Istria w ruchu – niezapomniane aktywności na chorwackim półwyspie.

Istria to miasta i miasteczka z włoską nutą w tle. Wąskie uliczki prowadzące do niebagatelnych odkryć. Rozkosz dla podniebienia –  wino, owoce morza, pizza i trufle. To tylko ułamek tego, by zakochać się w tej magicznej krainie. Półwysep oferuje dużo, dużo więcej możliwości. Aktywnych możliwości.
W drogę.

My podczas naszej podróży jako bazę wypadową wybraliśmy Pulę, o której możesz przeczytać w >tym artykule<.  Jest to świetne miejsce na weekendowy city break. Lotnisko oferuje wiele połączeń, a komunikacja jest na całkiem dobrym poziomie. My wybraliśmy opcję przyjechania do Chorwacji samochodem, żeby mieć możliwość zabrania większej ilości sprzętu, ale przylot tu to też świetna opcja, bo ilość różnorakich wypożyczalni jest ogromna. Pozwólcie, że po tym krótkim wstępie wskoczymy na deski.

Pływanie o poranku po niezmąconej tafli wody jest idealną opcją dla tych, którzy na deskach nie czują się zbyt pewnie, albo dla tych, którzy chcą podziwiać rybki i dno morskie z pozycji deski. Zanim ruch turystyczny w postaci skuterów wodnych, motorówek i jachtów przebudził się po gorącej nocy, my już dawno okrążaliśmy jedną z wysepek w okolicy.

Świetną opcją jest zabranie prowiantu i zrobienie na jednej z kamienistych plaż małego pikniku w przerwie wyprawy. Godziny na słońcu dają się we znaki, więc pamiętajcie o nawodnieniu, kremie z filtrem, nakryciu głowy i okularach przeciwsłonecznych. Deski i kajaki są tu bardzo popularne i znalezienie wypożyczalni sprzętu nie będzie większym problemem.

Kolejną świetną opcją na aktywność z minimalną ilością sprzętu jest spacer albo trekking.  Wszyscy, którzy lubią się męczyć w stopniu ograniczonym, spacery wzdłuż promenad będą świetną opcją. Ilość ławeczek przy alejkach jest ogromna, więc gdy tylko przyjdzie zmęczenie będzie można odpocząć w cieniu drzewa. Dla wszystkich bardziej wymagających polecamy zapuścić się na ścieżki trekkingowe, których jest mnóstwo. Prowadzą one zazwyczaj do malowniczych punktów widokowych, które zapierają dech w piersiach. Podczas takich wypraw warto pamiętać, żeby zabrać ze sobą coś od komarów, bo dla nich to my byliśmy główną atrakcją.

Będąc w Istrii zobacz również:
– Pula
Rovinj
– Porec

Jeśli znudzi Wam się chodzenie po bardziej lub mniej przetartych szlakach pragniemy zaprosić Was na rower. Zaprosić wszystkich, absolutnie wszystkich. Istria słynie z wielu tras rowerowych i dostosowuje te trasy do możliwości. Jeździliśmy asfaltowanymi ścieżkami wzdłuż morza, które ciągnęły się kilometrami. Każdy z szosą będzie zachwycony kulturą jazdy kierowców i możliwościami zrobienia paru etapów górskich po całkiem dobrym asfalcie.

Jeśli uważasz, że ten materiał pomoże Ci stworzyć swój własny, wymarzony wypad, to możesz nas wesprzeć. Wystarczy, że klikniesz w obrazek(powyżej), a on przeniesie Cię na odpowiednią stronę! Dzięki!

Chorwacja nie zapomniała oczywiście o przygotowaniu szlaków typowo pod MTB i przełaj. Co najważniejsze wypożyczalnie oferują również rowery elektryczne, które mogą być świetnym rozwiązaniem dla załogi z różnym poziomem kondycji chcącej spędzić czas razem. O rowerach mógłbym mówić godzinami, ale przejdźmy dalej.

