Rowerem wokół MALTY!

Czołem Załoga!

Pozwólcie zabrać się na przygodę, która wycisnęła z nas siódme poty. Spowodowała, że nogi w niektórych momentach paliły żywym ogniem, tętno próbowało wyskoczyć poza skalę na niektórych podjazdach, ale widoki… widoki i cudowne obcowanie z naturą zrobiły taką robotę, że zostanie to z nami na zawsze. Czy zrobilibyśmy to znów? OCZYWIŚCIE! Pozwólcie nam zabrać się na wyprawę rowerami wokół Malty.

W drogę!

Zanim na dobre wyruszymy w drogę, warto dodać że my rowery wypożyczyliśmy z wypożyczalni od bardzo miłej Pani, która mocno trzymała za nas kciuki na wieść o naszym planie, zaoferowała pomoc gdyby coś poszło nie tak i wyposażyła nas w pełen zestaw potrzebnych sprzętów do bezpiecznego pokonania trasy. (O tym gdzie można znaleźć tę wypożyczalnię przeczytacie pod koniec artykułu.) Oczywiście można zabrać rowery ze sobą, ale nasze walizki na rowery jeszcze wtedy nie dotarły więc wybraliśmy opcję wypożyczenia.

Mapa trasy rowerem wokół Malty

Naszą przygodę rozpoczęliśmy od Saint Paul’s Bay i kierowaliśmy się w stronę wyspy Gozo. Pierwsze kilka kilometrów to raczej praca głowy, a nie mięśni, która musiała intensywnie walczyć z przyzwyczajeniem, że tutaj ruch jest lewostronny, a wiele znaków jak choćby STOP jest raczej traktowany jako urozmaicenie krajobrazu, a nie jakaś górnolotny przepis o ruchu drogowym. To południowy styl i warto się do tego przyzwyczaić mając oczy dookoła głowy. Warto jednak wspomnieć, że podczas wyprawy na rowerach czuliśmy się bezpiecznie, bo kierowcy wyprzedzali nas w dużej odległości.

Widok na klify Dingli

Na bardziej ruchliwych trasach korzystaliśmy z nieuczęszczanych, dobrze utrzymanych chodników, bo tutaj raczej jeździ się samochodami niż spaceruje.

Po dojechaniu do punktu widokowego z którego widzieliśmy port, Comino i Gozo stwierdziliśmy, że czas udać się na jeszcze mniej uczęszczane ścieżki, by dojechać do pięknych atrakcji oferowanych przez wyspę.

Punkt widokowy Cirkewwa

Naszym kolejnym, krótkim przystankiem była wioska Popeye’a którą postanowiliśmy zobaczyć jedynie z góry. Wiele osób, powiedziało nam, że jest to idealne miejsce dla rodzin z dziećmi, a dorosłym z pewnością wystarczy widok z góry na wioskę. I faktycznie widok na miejsce, które pamiętamy z dziecięcych lat gdy oglądaliśmy film jest obłędny i pięknie przywołuje wspomnienia.

Wioska Popeye

Zanim wyruszyliśmy w kolejny etap naszej rowerowej wędrówki, zrobiliśmy sobie mały postój by zjeść drugie śniadanie i odpocząć chwilę przez najtrudniejszym etapem. Otóż mniej więcej od wioski Popeye’a do okolic Świątyń Megalitycznych trasa jest najbardziej wymagająca. Składa się z wielu podjazdów i zjazdów. Żeby objechać wyspę w pełni wybieraliśmy również drogi szutrowe i kamieniste co znacznie spowalniało naszą przeprawę przez ten teren. Mimo zmęczenia widoki które widzieliśmy z pozycji siodełka zapierały dech w piersiach i warto było się trochę zmęczyć by to wszystko zobaczyć.

Podjazdy na Malcie

WAŻNE!

Na tym etapie dobrze mieć zapas wody i jedzenia, bo ilość sklepów jest ograniczona, a żeby do jakiegoś dojechać należałoby zjechać z trasy nadrabiając parę kilometrów.

Kolejnym celem naszej wyprawy po wiosce Popeye’a były klify Dingli (około 40 km podróży) osiągające wysokość 250 metrów. Niesamowita formacja skalna wyłaniająca się z wody daje do myślenia, jak mały jest człowiek względem świata. Ich nazwa pochodzi od sir Tomasa Dingleya rycerza Zakonu Maltańskiego, który osiadł na tych terenach. Warto spędzić tu chwilę i przyjrzeć się falom roztrzaskującym się o pionowy niedostępny brzeg wyspy.

