Dawaj na Kaszuby! – rowerem po Szwajcarii Kaszubskiej.

To, że Kaszuby są miejscem tak uroczym, że nie sposób się nie zakochać w nich od pierwszego wejrzenia, wie chyba każdy, kto choć raz tu był. My spędziliśmy tu ledwo kilka dni, a już tyle wystarczyło, by rozstawać się z tą krainą z wielkim żalem.

Zanim przejdziemy do pełnego opisu naszej jednodniowej wycieczki rowerowej chciałbym się pochylić na chwilę nad ukształtowaniem terenu. Dzięki jęzorowi lodowca, który był na tych terenach wiele, wiele lat temu, pozostały tu cudowne wzgórza morenowe, które będą nie lada gratką dla tych, którzy uwielbiają podjazdy i ciekawe zjazdy. Amplituda wysokości jest naprawdę duża i warto to wziąć pod uwagę, choćby po to, żeby zabrać ciut więcej wody na drogę. Nie chcę tu zniechęcać rodziców, którzy ciągną za sobą przyczepkę z pociechami, bo Kaszuby świetnie rozwiązały ten temat. Faktycznie trzeba pod stromą górę wjechać, ale każdy agresywniejszy podjazd ma „na stanie” ścieżkę rowerową, na której możemy się zatrzymać i chwilę odpocząć, nie bacząc czy ktoś nie zacznie na nas trąbić. A nie zacznie tak czy siak – ale o tym za chwilę ; )

Ruszajmy na szlak….

Swoją przygodę rozpoczęliśmy od miejscowości Węsiory i kamiennych kręgów, do których udaliśmy się jeszcze przed wskoczeniem na rowery. Parking, na którym się zatrzymaliśmy był dopiero w trakcie procesu tworzenia, ale już można było znaleźć miejsce na kilkanaście pojazdów. Czysta przenośna toaleta i szczegółowa mapa z instrukcją jak się dostać na miejsce daje wrażenie, że będzie to fajne zadbane miejsce. Pani, która zbierała opłaty za parking służyła radą i krótką opowieścią o kurhanach, do których zmierzaliśmy. Ponadto samochód mogliśmy zostawić na cały dzień i to było również super sprawą, ponieważ stamtąd rozpoczęliśmy naszą całodniową przygodę.

Po przejściu kilkuset metrów przez las dotarliśmy do kurhanów, kamiennych kręgów i wielu grobów. Jest to miejsce pochówku ludu Gotów, którzy zamieszkiwali te tereny w okolicy I wieku n.e. Wiele osób uważa, że miejsce to ma tajemniczą, magiczną moc, co zachęca wielu turystów do odwiedzin. Trzeba jednak pamiętać, że po pierwsze jest to wielkie cmentarzysko, wiec należy się w tym miejscu odpowiednio zachowywać (nie biegać po kamieniach, nie wskakiwać na kurhany itp.), a po drugie jest to rezerwat (od 1958r.), który ma na celu ochronę nie tylko tego archeologicznego obiektu, ale i ochronę kilkudziesięciu rodzajów porostów, które znajdują się na głazach.

Po tej krótkiej edukacyjnej podróży wróciliśmy na parking i wskoczyliśmy na rowery. Zaplanowaliśmy luźną przejażdżkę na nie więcej niż 60 km z dwoma celami do odwiedzenia. Wyjeżdżając z lokalnej drogi wskoczyliśmy na drogę wojewódzką nr 228 i od samego początku zaczęliśmy się zakochiwać w tych malowniczych terenach. Mimo że doskonale wiedzieliśmy, że czoło lodowca zrobiło tu swoje z ukształtowaniem terenu, to jednak nie obyło się bez zaskoczeń. Przyjemne przewyższenia, które zawsze dobrze spinają nogi i spłycają oddech są dla mnie miodem na serce. Kasia raczej w tych sytuacjach jest ciut bardziej stonowana i jej faworytem jest prosta albo lekko w dół. Śmiem twierdzić, że przy takim ukształtowaniu terenu każdy znajdzie coś dla siebie i to jest właśnie urok tego miejsca.