Pływanie to ostatnia opcja aktywnego wypoczynku, którą chcemy Wam zaproponować. Tutaj wystarczą kąpielówki albo jakiś strój do pływania. Ale też niekoniecznie… piszę to, bo w Chorwacji funkcjonuje naturyzm. Oczywiście nie na wszystkich plażach, ale na wielu. My w popularnym sklepie sportowym kupiliśmy najtańsze okularki, maskę i płetwy, co dało mnóstwo wspaniałej zabawy.

Obserwacja podwodnego świata jest niesamowita i takie doświadczenie polecam każdemu. Płetwy to opcja, ale koniecznym jest zakup butów do wody. Ilość jeżowców jest niepoliczalna, a ból i zmarnowane wakacje związane z nadepnięciem na tego wodnego stworka nie są warte oszczędności paru złotych na buty. Serio.

I tymi kilkoma atrakcjami chcemy się z Wami pożegnać,

Życząc Wam niesamowitego odpoczynku w Chorwacji.

Do zobaczenia!

Kasia&staś.

Dawaj na Kaszuby! – rowerem po Szwajcarii Kaszubskiej.

To, że Kaszuby są miejscem tak uroczym, że nie sposób się nie zakochać w nich od pierwszego wejrzenia, wie chyba każdy, kto choć raz tu był. My spędziliśmy tu ledwo kilka dni, a już tyle wystarczyło, by rozstawać się z tą krainą z wielkim żalem.

Zanim przejdziemy do pełnego opisu naszej jednodniowej wycieczki rowerowej chciałbym się pochylić na chwilę nad ukształtowaniem terenu. Dzięki jęzorowi lodowca, który był na tych terenach wiele, wiele lat temu, pozostały tu cudowne wzgórza morenowe, które będą nie lada gratką dla tych, którzy uwielbiają podjazdy i ciekawe zjazdy. Amplituda wysokości jest naprawdę duża i warto to wziąć pod uwagę, choćby po to, żeby zabrać ciut więcej wody na drogę. Nie chcę tu zniechęcać rodziców, którzy ciągną za sobą przyczepkę z pociechami, bo Kaszuby świetnie rozwiązały ten temat. Faktycznie trzeba pod stromą górę wjechać, ale każdy agresywniejszy podjazd ma „na stanie” ścieżkę rowerową, na której możemy się zatrzymać i chwilę odpocząć, nie bacząc czy ktoś nie zacznie na nas trąbić. A nie zacznie tak czy siak – ale o tym za chwilę ; )

Ruszajmy na szlak….

Swoją przygodę rozpoczęliśmy od miejscowości Węsiory i kamiennych kręgów, do których udaliśmy się jeszcze przed wskoczeniem na rowery. Parking, na którym się zatrzymaliśmy był dopiero w trakcie procesu tworzenia, ale już można było znaleźć miejsce na kilkanaście pojazdów. Czysta przenośna toaleta i szczegółowa mapa z instrukcją jak się dostać na miejsce daje wrażenie, że będzie to fajne zadbane miejsce. Pani, która zbierała opłaty za parking służyła radą i krótką opowieścią o kurhanach, do których zmierzaliśmy. Ponadto samochód mogliśmy zostawić na cały dzień i to było również super sprawą, ponieważ stamtąd rozpoczęliśmy naszą całodniową przygodę.

Po przejściu kilkuset metrów przez las dotarliśmy do kurhanów, kamiennych kręgów i wielu grobów. Jest to miejsce pochówku ludu Gotów, którzy zamieszkiwali te tereny w okolicy I wieku n.e. Wiele osób uważa, że miejsce to ma tajemniczą, magiczną moc, co zachęca wielu turystów do odwiedzin. Trzeba jednak pamiętać, że po pierwsze jest to wielkie cmentarzysko, wiec należy się w tym miejscu odpowiednio zachowywać (nie biegać po kamieniach, nie wskakiwać na kurhany itp.), a po drugie jest to rezerwat (od 1958r.), który ma na celu ochronę nie tylko tego archeologicznego obiektu, ale i ochronę kilkudziesięciu rodzajów porostów, które znajdują się na głazach.