Widok na Klify z rowerami

Po krótkim zebraniu sił wyruszyliśmy w stronę Świątyń Megalitycznych, miejscowości Marsaxlokk i Marsaskala (około 58 km podróży), o których więcej możecie się dowiedzieć z artykułu z naszej poprzedniej wizyty na wyspie. Tutaj zatrzymaliśmy się jedynie na chwilę, by popatrzeć na łódeczki kołyszące się na wzburzonej wodzie.

Zanim wybierzemy się dalej warto dodać, że kierunek naszej podróży ułożyliśmy celowo. Chcieliśmy najbardziej wymagające etapy mieć za sobą jak najszybciej, a lżejszą końcówkę traktować jak „przejażdżkę po parku”.

Wykres przewyższeń trasy


Jak sami zobaczycie koleje dwa etapy: do Valetty i ze stolicy do wypożyczalni, żeby oddać rowery były gładkie i nie miały wielu przewyższeń.

Ciężkim etapem pod względem logistyki była stolica, o której możecie w pełni przeczytać tutaj.

Valetta - ścieżka rowerowa

Trafiliśmy na godziny szczytu i duże korki. Nie wszędzie były ścieżki rowerowe, a omijanie samochodów w korku nie było łatwe ze względu na wąskie przejazdy pomiędzy samochodami. W sumie to bardzo ucieszył nas fakt, że już mieliśmy ją za sobą, a do domu zostało nam jedynie około 20 kilometrów.

Vallettę warto zwiedzić bez rowerów, bo wąskie uliczki i niezliczone ilości turystów nie sprzyjają podróży z rowerem. (FILM Z VALLETTY ZNAJDZIECIE TUTAJ)

Ostatni etap podróży zleciał dosłownie w moment. Idealny pas dla rowerów wyznaczony przy drodze nr 1 zaprowadził nas jak po sznurku do samego celu. To było idealne zwieńczenie trasy. Szczególnie na samej końcówce, mogliśmy wtedy pędzić rowerami i podziwiać linię brzegową nieopodal.

To była wspaniała przygoda choć odrobinę wymagająca. Przewyższenia w początkowej fazie zmuszały do kręcenia korbą mocniej, a tętno sięgało najwyższych pułapów.

Czy warto ?

Tak, Tak i jeszcze raz tak.
My zrobiliśmy to na zwykłych rowerach trekkingowych. Choć w wypożyczalni są też rowery elektryczne, co z pewnością ułatwia podjazdy.

Gorąco polecamy tę wypożyczalnię, bo sprzęt jest w dobrym stanie, a my czuliśmy się zaopiekowani.

(link do wypożyczalni)

Dane techniczne:
Dystans: 96,44 km
Czas netto: 7:08;46
Czas brutto: 10:42:17

  • dużo czasu straciliśmy (około 40 min) na tym, że musieliśmy zmienić szlak i generować nową ścieżkę
  • Kasia miała „małą przygodę” z chodnikiem, która zabrała nam 40 min na obmywanie obtarć i dłuższy odpoczynek.
  • reszta czasu to upajanie się widokami.

Dzięki, że byliście z nami! Do zobaczenia w kolejnej przygodzie!

Kasia i staś.

Dawaj na Kaszuby! – rowerem po Szwajcarii Kaszubskiej.

To, że Kaszuby są miejscem tak uroczym, że nie sposób się nie zakochać w nich od pierwszego wejrzenia, wie chyba każdy, kto choć raz tu był. My spędziliśmy tu ledwo kilka dni, a już tyle wystarczyło, by rozstawać się z tą krainą z wielkim żalem.

Zanim przejdziemy do pełnego opisu naszej jednodniowej wycieczki rowerowej chciałbym się pochylić na chwilę nad ukształtowaniem terenu. Dzięki jęzorowi lodowca, który był na tych terenach wiele, wiele lat temu, pozostały tu cudowne wzgórza morenowe, które będą nie lada gratką dla tych, którzy uwielbiają podjazdy i ciekawe zjazdy. Amplituda wysokości jest naprawdę duża i warto to wziąć pod uwagę, choćby po to, żeby zabrać ciut więcej wody na drogę. Nie chcę tu zniechęcać rodziców, którzy ciągną za sobą przyczepkę z pociechami, bo Kaszuby świetnie rozwiązały ten temat. Faktycznie trzeba pod stromą górę wjechać, ale każdy agresywniejszy podjazd ma „na stanie” ścieżkę rowerową, na której możemy się zatrzymać i chwilę odpocząć, nie bacząc czy ktoś nie zacznie na nas trąbić. A nie zacznie tak czy siak – ale o tym za chwilę ; )

Ruszajmy na szlak….

