza go ściana deszczu, który w tej totalnej głuszy robi nieziemską melodię odbijając się o liście, pobliską wodę czy nawet maskę samochodu. Błogo. Poranek to już chyba standard… do przetarcia oczu i wyjścia na zewnątrz – tragedia, lecz uchylając drzwi atakuje świt w lekkiej mgle prezentując piękno natury. Niesamowity widok. Kawa z takim widokiem budzi wtedy bardziej. Powrót był gładki, choć nie zapomnieliśmy, że nasza dwudziestoletnia honda lubi błoto i umie w błocie. A że popadało to, żal było nie skorzystać. I tak to wróciliśmy bogatsi o parę wspomnień, wydając razem tyle co ja był zjadł wychodząc w sobotę na miasto. Takie wyjazdy choćby na chwilę uczą… pokory uczą i doceniania piękna wokół.


Bo nadejdzie taki dzień, gdy świat ogarnie, że markowe torebki czy znaczek na masce to tylko dodatek… że pościg był zupełnie w innym kierunku.
Takich nocy,
Takich poranków
Takich kaw.
My, Kasia i staś.

Zamość poleca się na mały wypad.

Ilość dni: 1
Ilość osób: 2
Prowiant: kanapki, woda, pizza, kawa – 46,29 zł
Transport: ok 200 km 45,68 zł
Bilet: 2x25zł.
Koszt całkowity: 141,97 zł ; 70,99 zł/os.

Siedząc na balkonie mieszkania, próbuję odchylić się na fotelu jak najmocniej w tył, z jednej strony by leniwie sięgnąć po kubek kawy, który zostawiłem na nasłonecznionych płytkach, z drugiej by jeszcze choć ciut tego słońca zaznać zanim siądę do pisania. Z każdym skracającym się dniem czuję jakby moje wyjazdy były mniej pełne… jakby mi brakowało czasu na architekturę, na książkę w parku czy na pogawędki przy kawie w kawiarni. Ale za to docenić można często mokre od deszczu miasto nocą, gdzie kostka brukowa nadaje uliczkom blasku, a krople deszczu grają marsza na parapetach.

Całą wyprawę zaczęliśmy spontanicznie jak zawsze zresztą z Lublina. Budząc się o świcie lekko zaskoczeni. Zaskoczeni bo miał być pochmurny dzień, a pogoda miała być idealna na latawca, a nie na przechadzki po mieście. Pijąc poranną, budzącą kawę widziałem z okna jak budzi się reszta świata. Pogodnego, słonecznego świata. I tak to w drogę. Na Zamość, do twierdzy. Choć miasto znamy już dość dobrze to często wracamy do Arsenału. Tam znajduje się znakomita plansza z projekcją historii twierdzy i zmian, które jej dotyczyły. Przy Zakupie pełnego biletu można zwiedzić cały obiekt składający się jeszcze z dwóch wystaw. W obu jest broń, tylko że zgrabnie podzielona od siebie epokami. Na szczególną uwagę lekcji historii zasługuje pełne zestawienie o II Wojnie Światowej. Naprawdę ciekawa ekspozycja z klarownymi opisami. Po niespełna 2,5 godzinnej wizycie, naszym kolejnym celem był rynek, który swoim ratuszem i ormiańskimi kamienicami zachwyca stylem. Jeśli mam być szczery to gdybym nie znał całej historii twierdzy, to miejsce było by jedynie piękne architektonicznie. Ale historyczne smaczki nadają temu miejscu jeszcze więcej czaru. Pojecie szwedzkiego stołu, które jest nam tak dobrze znane ma korzenie właśnie w tym miejscu, a poczucie, że tym samym brukiem przechadzali się i przechadzają wciąż światowej sławy artyści pozwala mi uważać, że jest to prawdziwie wyszukane miejsce, zarówno na odpoczynek jak i na to by usiąść w zadumie i tworzyć. Rynek pełen gwaru z letnich ogródków przyciągnął nas na kawę i wiadomo … pizzę. Najedzeni i oczarowani miejscem wyruszyliśmy w stronę rotundy, którą niestety mogliśmy obejrzeć jedynie z zewnątrz z powodu remontu. Miejsce niesamowicie przygnębiające z racji jej historii… W czasie II wojny było to miejsce rzezi, a sama rotunda stała się swoistym pomnikiem osób pomordowanych. Wracając pod mury twierdzy odwróciliśmy się nieśmiało raz jeszcze w stronę rotundy, której remont ma się skończyć niebawem. Wiem, że będę musiał tu wrócić, zobaczyć jak wygląda pomnik, który nigdy nie powinien powstać… bo te czasy nie powinny mieć miejsca.