Ogromną zaletą podróży po tym regionie jest stosunek kierowców do rowerzystów i rowerzystów do kierowców. Każdy tu jedzie z należytym szacunkiem do drugiej strony. Samochody mijają cyklistów w dużej odległości, nie na lusterka, a rowerzyści zawsze sygnalizują gdzie chcą jechać. (przynajmniej my to tak widzieliśmy).

Po zjechaniu z drogi nr 228 w drogę nr 214 przeskoczyliśmy jeszcze przez parę pagórków aż dostaliśmy się do naszego pierwszego celu – Kaszubskiej Wieży Widokowej. Wieża znajduje się na szczycie najwyższej góry pasma Wzgórz Szymbarskich – Wierzycy (328,7 m n.p.m.)

Tutaj istotną kwestią jest to, że szczerze zachęcali nas do pozostawienia rowerów na parkingu na dole, ale nasz upór wpychania rowerów na szczyt wygrał i w sumie słusznie, bo okazało się, że ze szczytu da się zejść drugą ścieżką, bardziej malowniczą i co ważniejsze skracającą drogę o dobrych parę kilometrów.

Z samej wieży rozpościera się widok na całe Kaszuby, a doskonała przejrzystość powietrza dała nam szansę na podziwianie całej krainy w pełnej okazałości. Uważam, że naprawdę warto było wprowadzić te rowery tak wysoko, żeby choćby na chwilę zobaczyć to miejsce zupełnie z innej perspektywy. Bilety normalne za wejście na wieżę to 10zł i 7zł – ulgowe.

Po zejściu malowniczą ścieżką ruszyliśmy w stronę naszego drugiego celu jakim była Brama Kaszubska. Przewyższenia wyciągnęły z nas sporo energii i gdy dojechaliśmy na miejsce po kilku wcześniejszych przystankach, stwierdziliśmy, że przy bramie też należy nam się chwila wytchnienia.

Jeśli mam być szczery to w pierwszej chwili tą całą bramą to ja byłem rozczarowany…. bo bramy nie było!!!

Jedząc kanapki na ławce puściliśmy w powietrze drona i wtedy WOW! Oczom naszym ukazała się BRAMA!! Całą drogę jadąc do tego celu myślałem, że będzie to jakaś architektoniczna cieszynka, a tym czasem zobaczyliśmy TO! Szczerze byliśmy urzeczeni i obserwując okolice z lotu ptaka zakochiwaliśmy się w tym miejscu jeszcze bardziej! Widoki zapierały nam dech w piersiach.

Po naładowaniu żołądków kanapkami i oczu pięknymi widokami czas było powoli wrócić do naszego mobilnego domku, by wyruszyć następnego dnia do Skansenu we Wdzydzach. (<- artykuł tutaj)
Na sto procent wrócimy w to cudowne miejsce, żeby przynajmniej raz jeszcze nacieszyć oczy tymi niesamowitymi obrazami.
Po tym dniu wniosek mamy jeden…. KASZUBY SĄ PIĘKNE!!!!

My,
Kasia i staś.

Podróż w czasie…. Muzeum – Kaszubski Park Etnogaficzny.

Cofnąć się w czasie chociaż raz. Chociaż raz poczuć klimat przeszłych lat.
Jak się żyło? Jak się uczyło? Pracowało? Odpoczywało?
Któż by nie chciał przeżyć takiego czegoś na własnej skórze?

Ja zawsze marzyłem, żeby zobaczyć wiktoriańską Anglię, Wenecję i początek handlu, Paryż za czasów Templariuszy i to jak żyli moi pradziadkowie.

Spędzając kilka dni na rowerowo – kamperowej wyprawie z Kasią na Kaszubach nie sposób było ominąć to cudowne miejsce. A mowa tutaj o Skansenie we Wdzydzach.

To ponad stuletnie muzeum było pierwszym takim w Polsce, które było w całości na świeżym powietrzu. Z biegiem lat zasoby muzeum powiększały się i powiększały. I co więcej powiększają się nadal. Świadczą o tym tabliczki, które zapowiadają pojawienie się nowych chałup, zagród, itp.
Obecnie zajmuje teren 22 ha, czyli kawał przestrzeni „utkanej” historią.