Swoją przygodę rozpoczęliśmy od miejscowości Węsiory i kamiennych kręgów, do których udaliśmy się jeszcze przed wskoczeniem na rowery. Parking, na którym się zatrzymaliśmy był dopiero w trakcie procesu tworzenia, ale już można było znaleźć miejsce na kilkanaście pojazdów. Czysta przenośna toaleta i szczegółowa mapa z instrukcją jak się dostać na miejsce daje wrażenie, że będzie to fajne zadbane miejsce. Pani, która zbierała opłaty za parking służyła radą i krótką opowieścią o kurhanach, do których zmierzaliśmy. Ponadto samochód mogliśmy zostawić na cały dzień i to było również super sprawą, ponieważ stamtąd rozpoczęliśmy naszą całodniową przygodę.

Po przejściu kilkuset metrów przez las dotarliśmy do kurhanów, kamiennych kręgów i wielu grobów. Jest to miejsce pochówku ludu Gotów, którzy zamieszkiwali te tereny w okolicy I wieku n.e. Wiele osób uważa, że miejsce to ma tajemniczą, magiczną moc, co zachęca wielu turystów do odwiedzin. Trzeba jednak pamiętać, że po pierwsze jest to wielkie cmentarzysko, wiec należy się w tym miejscu odpowiednio zachowywać (nie biegać po kamieniach, nie wskakiwać na kurhany itp.), a po drugie jest to rezerwat (od 1958r.), który ma na celu ochronę nie tylko tego archeologicznego obiektu, ale i ochronę kilkudziesięciu rodzajów porostów, które znajdują się na głazach.

Po tej krótkiej edukacyjnej podróży wróciliśmy na parking i wskoczyliśmy na rowery. Zaplanowaliśmy luźną przejażdżkę na nie więcej niż 60 km z dwoma celami do odwiedzenia. Wyjeżdżając z lokalnej drogi wskoczyliśmy na drogę wojewódzką nr 228 i od samego początku zaczęliśmy się zakochiwać w tych malowniczych terenach. Mimo że doskonale wiedzieliśmy, że czoło lodowca zrobiło tu swoje z ukształtowaniem terenu, to jednak nie obyło się bez zaskoczeń. Przyjemne przewyższenia, które zawsze dobrze spinają nogi i spłycają oddech są dla mnie miodem na serce. Kasia raczej w tych sytuacjach jest ciut bardziej stonowana i jej faworytem jest prosta albo lekko w dół. Śmiem twierdzić, że przy takim ukształtowaniu terenu każdy znajdzie coś dla siebie i to jest właśnie urok tego miejsca.

Ogromną zaletą podróży po tym regionie jest stosunek kierowców do rowerzystów i rowerzystów do kierowców. Każdy tu jedzie z należytym szacunkiem do drugiej strony. Samochody mijają cyklistów w dużej odległości, nie na lusterka, a rowerzyści zawsze sygnalizują gdzie chcą jechać. (przynajmniej my to tak widzieliśmy).

Po zjechaniu z drogi nr 228 w drogę nr 214 przeskoczyliśmy jeszcze przez parę pagórków aż dostaliśmy się do naszego pierwszego celu – Kaszubskiej Wieży Widokowej. Wieża znajduje się na szczycie najwyższej góry pasma Wzgórz Szymbarskich – Wierzycy (328,7 m n.p.m.)

Tutaj istotną kwestią jest to, że szczerze zachęcali nas do pozostawienia rowerów na parkingu na dole, ale nasz upór wpychania rowerów na szczyt wygrał i w sumie słusznie, bo okazało się, że ze szczytu da się zejść drugą ścieżką, bardziej malowniczą i co ważniejsze skracającą drogę o dobrych parę kilometrów.

Z samej wieży rozpościera się widok na całe Kaszuby, a doskonała przejrzystość powietrza dała nam szansę na podziwianie całej krainy w pełnej okazałości. Uważam, że naprawdę warto było wprowadzić te rowery tak wysoko, żeby choćby na chwilę zobaczyć to miejsce zupełnie z innej perspektywy. Bilety normalne za wejście na wieżę to 10zł i 7zł – ulgowe.

Po zejściu malowniczą ścieżką ruszyliśmy w stronę naszego drugiego celu jakim była Brama Kaszubska. Przewyższenia wyciągnęły z nas sporo energii i gdy dojechaliśmy na miejsce po kilku wcześniejszych przystankach, stwierdziliśmy, że przy bramie też należy nam się chwila wytchnienia.

Jeśli mam być szczery to w pierwszej chwili tą całą bramą to ja byłem rozczarowany…. bo bramy nie było!!!