Po tej krótkiej edukacyjnej podróży wróciliśmy na parking i wskoczyliśmy na rowery. Zaplanowaliśmy luźną przejażdżkę na nie więcej niż 60 km z dwoma celami do odwiedzenia. Wyjeżdżając z lokalnej drogi wskoczyliśmy na drogę wojewódzką nr 228 i od samego początku zaczęliśmy się zakochiwać w tych malowniczych terenach. Mimo że doskonale wiedzieliśmy, że czoło lodowca zrobiło tu swoje z ukształtowaniem terenu, to jednak nie obyło się bez zaskoczeń. Przyjemne przewyższenia, które zawsze dobrze spinają nogi i spłycają oddech są dla mnie miodem na serce. Kasia raczej w tych sytuacjach jest ciut bardziej stonowana i jej faworytem jest prosta albo lekko w dół. Śmiem twierdzić, że przy takim ukształtowaniu terenu każdy znajdzie coś dla siebie i to jest właśnie urok tego miejsca.

Ogromną zaletą podróży po tym regionie jest stosunek kierowców do rowerzystów i rowerzystów do kierowców. Każdy tu jedzie z należytym szacunkiem do drugiej strony. Samochody mijają cyklistów w dużej odległości, nie na lusterka, a rowerzyści zawsze sygnalizują gdzie chcą jechać. (przynajmniej my to tak widzieliśmy).

Po zjechaniu z drogi nr 228 w drogę nr 214 przeskoczyliśmy jeszcze przez parę pagórków aż dostaliśmy się do naszego pierwszego celu – Kaszubskiej Wieży Widokowej. Wieża znajduje się na szczycie najwyższej góry pasma Wzgórz Szymbarskich – Wierzycy (328,7 m n.p.m.)

Tutaj istotną kwestią jest to, że szczerze zachęcali nas do pozostawienia rowerów na parkingu na dole, ale nasz upór wpychania rowerów na szczyt wygrał i w sumie słusznie, bo okazało się, że ze szczytu da się zejść drugą ścieżką, bardziej malowniczą i co ważniejsze skracającą drogę o dobrych parę kilometrów.

Z samej wieży rozpościera się widok na całe Kaszuby, a doskonała przejrzystość powietrza dała nam szansę na podziwianie całej krainy w pełnej okazałości. Uważam, że naprawdę warto było wprowadzić te rowery tak wysoko, żeby choćby na chwilę zobaczyć to miejsce zupełnie z innej perspektywy. Bilety normalne za wejście na wieżę to 10zł i 7zł – ulgowe.

Po zejściu malowniczą ścieżką ruszyliśmy w stronę naszego drugiego celu jakim była Brama Kaszubska. Przewyższenia wyciągnęły z nas sporo energii i gdy dojechaliśmy na miejsce po kilku wcześniejszych przystankach, stwierdziliśmy, że przy bramie też należy nam się chwila wytchnienia.

Jeśli mam być szczery to w pierwszej chwili tą całą bramą to ja byłem rozczarowany…. bo bramy nie było!!!

Jedząc kanapki na ławce puściliśmy w powietrze drona i wtedy WOW! Oczom naszym ukazała się BRAMA!! Całą drogę jadąc do tego celu myślałem, że będzie to jakaś architektoniczna cieszynka, a tym czasem zobaczyliśmy TO! Szczerze byliśmy urzeczeni i obserwując okolice z lotu ptaka zakochiwaliśmy się w tym miejscu jeszcze bardziej! Widoki zapierały nam dech w piersiach.

Po naładowaniu żołądków kanapkami i oczu pięknymi widokami czas było powoli wrócić do naszego mobilnego domku, by wyruszyć następnego dnia do Skansenu we Wdzydzach. (<- artykuł tutaj)
Na sto procent wrócimy w to cudowne miejsce, żeby przynajmniej raz jeszcze nacieszyć oczy tymi niesamowitymi obrazami.
Po tym dniu wniosek mamy jeden…. KASZUBY SĄ PIĘKNE!!!!

My,
Kasia i staś.

Rowerowy niezbędnik – co trzeba, a co dobrze mieć.