Coraz mniej się mówi o takich miejscach, o Dzieciach Zamojszczyzny, o historii.

A szkoda… bo historia miast to nie tylko architektura, czy jaki sławny w tej czy innej kamienicy mieszkał. To też jest ważne. Fakt. Lecz czasem warto popatrzeć na takie miejsca przez inny pryzmat.

Wejść w boczne uliczki czy podwórka w kamieniczkach… tam czasem zatrzymuje się świat.

I takich podróży, Nie tylko w hotelach,
a takich by odkrywać,
doświadczać
i zwiedzać.
My, Kasia i staś.

Bydgoszcz i Torunia smak polecają się na weekend

Bydgoszcz i Torunia smak polecają się na weekend.
Ilość dni: 2
Ilość osób: 2
Nocleg: Jedzenie: (w tym obiady, śniadania, przekąski na mieście i napoje) – 123 zł /2 osoby/2 dni
Paliwo: Lublin-Obory-Bydgoszcz-Toruń-Obory-Lublin ok 1004 km – 225,78zł
Bilety: 32 zł Parking: 7 zł
Koszt całkowity: 387,78 zł
Koszt na osobę: ok 193,89 zł
Koszt na dobę/osobę : 96,95 zł

Rozpościerając nogi na kanapie z czarującym zapachem czarnej kawy, przykrywam się kocem jeszcze by zabrać się za pisanie. Jesienna aura, mimo mieniących się złocistych liści okrasiła nas jeszcze nie małym deszczem. Choć lubię gdy lekka mżawka pokryje bruk starych uliczek to tu w niedziele tego deszczu było o parę kropel za dużo. Więc grzeję się kawą i historią podróży, którą zaraz opowiem. Jak co piątek prawie dwie małe walizki na kółkach stały tuż przy drzwiach czekając jakby zbliżającej się podróży. A ta była raczej z tych wyjątkowych. Bo wczesnym wieczorem wybraliśmy się w podróż do Obór… miejscowości z cudownym sanktuarium, gdzieś na uboczu świata.

Miejscowość żyje własnym nienaruszonym życiem, gdzie dzień wyznaczają jedynie wschody i zachody. Nikt z tym walczyć nie chce bo tak w sumie jest dobrze. Koniec prac na polach i spadające liście nadały uroku temu miejscu, podkreślając jego stonowany okres w roku. Miejsce, które ugościło nas noclegiem przez cały weekend. A znaleźliśmy się tam dzięki naszemu przyjacielowi, który jest zakonnikiem i pojechał z krótką misją w tamte piękne strony. Wirtuoz słowa i skarbnica wiedzy historycznej. Uwielbiam rozpoczynać dyskusję historyczną z nim, bo zawsze w rękawie habitu ma jakieś historyczne smaczki o których wiedzą nieliczni. I tak to spacerując ogrodem zakonnym dotarliśmy do końca dnia pierwszego naszej przygody.