Ale do rzeczy.

Swoją przygodę rozpoczęliśmy dość późno, bo około 13:20 w niedzielę wjechaliśmy na przestronny parking, który częściowo był osłonięty drzewami. Parking jest darmowy i bardzo zadbany, co już od początku pozytywnie nastrajało. Dodatkowym plusem jest to, że jeszcze przed wejściem na teren skansenu można skorzystać z toalet.

Byliśmy miło zaskoczeni tym, że mimo pory, którą wybraliśmy nie było tłumów szturmujących kasę biletową. Może to pora obiadowa sprawiła tak miłą niespodziankę?!

Do kupionych biletów (2x22zł [normalne]) dostaliśmy mapkę, dzięki której wiedzieliśmy, gdzie się kierować i w jakiej kolejności możemy zwiedzać. Możemy, ale nie musimy, bo tu też dowolność. Dla rodziców małych szkrabów są przygotowane przy wejściu specjalne wózki, które z łatwością pokonają nawet najcięższy piach.

Z biletami, mapką, aparatami i zapartym tchem wkroczyliśmy w świat – nam dzieciakom -obcy, nieznany, nowy, choć stary.

Już od samego początku można zauważyć, że skansen ma przyciągnąć nie tylko dorosłych żądnych wiedzy, ale i dzieciaki, które też tej wiedzy łakną… tylko wiadomo, w inny sposób.

Specjalne pokoje przygotowane dla najmłodszych, łózko na którym można się spokojnie położyć, czy zajęcia z malowania na szkle to tylko jedne z licznych atrakcji tego miejsca.

Mnogość chat po prostu powalała, od prostych małych po wielkie dwory, kościół, szkoła czy tartak też były na naszej liście zwiedzania. Większości można dotknąć, można wejść.
Opisy budynków są po polsku, angielsku no i oczywiście kaszubsku.
Tutaj kulturę się kultywuje, tak prawdziwie i widać to na każdym kroku!


Na 22 ha, czyli ogromnym terenie można się nie lada zmęczyć. I tutaj warto mieć ze sobą wodę i jakieś kanapki, bo wracanie do karczmy, która znajduje się przy samym wyjściu i zaczynanie wszystkiego od nowa nie należy do najlepszych pomysłów. My nauczeni doświadczeniem wzięliśmy po dwie butelki dużej wody i było na styk. I tutaj rodzi się pytanie…. Co jak się za dużo wypije? Z tym też nie ma problemu, bo toalety są. Tylko trzeba się dobrze rozglądać, gdyż są często stworzone na wzór czasów, które minęły, więc nie wyróżniają się z otaczającej zabudowy. : )

My spędziliśmy tam blisko 3 godziny i jeśli miałbym być szczery to jest dla mnie osobisty limit muzealny i wystawowy. Spokojnie jednak można tam spędzić cały dzień zachodząc od okienka do okienka i zaglądając do środka.
A tego dnia trochę jest, bo w sezonie wakacyjnym w weekendy skansen jest czynny od 10 do 18.

Czy jest to miejsce godne polecenia?
Zdecydowanie tak!
Czy odwiedzimy go kolejnym razem?
Zdecydowanie tak!
Czy Kaszuby i skansen nas wciągnęły?
Zdecydowanie tak!

Tak więc nie zdziwię się jeśli się tam któregoś razu zobaczymy 😉

Kasia i staś.

Łeba rowerem na Wydmy

Mimo że my wybraliśmy się tym szlakiem rowerami to mam nadzieję, że ten krótki wpis przyda się wszystkim tym, którzy chcą się dostać na „Polską Saharę”.