Wybierając się na krótką przejażdżkę, czy też większą wyprawę rowerową, należy się do niej dobrze przygotować. O ile jeździmy „dookoła komina” to przebita opona jedynie przysporzy nam dłuższego spaceru z rowerem u boku, o tyle brak podstawowego wyposażenia może prowadzić do mandatu, który często nie jest mały.

Zatem zanim wsiądziemy na rower, żeby zwiedzić nieznane, warto sprawdzić niezbędne wyposażenie roweru, aby uniknąć przykrych konsekwencji.

A na to wyposażenie składają się:

  • z przodu – co najmniej jedno światło pozycyjne barwy białej lub żółtej selektywnej;
  • z tyłu – co najmniej jedno światło odblaskowe barwy czerwonej o kształcie innym niż trójkąt oraz co najmniej jedno światło pozycyjne barwy czerwonej;
  • światła, jeżeli konstrukcja roweru lub wózka rowerowego uniemożliwia kierującemu sygnalizowanie przez wyciągnięcie ręki zamiaru zmiany kierunku jazdy lub pasa ruchu;
  • co najmniej jeden skutecznie działający hamulec;
  • dzwonek lub inny sygnał ostrzegawczy o nieprzeraźliwym dźwięku.

Te wyżej wymienione rzeczy są niezbędne, by uniknąć mandatu, ale ja osobiście dodałbym jeszcze 3 pozycje, które poprawiają bezpieczeństwo i osobiście nie wyobrażam sobie bez nich jazdy.

  • KASK – moim zdaniem obowiązkowy. Argumenty, że „nie pasuje do stylówki”, „wyglądam jak przerośnięta pieczarka” czy „jest mi w nim za gorąco” są błahe przy spotkaniu głowy z asfaltem, kamieniem czy drzewem.
  • KAMIZELKA ODBLASKOWA – po prostu zwiększa bezpieczeństwo. Ja osobiście używam pasków (szelek) odblaskowych, które idealnie przylegają do ubrania.
  • LUSTERKO – wiem co się dzieje za mną, jak szybko zbliża się jakieś auto bez odwracania się nawet na moment. A każdy obrót, nawet krótki powoduje, że tracę kontakt z torem jazdy… a nawet przy 20 km/h nie jest to zbyt bezpieczne.

To są podstawy podstaw. W następnym artykule opiszę, co warto mieć, żeby nie zaskoczyć się podczas zarówno krótkiej jak i długiej wyprawy.

Do zobaczenia na szlaku,
staś.

Włoski klimat Lubelszczyzny… wyprawa rowerowa w okolicy Kazimierza D.

Ilekroć jeżdżę po tej okolicy czy to rowerem czy samochodem, to czuję się jakbym na te parę chwil przenosił się do Włoch. Tych spokojnych, prowincjonalnych.

Dzisiejszą wyprawę rozpocząłem z Puław. W moim przypadku był to dość łatwy wybór, bo w nich mieszkam, ale jeśli chcesz wyruszyć moim szlakiem, a nie mieszkasz w okolicy, to gorąco polecam pociąg. Bilet za rower to niecałe 10 zł, a koszt biletu dla pasażera jest zależny od długości trasy i ewentualnych zniżek. Tutaj polecam zawsze godziny poranne, bo jest nieco taniej…. a jak się da pojeździć w środku tygodnia to często można dorwać naprawdę tani bilet.

Ale wróćmy na szlak….

Trasa z Puław do Bochotnicy wiedzie wzdłuż wału, co daje bardzo przyjemny początek przygody w otoczeniu natury. Jest wyłożona kostką brukową co dla niektórych może być minusem, ale to już kwestia gustu.
Na wysokości zjazdu na przeprawę promową Bochotnica -Nasiłów należy skręcić ze ścieżki w lewo i dojechać do głównej szosy łączącej Puławy z Bochotnicą. Na rozjeździe w prawo i po paruset metrach na rondzie w lewo.

Zanim prawdziwa przygoda się rozkręci warto uzupełnić płyny, bo przez następne kilometry sklepów jest jak na lekarstwo. Sklep popularnej sieci znajduje się po lewej stronie drogi tuż przed zjazdem na Opole Lubelskie i Annopol.