Jedząc kanapki na ławce puściliśmy w powietrze drona i wtedy WOW! Oczom naszym ukazała się BRAMA!! Całą drogę jadąc do tego celu myślałem, że będzie to jakaś architektoniczna cieszynka, a tym czasem zobaczyliśmy TO! Szczerze byliśmy urzeczeni i obserwując okolice z lotu ptaka zakochiwaliśmy się w tym miejscu jeszcze bardziej! Widoki zapierały nam dech w piersiach.

Po naładowaniu żołądków kanapkami i oczu pięknymi widokami czas było powoli wrócić do naszego mobilnego domku, by wyruszyć następnego dnia do Skansenu we Wdzydzach. (<- artykuł tutaj)
Na sto procent wrócimy w to cudowne miejsce, żeby przynajmniej raz jeszcze nacieszyć oczy tymi niesamowitymi obrazami.
Po tym dniu wniosek mamy jeden…. KASZUBY SĄ PIĘKNE!!!!

My,
Kasia i staś.

Łeba rowerem na Wydmy

Mimo że my wybraliśmy się tym szlakiem rowerami to mam nadzieję, że ten krótki wpis przyda się wszystkim tym, którzy chcą się dostać na „Polską Saharę”.

Wypad rowerowy na wydmy rozpoczęliśmy z centrum miasta, a dokładnie z parkingu przy ulicy Powstańców Warszawy (Przy Ośrodku Zdrowia). Informacja jest o tyle istotna, iż większość miasta jest w strefie płatnego parkowania (Poniedziałek – Piątek 8-20). Od tego parkingu strefa się kończy i swobodnie można zaparkować ; )

Jadąc ulicą wzdłuż Powstańców Warszawy skręciliśmy w lewo w ulicę 11 listopada, a następnie zjeżdżając z ronda wjechaliśmy na ulicę H. Sienkiewicza.
Zaraz za mostkiem na ul H.Sienkiewicza, po lewej stronie drogi zaczyna się ścieżka rowerowa, którą dotarliśmy bezpiecznie do kolejnego ronda gdzie skręciliśmy w lewo w „szlak czerwony”. Tu jeszcze przyjemniej, bo jeszcze bliżej natury dojechaliśmy ścieżką do budki, w której kupiliśmy bilety (ceny poniżej).
W tym miejscu trasy mielśmy już przebyte 2,9 km.
Tutaj w okolicy również znajduje się parking, zatem jeśli ktoś chce skrócić wyprawę o ten dystans to jest ku temu okazja (ciężko powiedzieć jak sytuacja parkingowa przedstawia się w szczycie sezonu- my byliśmy na początku czerwca.)

Budka znajduje się po prawej stronie tuż przed betonowymi słupami stojącymi na drodze.

CENNIK:
Bilet normalny 8 zł
Bilet ulgowy 4 zł

Potem nasza trasa to już czysta bajka. Czekało nas 5 km przygody. Szlak rozdziela się na trakt pieszy i dla meleksów (po tym trakcie również jeżdżą rowery).

Na zmęczonych wędrowców czekały wiaty do odpoczynku, ławeczki na tarasach widokowych i chcące się bardzo zaprzyjaźnić KOMARY! Dobrze jest zabrać jakiś środek na te małe potworki, bo jeśli planujecie postój na jedzenie to pamiętajcie, że one też już będą czekały.

Po dotarciu na miejsce mogliśmy zostawić rowery na strzeżonym parkingu po prawej stronie (10 zł/rower) albo przypiąć za darmo do stojaków po lewej stronie. I tu istotne. Czy podróżujemy z rowerami czy z wózkiem dziecięcym warto mieć zapięcie, żeby przypiąć swój jeżdżący sprzęt. Druga kwestia to plecak, żeby wody, kanapek czy aparatu podczas spaceru nie nieść w ręce. Dobrą opcją jest zabranie małego ręcznika, żeby wytrzeć stopy z piasku po skończonej przygodzie.

Po pozostawieniu rowerów powoli rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę w bezkres piasku, co sprawiło nie lada frajdę, ale i lekką zadyszkę : )
Z wydm jest również wyjście na plażę, gdzie przy zachodzącym słońcu można fajnie spędzić czas licząc choćby kamienie : )
My na miejscu spędziliśmy ok. 2 godzin. (Zejście na plaże, wejście na wydmy i masę zdjęć)

Poniżej wrzucamy parę zdjęć i faktów dlaczego tak bardzo warto zwiedzić to miejsce.

Fakty : )

Wydmy położone są na terenie Słowińskiego Parku Narodowego.
Największa wydma zajmuje powierzchnię ok. 500 ha
Najwyższa wydma ma 42 m (Łącka Góra).
Wydmy wędrują z prędkością kilku metrów rocznie.
Przy wędrówce „pochłaniają” one napotkane drzewa, które obumierają. Kompleks tak nazywany jest martwym lasem.

Kasia i staś. : )