Wypad rowerowy na wydmy rozpoczęliśmy z centrum miasta, a dokładnie z parkingu przy ulicy Powstańców Warszawy (Przy Ośrodku Zdrowia). Informacja jest o tyle istotna, iż większość miasta jest w strefie płatnego parkowania (Poniedziałek – Piątek 8-20). Od tego parkingu strefa się kończy i swobodnie można zaparkować ; )

Jadąc ulicą wzdłuż Powstańców Warszawy skręciliśmy w lewo w ulicę 11 listopada, a następnie zjeżdżając z ronda wjechaliśmy na ulicę H. Sienkiewicza.
Zaraz za mostkiem na ul H.Sienkiewicza, po lewej stronie drogi zaczyna się ścieżka rowerowa, którą dotarliśmy bezpiecznie do kolejnego ronda gdzie skręciliśmy w lewo w „szlak czerwony”. Tu jeszcze przyjemniej, bo jeszcze bliżej natury dojechaliśmy ścieżką do budki, w której kupiliśmy bilety (ceny poniżej).
W tym miejscu trasy mielśmy już przebyte 2,9 km.
Tutaj w okolicy również znajduje się parking, zatem jeśli ktoś chce skrócić wyprawę o ten dystans to jest ku temu okazja (ciężko powiedzieć jak sytuacja parkingowa przedstawia się w szczycie sezonu- my byliśmy na początku czerwca.)

Budka znajduje się po prawej stronie tuż przed betonowymi słupami stojącymi na drodze.

CENNIK:
Bilet normalny 8 zł
Bilet ulgowy 4 zł

Potem nasza trasa to już czysta bajka. Czekało nas 5 km przygody. Szlak rozdziela się na trakt pieszy i dla meleksów (po tym trakcie również jeżdżą rowery).

Na zmęczonych wędrowców czekały wiaty do odpoczynku, ławeczki na tarasach widokowych i chcące się bardzo zaprzyjaźnić KOMARY! Dobrze jest zabrać jakiś środek na te małe potworki, bo jeśli planujecie postój na jedzenie to pamiętajcie, że one też już będą czekały.

Po dotarciu na miejsce mogliśmy zostawić rowery na strzeżonym parkingu po prawej stronie (10 zł/rower) albo przypiąć za darmo do stojaków po lewej stronie. I tu istotne. Czy podróżujemy z rowerami czy z wózkiem dziecięcym warto mieć zapięcie, żeby przypiąć swój jeżdżący sprzęt. Druga kwestia to plecak, żeby wody, kanapek czy aparatu podczas spaceru nie nieść w ręce. Dobrą opcją jest zabranie małego ręcznika, żeby wytrzeć stopy z piasku po skończonej przygodzie.

Po pozostawieniu rowerów powoli rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę w bezkres piasku, co sprawiło nie lada frajdę, ale i lekką zadyszkę : )
Z wydm jest również wyjście na plażę, gdzie przy zachodzącym słońcu można fajnie spędzić czas licząc choćby kamienie : )
My na miejscu spędziliśmy ok. 2 godzin. (Zejście na plaże, wejście na wydmy i masę zdjęć)

Poniżej wrzucamy parę zdjęć i faktów dlaczego tak bardzo warto zwiedzić to miejsce.

Fakty : )

Wydmy położone są na terenie Słowińskiego Parku Narodowego.
Największa wydma zajmuje powierzchnię ok. 500 ha
Najwyższa wydma ma 42 m (Łącka Góra).
Wydmy wędrują z prędkością kilku metrów rocznie.
Przy wędrówce „pochłaniają” one napotkane drzewa, które obumierają. Kompleks tak nazywany jest martwym lasem.

Kasia i staś. : )

Rowerowe pomorskie(2020)

Północ poleca się na parę dni.
(Gdynia-Gdańsk-Hel-Mikoszewo)

Ilość dni: 4 (3 noce)
Ilość osób: 2
Nocleg: 300 zł
Jedzenie: (w tym obiady, śniadania, przekąski na mieście i napoje) – 280,14 zł /2 osoby/4 dni
Paliwo: Lublin-Gdynia-Lublin ok. 1120km, 299,26 zł
Bilety: 2×50 zł+2×15 zł (prom+rower)[pociąg wychodzi taniej];
2x25zł (Centrum Nauki Hevelianum)
Suma: 180zł
Koszt całkowity: 1059.4 zł
Koszt na osobę: ok 529,7 zł Koszt na dobę/osobę : 132,43 zł