To tu zaczyna się pierwsza wspinaczka, premia górska i koszulka w grochy na szczycie. I na tym szczycie właśnie powoli zaczyna się włoski klimat. Wąska droga z leniwie wleczącymi się samochodami i linią drzew aż po horyzont. Po obu stronach drogi znajdują się winnice i sady. Droga lekko meandruje i daje się odczuć kilkoma podjazdami i nielicznymi, ale szybkimi zjazdami. Typowy spokój. Po pokonaniu lekko ponad 34 kilometrów docieram do Opola Lubelskiego, w którym również można uzupełnić zapasy wody. W takie dni jak dziś, gdzie ostre słońce tnie od samego rana warto pamiętać (Ba!) trzeba! o dobrym nawodnieniu.


Trasa przez Opole przebiega w miarę gładko. W miarę, ponieważ ścieżka rowerowa jest współdzielona z pieszymi, co lekko spowalnia cały przejazd, ale za to pozwala popatrzeć na miasto z ponad 600 letnią tradycją. Po opuszczeniu granic miasta ścieżka się kończy i wrócić można na drogę, która prowadzi do miejscowości Łaziska. W niej właśnie skręcić trzeba na Wilków i dalej jechać drogą wśród pól i lasów zaciągając się zapachem lasu. W samym Wilkowie na rozjeździe dróg należy skręcić w lewo i tylko parę kilometrów dalej znajduje się kolejna okazja do „spalenia nogi”. Zaraz za miejscowością Dobre znajduje się srogi podjazd, który powoduje lekką spinkę na udzie (osobiście uwielbiam to uczucie).

Zaraz za podjazdem krajobraz zmienia się znów na sadowo-winnicowy, by już po kilku kilometrach wjechać do zatłoczonego przez turystów Kazimierza Dolnego.
To miasteczko nad Wisłą przyciąga przez cały rok artystów i gro turystów z całej Polski (osobiście polecam zwiedzać poza sezonem).

Po wyjechaniu do Kazimierza dojeżdżając do ronda w Bochotnicy z bagażem pięknych „włoskich” obrazków zaczyna się powrót z wyprawy. Raczej leniwy, spokojny, niż mocny i wyciskający.

Po 83 kilometrach mogę powiedzieć jedno. Jeśli planujesz wypad rowerowy w góry czy do Włoch to jest to cudowne miejsce, by się do tego przygotować.
Trasa jest przeznaczona dla średniozaawansowanych i raczej tak trzeba ją traktować. Brak pobocza w większości drogi (Bochotnica – Opole) może lekko zniechęcić do rodzinnej wycieczki. Ale za to trasa od Kazimierza do Łazisk (w drugą stronę) jest spokojna i powinna być bułką z masłem dla rodziców z wesołą gromadką czy to w przyczepce czy na własnych bolidach.

Do zobaczenia na szlaku,
staś.

Łeba rowerem na Wydmy

Mimo że my wybraliśmy się tym szlakiem rowerami to mam nadzieję, że ten krótki wpis przyda się wszystkim tym, którzy chcą się dostać na „Polską Saharę”.

Wypad rowerowy na wydmy rozpoczęliśmy z centrum miasta, a dokładnie z parkingu przy ulicy Powstańców Warszawy (Przy Ośrodku Zdrowia). Informacja jest o tyle istotna, iż większość miasta jest w strefie płatnego parkowania (Poniedziałek – Piątek 8-20). Od tego parkingu strefa się kończy i swobodnie można zaparkować ; )

Jadąc ulicą wzdłuż Powstańców Warszawy skręciliśmy w lewo w ulicę 11 listopada, a następnie zjeżdżając z ronda wjechaliśmy na ulicę H. Sienkiewicza.
Zaraz za mostkiem na ul H.Sienkiewicza, po lewej stronie drogi zaczyna się ścieżka rowerowa, którą dotarliśmy bezpiecznie do kolejnego ronda gdzie skręciliśmy w lewo w „szlak czerwony”. Tu jeszcze przyjemniej, bo jeszcze bliżej natury dojechaliśmy ścieżką do budki, w której kupiliśmy bilety (ceny poniżej).
W tym miejscu trasy mielśmy już przebyte 2,9 km.
Tutaj w okolicy również znajduje się parking, zatem jeśli ktoś chce skrócić wyprawę o ten dystans to jest ku temu okazja (ciężko powiedzieć jak sytuacja parkingowa przedstawia się w szczycie sezonu- my byliśmy na początku czerwca.)