Dzień drugi pod względem pogody okazał się wyśmienity. Poranne słońce zajrzało przez okna starego klasztoru, którego szerokie ściany skrywają nie jedną tajemnicę. Niestety historia też nie oszczędziła tego miejsca, bo właśnie tu jak i w wielu miejscach sakralnych w czasie drugiej wojny światowej dokonywano mordów na duchowieństwie. W takich momentach zawsze zastanawiam się jak do tego doszło i w jaki sposób ktoś wcześniej nie zobaczył tego co nadchodzi… ciężkie i trudne to dla mnie. Po pysznym śniadaniu wsiedliśmy do samochodu i kierowaliśmy się w stronę Bydgoszczy. Zanim jednak do niej dotarliśmy postanowiliśmy spędzić parę chwil na zamku Golub – Dobrzyń. Sama budowla zachowana naprawdę w dobrym stanie. A armaty nadawały jedynie animuszu miejscu. Zwiedzanie jednak pozostawiało sporo do życzenia. Brak oznaczeń kasy biletowej, wskazówek gdzie i jak iść, a całość dopełniło to, że sami musieliśmy znaleźć przewodnika, który już czmychnął z kilkoma osobami na teren zamku. Faktem jest, że mówił mega fajne rzeczy, szkoda tylko że mogliśmy tego słuchać dopiero od połowy. Cena biletów w połączeniu z biletem parkingowym, może nie była zbyt wygórowana…ale jak na taką cenę… raczej spodziewaliśmy się czegoś więcej.

Zaliczone, ale czy polecę dalej?! Historycznie – tak. Usługowo – nie.
Po lekkim zniesmaczeniu zaistniałą sytuacją, napajając się widokiem monumentalnego zamku ruszyliśmy w stronę Bydgoszczy… gdzie wiadomo kojąco działa na nas pizza. Po wrzuceniu czegoś na ząb ruszyliśmy w stronę Opery, która całkiem ładnie łączy się nowoczesnością z budynkami z cegły. Następnym miejscem był rynek z bydgoskim zegarem, południkiem oraz pięknym pomnikiem pomordowanych w czasie wojny. Na rynku niektóre płyty są w innym kolorze. Jest to rys fundamentów kościoła karmelitów z którego zachowały się stalle, które dziś można zobaczyć w katedrze. Ponadto Matka Boska z Różą, piękny obraz unikat na skalę światową. Wychodząc z kościoła udaliśmy się bulwarem w stronę mostu przy której spotkaliśmy postać tak podobną do tej lubelskiej. Mnogość monumentów i murali na blokach daje poczucie niedocenionego artyzmu tego miejsca. Ostatnim miejscem przed wyspą i tutejszą Wenecją miało być muzeum Mydła i historii brudu lecz z powodu COVID ilość miejsc była zdecydowanie ograniczona i mogliśmy wejść ale dopiero następnego dnia. Po lekkiej kawie na wyspie udaliśmy się w drogę powrotną.

Zostawiając Bydgoszcz z lekkim niedosytem, bo to muzeum ponoć palce lizać. Dzień trzeci to zapowiadany wcześniej deszcz, a właściwie niemalże nie kończąca się ulewa jedynie z kilkoma oknami pogodowymi. Szczęściem było, że Toruń odwiedziliśmy już kiedyś lecz chcieliśmy dopieścić oczy tymi ceglanymi budynkami, ruinami krzyżackiego zamku czy choćby krzywą wieżą. Kolejne kupieckie miasto, w którym mieliśmy przyjemność spacerować wśród mokrych uliczek, które zostało dotknięte (zresztą jak cały świat) covidem.

Muzeum piernika jest super opcją, ale nie w momencie gdy nie ma słuchawek do multimediów i nie można upiec własnego piernika. Poczekamy i pójdziemy gdy to się skończy. Faktem jest, że nawet w tak deszczowy dzień znaleźliśmy parę cieszynek. Jak smok, jak maluczcy na murach czy wesoły Pan próbujący dojeżdżać historycznego karnego osiołka. Otulając się kocem i siorbiąc z lekka kawę, stwierdzam, że Bydgoszcz i Toruń na weekend to świetny traf. Nawet jak pogoda nie ta. Byle było mniej na świecie wirusa. Jeden weekend Te dwa miasta. Wystarczy. Niby krótko, ale przesiąkliśmy tym miejscem i wcale nie chodzi o to że była zła aura. Było pięknie, architektonicznie i stylistycznie. Wrócimy, po te dwa muzea. Tymczasem uciekam się grzać, kawę popijać i dumać, rzeczy dosuszać i odpoczywać. Potem wypiję jeszcze parę kaw i razem ruszymy na szlak.
Taką nadzieję mam ja, staś.
No i ta co ma pomysł na świat, Kasia.