Są takie miejsca na świecie w których zostawia się kawałek swojego serca, na zawsze. I to właśnie chyba wyróżnia „zwiedzaczy miejsc” od podróżników, Ci drudzy muszą mieć wystarczająco ogromne serce do wszystkiego co wokół żeby móc jego cząstkę gdzieś porzucić… w nich winno się szukać przyjaciół, tych co rozpalą w nas ogień. – mam cichą nadzieję, że to co napisałem za parę dziesięcioleci będzie cytowane choćby w jakiejś dobrej podróżniczej książce…

Odurzony kawą i lekką muzyką ze słuchawek wpatrując się w walizki, które już są na wpół gotowe do kolejnej lekkiej wyprawy postanowiłem napisać relację z północy. Zatem zacznijmy już.

Dzień I

Dojeżdżając do Gdyni na rozpościerającym się przed nami horyzoncie widzieliśmy rysujące się chmury, które zaczynały się piętrzyć coraz potężniej. Trasa była lekka bo przejechaliśmy ją nocą, zamieniając się co jakiś czas. To dobry sposób by nie stracić dnia po przejechanej nocy. Po szybkim zrzuceniu bagaży do pokoju, zdjęliśmy rowery i przygotowaliśmy sprzęt. Choć obłoczki zmieniły raczej kształt na bardziej agresywny nie zniechęciło nas to do lekkiego szlaku ok 70 km szlakami rowerowymi ( UE 10, 13) do tak ukochanego przez nas Gdańska, gdzie złapał nas srogi deszcz. Po szybkim rekonesansie co się zmieniło przez ostatnie 3 miesiące usiedliśmy w barze gdzie przesympatyczna Pani Ula przyrządziła schabowego z fryteczkami. Po krótkim spacerze wskoczyliśmy na rowery żeby jeszcze na chwilę pokręcić po okolicy zanim wrócimy do Gdyni. I tu warto by się z lekka rozpłynąc nad ścieżkami rowerowymi i kulturą kierujących. Zawsze dobrze jeździło mi się po Gdańsku i Sopocie bo ścieżki są w dobrym stanie i bajecznie oznaczone. Wisienką na torcie są kierowcy, którzy bardzo powaząnie podchodzą do rowerzystów. Ogromny szacun. Faktem jest, że jazda ścieżką rowerową połaczoną z deptakim wymaga cierpliwości, ale wszystko jest dla ludzi. Wszyscy są na wakacjach. I jak ktoś idzie ściezką to i zejdzie przy dzwonku i przeprosi. Dobry dzień.

Dzień II

To był główny powód dlaczego wybraliśmy noclegi w Gdyni. We wrześniu prom na Hel odpływa tylko stamtąd. I pewniakiem jest jedynie godzina 10:00. Reszta godzin jest okryta tajemnicą… zbierze się ekipa na prom płyniemy, nie zbierze nie płyniemy… w sumie brzmi jak sens. Ogólnie ceny nie są z tych najniższych, bo 50 zł/os +15 zł rower. Pociąg wychodzi taniej, ale stwierdziliśmy, że nie codziennie pływamy tym promem i chcieliśmy zrobić całą pętelkę. Po zejściu z promu o 11:15 uderzyliśmy na koniec helu żeby zobaczyć gdzie się kończy Polska, a zaczyna woda. I tak wzdłuż tego ogonka na mapie jechaliśmy aż do Władysławowa a potem do Rewy, by dojechać do Gdyni. I tutaj nawet największa maruda przyzna, że ta ścieżka jest po pierwsze w pełni bezpieczna po drugie jest mega utrzymana. Miejscami Asfalt na ścieżce mieliśmy lepszy niż na drodze obok. Była kostka fakt. Ale w dużej mierze była mocno utwardzona droga. Mocno, bo jeśli przejechaliśmy na luzie przełajem i szosą na turystycznej gumie to musiało być cacy. Oznaczenie… jak po nitce do kłębka. Bardzo dużo Parkingów dla rowerów. Fajnie opisane miejsca z opisem roslinności i zwierząt na danym terenie. Czysto, naprawdę czysto. Polecamy, szczególnie Hel – Władysławowo dla całych rodzin. Bo bezpiecznie, a i wiedzy można coś uszczknąć. Rewa to głównie zachód i wyjście w morze. Widok tak nieziemski, że kolana miękną. Film oddaje zaledwie część, ale musisz mi wierzyć – sztos! W sumie ok 80- 87 km (wyłączył się zegarek po drodze, taki psikus)