Budka znajduje się po prawej stronie tuż przed betonowymi słupami stojącymi na drodze.

CENNIK:
Bilet normalny 8 zł
Bilet ulgowy 4 zł

Potem nasza trasa to już czysta bajka. Czekało nas 5 km przygody. Szlak rozdziela się na trakt pieszy i dla meleksów (po tym trakcie również jeżdżą rowery).

Na zmęczonych wędrowców czekały wiaty do odpoczynku, ławeczki na tarasach widokowych i chcące się bardzo zaprzyjaźnić KOMARY! Dobrze jest zabrać jakiś środek na te małe potworki, bo jeśli planujecie postój na jedzenie to pamiętajcie, że one też już będą czekały.

Po dotarciu na miejsce mogliśmy zostawić rowery na strzeżonym parkingu po prawej stronie (10 zł/rower) albo przypiąć za darmo do stojaków po lewej stronie. I tu istotne. Czy podróżujemy z rowerami czy z wózkiem dziecięcym warto mieć zapięcie, żeby przypiąć swój jeżdżący sprzęt. Druga kwestia to plecak, żeby wody, kanapek czy aparatu podczas spaceru nie nieść w ręce. Dobrą opcją jest zabranie małego ręcznika, żeby wytrzeć stopy z piasku po skończonej przygodzie.

Po pozostawieniu rowerów powoli rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę w bezkres piasku, co sprawiło nie lada frajdę, ale i lekką zadyszkę : )
Z wydm jest również wyjście na plażę, gdzie przy zachodzącym słońcu można fajnie spędzić czas licząc choćby kamienie : )
My na miejscu spędziliśmy ok. 2 godzin. (Zejście na plaże, wejście na wydmy i masę zdjęć)

Poniżej wrzucamy parę zdjęć i faktów dlaczego tak bardzo warto zwiedzić to miejsce.

Fakty : )

Wydmy położone są na terenie Słowińskiego Parku Narodowego.
Największa wydma zajmuje powierzchnię ok. 500 ha
Najwyższa wydma ma 42 m (Łącka Góra).
Wydmy wędrują z prędkością kilku metrów rocznie.
Przy wędrówce „pochłaniają” one napotkane drzewa, które obumierają. Kompleks tak nazywany jest martwym lasem.

Kasia i staś. : )

Wielka Pętla Bieszczadzka rowerem.

Ilość osób: 2

Ilość dni :1

Czas przejazdu brutto:8h

Długość trasy: 143 km

Kierunek: Lesko – Ustrzyki Dolne – Ustrzyki Górne – Cisna – Lesko

Koszty:

Jedzenie i napoje ok 45 zł /2 = 22,5 zł/os.

Transport: to jest kwestia indywidualna. My wybraliśmy samochód – mojego busa w którym mogliśmy się przespać po trasie i nie było konieczności wcześniejszych rezerwacji więc i u nam odpadło trochę kosztów.

Na pytanie jak można zjeść za 22,5 zł jeśli wydatkowanie mieliśmy na poziomie ponad 3000kCal odpowiadam – jedzenie kupiliśmy wcześniej i gotowaliśmy po przebytej drodze, na trasie dokupiliśmy wodę i jakieś batoniki.

Makarony, sosy, jajka i kiełbaski wliczamy nadal do kwoty całkowitej.

Naszą przygodę rozpoczęliśmy we trójkę wcześnie rano we wtorek. Z Lublina wyjechaliśmy ok 4 co pozwoliło nam być w Rzeszowie ok 7:15. Tam pozostawiliśmy Kasię i we dwóch z Bartkiem ruszyliśmy w stronę Leska. Jadąc jeszcze samochodem przez malowniczy krajobraz dogadywaliśmy resztę szczegółów naszej małej przygody. Kilka dni przed wyjazdem dobrze ogarnęliśmy mapy więc wiedzieliśmy jak chcemy jechać. To znaczy jak zaczniemy pętlę czy w stronę Cisnej czy w stronę Ustrzyk.