Dzień III

Plan był na Łebę i żeby tam pośmigać ścieżkami aż pod wydmy… plan, bo pogoda pokazała, że ma wobez nas ciut inne plany. Niby z cukru nie jesteśmy, ale zaraz góry, a i wiatr na ryj nie napawa optymizmem. Tak! To był ten dzień, w którym nie chcieliśmy szlifować naszych i tak już silnych charakterów. Dlatego z całą naszą mocą wjechaliśmy w Centrum Nauki Hevelianum. No i tu się zaczęło. Jak dzieci, ku#$a jak dzieci! Wystawy gdzie trzeba samemu działać, żeby sprawdzić swój refleks, doświadczenia wyjaśniające zawiłości arytmetyki czy prawa fizyki… Kasia ma nawet zdjęcie z niedźwiedziem! 3 godziny! 3 godziny przedniej zabawy. I dla dzieciaków i dla dorosłych. Dodatkowo ogromna wystawa o ekologii o segregowaniu i o konsekwencjach płynących z tego, że robimy coś na przekór temu gdzie mieszkamy. Moim zdaniem jest to pozycja obowiązkowa, nie tylko dla uczniów. Potem oczywiście Gdańsk, w centrum akurat był zlot jachtów… i tu stałem jak dziecko. Bo to coś niesamowitego jak potęga konstruktorów inżynierów spotyka się z potęgą jaką jest woda i jeszcze współgra ze sobą. Na deser chwyciliśmy Sopot. Czyli moje małe dzieciństwo, w którym brzoskwinia z piachem nabierała smaku. Ale smak się zmienia. Próbowałem tego rarytasu z dzieciństwa… ogólnie wrażenia raczej skrajne 🙂

Dzień IV

Powrót, ale przed powrotem nie można tak po prostu wyjechać. Ujście Wisły, królowej polskich rzek w Mikoszewie. Sporo pływamy po Wiśle, a i ja kiedyś rozpalony marzeniem (którego do końca nie zrealizowałem) w związku z tym chciałem chciałem dopłynąc właśnie tam. Widok potęga. Choć nie mieliśmy już czasu na eksploracje terenu rowerami to widzieliśmy fragmenty jak szliśmy i wrażenia jak z całości wyjazdu.. .nieziemskie! Nie mieliśmy czasu, bo ja jestem raczej z tych zero jedynkowych i dla mnie być nad morzem ale się nie kąpać to jak nie być. Proste. I co jest piękne? Niedziela, południe, a ludzi jak na lekarstwo. Bo wrzesień. Tu poza centrum życie wraca do swojego innego spokojnego nadmorskiego biegu. Tu przypływy wyznaczają czas. Tu się lepiej pije kawę wtedy, słońce ma lepszy smak, a i książki jakoś bardziej w głowę wchodzą. I tak to kończę dopijać kawę, spoglądając na tą co to po pokoju się krząta, szukając wśród walizek jeszcze paru wspomnień… No nic zbierać się czas na kolejną wyprawę.

Pisz jeśli będziesz chciał wiedzieć więcej
My,
Kasia i staś.

Rowerem przez pomorskie


Ilość dni: 4
Liczba osób: 2
Zakwaterowanie: 526,4 zł
Jedzenie: 253,65 zł
Paliwo: tutaj to kwestia indywidualna więc wyliczenie samego transportu pozostawiam Tobie.
Koszt całkowity: 780,05 zł Koszt osoba/ dzień: 97,5zł

Ostrowo…. czyli ostry spontan.