Na parking w Lesku dotarliśmy chwilę przed 10 co nie było najlepszym czasem, biorąc pod uwagę, że mamy jeszcze zjeść drugie śniadanie przed jechaniem. I dlatego właśnie wybraliśmy wcześniej że zaczniemy w kierunku Ustrzyk. Własnie ten odcinek to jazda krajówką, dużo większy ruch. Woleliśmy go zrobić na początku, gdzie nie było zmęczęnia, a po drugie dlatego by nie jechać po zmroku jakby coś nas zatrzymało na trasie.

BEZPIECZEŃSTWO NA PIERWSZYM MIEJSCU!!!

O 10:45 ruszyliśmy i jechanie we wrześniowy wtorek okazało się strzałem w dziesiątkę. Ruch mały, przyjemny. Trasa często uczęszczana przez rowerzystów więc samochody mijały nas szerokim łukiem. Krajową 84-kę do Ustrzyk postanowiliśmy potraktować jak dobrą rozgrzewkę, jadąc spokojnym lecz równym tempem między 24-29 km/h. Jedynie sam początek trasy z parkingu wymagał większego wysiłku bo od startu z zastanej nogi mieliśmy podjazd. Potem szło gładko.

Zjeżdżając w 896 w stronę Ustrzyk Górnych znacznie zwolniliśmy, nie było to spowodowane w żaden sposób zmęczeniem, a chęcią doświadczania tego co koło nas. Faktem jest, że pogodę trafiliśmy śliczną! Lekki powiew wiatru i ciepłe słoneczne 22’C dodawały klimatu całej wyprawie.

Jestem z tych co mając zadanie chcą je wykonać jak najszybciej, dlatego przez tydzień wmawiałem sobie, że mam jechać leniwe koło. I katowałem o to Bartka, żeby mnie hamował.

Chyba nie było takiej potrzeby. Każdy następny zakręt, podjazd i zjazd dawał nieocenioną frajdę.

Dojeżdżając do Ustrzyk Górnych miałem najszczerszą ochotę powiedzieć Bartkowi „Chrzanić tę pętlę, skręćmy i zobaczmy co jest na tej polnej drodze”, ale trzymałem się planu.

Ustrzyki Górne są mniej więcej połową przygody i od nich do Cisnej zaczynają się podjazdy. Jest kilka serpentynek i cudowne zjazdy, które z prędkością i widokiem na góry zabierają dech w piersiach.

Widoki Cudowne.

Trochę się bałem tych podjazdów, ale wolne miarowe koło w swoim rytmie szło do przodu. I to było piękne. Ani razu nie zastanawiałem się czy odpocząć na podjeździe bo szło gładko. Jedynie dwa czy trzy razy stanąłem na korbę obciążając bardziej łańcuch. Bartek tak samo.

Dobrze mi się jeździ z Bartkiem, bo każdy kreci swoją kadencję. Każdy z nas wie, że jakby kręcił z kadencją drugiego to by się zmęczył spuchł i cały pomysł na fajny wyjazd padłby. Bo byśmy się męczyli. A tak to luźno, koło za kołem w lekkim dystansie. Idealnie.

Choć było dużo czasu, żeby myśleć staraliśmy się w ogóle tego nie robić… Nie ma sensu rozmyślać nad światem gdy jest się w tak niesamowitych okolicznościach natury.

Najbardziej dłużył mi się etap ostatnich paru kilometrów przed Cisną. Nie był wymagający, a ja nie byłem zmęczony. Choć często jestem w Bieszczadach to zawsze mi się wydaje, że odcinek od ostatniego skrzyżowania dróg do Cisnej to tylko jeden zakręt i już się jest… zawsze mnie to rozczarowuje. Czy jadę samochodem, czy rowerem czy idę ze szlaku na piechotę. Zawsze.

Dojeżdżając do Cisnej zrobiliśmy mały postój. W lokalnym sklepie uzupełniliśmy wodę i kupiliśmy po batonie. Baton był dla mnie nagrodą za „ten jeden zakręt”.

Czekało nas ostatnie mocniejsze wzniesienie, a potem to już na luźnej nodze wykręcenie niecałych 40 km.

I fakt ten podjazd nas zmęczył. Nie był turbo wymagający, nie był nader stromy… ale przynajmniej ja o nim zapomniałem podczas planowania trasy i mega mnie zaskoczył.

Ale, ale pętla ma to do siebie, że suma podjazdów musi się równać sumie zjazdów, więc zaparliśmy się i cisnęliśmy z Cisnej w stronę Leska.

Faktycznie za wzniesieniem było już przyjemnie i z górki.

Do busa dojechaliśmy o 17:45. Równiutko w 8 godzin.

Dobry czas jako, że jechaliśmy na luzie.

Każdemu kto chce zrobić ten szlak po raz pierwszy polecamy właśnie ten kierunek..z Leska w stronę Ustrzyk.

Na nocleg zatrzymaliśmy się w Lutowiskach na parkingu gdzie pięknie widać gwiazdy. Bo noc też była idealna.

Omówiliśmy pokrótce szczegóły kolejnej wyprawy i położyliśmy się spać. Obudziliśmy się na wschód a potem przez cały dzień jeździliśmy samochodem po zakamarkach bieszczackich miejscowości.

Polecamy

ja, staś
no i oczywiście mój kompan przygody Bartek.

P.S. Dzięki stary za ten trip.

Rowerowe Góry Świętokrzyskie

Poleca się na Weekend. – Góry Świętokrzyskie.


Ilość dni: 1 (choć spokojnie jest co robić na dwa dni)
Ilość osób: 2
Dojazd: Lublin – Nowa Słupia- Lublin ok 270 km. – ok 60 zł.
Woda, ciastka owsiane, kanapki – 15 zł Pizza + 2 kawy – 44 zł
Wejście do Parku – 8zł[normalny] /4 zł[ulgowy] (opcja, trzeba zapłacić tylko za niektóre szlaki)
Koszt całkowity: 119 zł / 59,5zl/os.

Góry Świętokrzyskie to bardzo dobry pomysł na weekend zarówno pod względem roweru, jak i spacerów czy odpoczynku mniej aktywnemu na jednym z zalewów.

W przypadku roweru trasy są w dobrym stanie, niekiedy kolorystyka szlaków nie pokrywa się z mapą a oznaczenie kierunkowe można ocenić na 3+. W naszym przypadku to nie przeszkadzało ponieważ mieliśmy plan włóczęgi po pagórkach regionu. Drogi, którymi się poruszaliśmy w dobrym lub bardzo dobrym stanie, a mnogość małych sklepików pozwoliła na bieżące dokupowanie wody, bez konieczności zakupu większej ilości.

Gorzej jest przy szlakach, dochodząc do Św. Katarzyny mamy kilka lokali ale do większego sklepu musimy przejść w kierunku Wilkowa kilkaset metrów. Po drodze, wśród pól i łąk można obcować z prawdziwą naturą i cudownie miłymi ludźmi, którzy zawsze są skorzy do pomocy w odnalezieniu szlaku bądź podpowiedzeniu gdzie jest najbliższy sklep. Jedynym minusem jest to, że w paru miejscach musieliśmy szukać drobniaków po kieszeniach bo nie było możliwości płatności kartą.

Góry Świętokrzyskie to charakterystyczny teren często wspominany na lekcjach geografii między innymi z powodu swojego wieku. Obok Sudetów to jedne z najstarszych gór w Europie. A historia ich wypiętrzeń jest tak rozległa, że warto wrócić do podręcznika i dowiedzieć się po jakich unikatach chodzimy czy jeździmy rowerem.

Miejsce, które nie jest tłumnie odwiedzane… lekko niedocenione… no bo co może zaoferować małe pasmo w południowo-wschodniej Polsce. Otóż, zrobiliśmy tu blisko 96 km rowerem i jeszcze nie raz wrócimy by zmęczyć nogę na lekkim lecz permanentnym podjeździe.

Polecamy,
Kasia i staś.