Planowo miałem jechać wybrzeżem Polski nocując za każdym razem w innym miejscu. Kasia miała zwiedzać poszczególne miasteczka, a popołudniami mieliśmy chodzić na plażę i ucztować przy zachodzie słońca. Jedyne co się sprawdziło z wyjazdu to to ostatnie… choć i z samym chodzeniem był mały problem. Otóż moja Szakira, schodząc w pośpiechu ze schodów nie wymierzyła, źle wyszła z progu i telemark skończyła na SORze z obitym kolanem i kostką w kształcie weselnego pasztecika. Suma sumarum nic groźnego się nie stało, bo tylko ponaciągała to czego nagciągac nie powinna. Tak czy inaczej z kierowaniem był spory problem. Wiec szybka akcja i zarezerwowaliśmy noclegi w mega pensjonacie. Kuchnie mieliśmy wyposażoną na ful, czysto, schludnie i cisza… błoga cisza. To było cudowne bo jakieś 2,5 km dalej była totalna wakacyjna straganowa rozpierducha. Taki kontrast. Pokój z łazienką na wysoki połysk, widać, że gospodarze dbają o to by wczasowicz czuł się dobrze.

Dzień I.
Wykorzystując to, że mój Tata wprowadził do produkcji rowery wyprawowe skorzystałem z okazji testów, które przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Pierwszy dzień wykręciłem lekko ponad setkę na Hel i z powrotem. Trasa malownicza, łagodna i przyjemna. Każdy może z niej skorzystać. I tak też było, osoby starsze, dzieciaczki z rodzicami no i oczywiście zapaleni rowerzyści, którzy pędzą na oślep, nie używając hamulców. Proste… co to za frajda jeździć z hamulcami. Ich było na szczęście miało więc można było skorzystać z uroków tego miejsca. Sama trasa spokojna, tylko przy dojazdach do miejscowości trzeba zwolnić, bo wakacyjny świat wesoło pokrzykując galopuje jak chce na znaki nie patrząc. Lato, a wiadomo lato wybacza wszystko. Pełno knajpek na trasie więc nawet ja wróciłem do naszego pokoju najedzony. To dobry moment żeby powiedzieć EuroVelo 10 ma świetny kawałek na Hel. Polecam.

Dzień II.
Po tym jak słońce i temperatura wymiotły mnie do świata spanka i piżamki dnia poprzedniego wstałem i postanowiłem, że pojeżdzę trochę inaczej. Trochę bardziej „górzyście”. No bo jeśli ktoś nie wie to Pomorskie wcale nie jest takie płaskie… lodowiec zrobił swoje i pozostawił sporo pagórków które pokonywałem tego dnia. Jezioro Żarnowskie z piękną czyściutką wodą, cudowne podjazdy, linia starej trasy kolejowej oraz typowe drewniane chaty bądź trochę nowsze ceglaste dodawały animuszu miejscu jakim jest pomorskie. Żar lejący się z nieba nie przeszkodził w pokonaniu krótkiej ale wymagającej trasy…. prawda jest taka, że wróciłem bardziej zaorany niż po Bieszczadzkich szlakach. Ale warto. Podjazdy może i się dłużą, ale za to krajobraz wokół daje tyle szczęścia, że nawet teraz to pisząc nie wyobrażam sobie jakbym miał tam nie wjechac drugi raz. I tak to dotarliśmy do finału dnia drugiego, tak samo jak dzień wcześniej zwięczonego zachodem słońca na plaży. Cudo.

Dzień III
Ten dzień to Zatoka, a właściwie ostre katowanie nóg na Cypel rewski. Ale spokojnie… ostre bo sam tak chciałem. Sama trasa, łagodna… malownicza i cudownie spokojna. Chyba, że wie się że po tych terenach tym cudnym sprzętem jeździ się ostatni dzień to trzeba nogę podgonić. Tak czy inaczej tę trasę szczególnie polecam Rodzicom z dzieciaczkami, masa plansz opisujących dane gatunki zwierząt na tym terenie, kilka muzeów po drodze, portów na pewno nie znudzą małych odkrywców przygody. Fragment tej trasy pokonaliśmy z Kasią rok wcześniej i szczerze mówiąc w tym roku zachwyca mnie jeszcze bardziej. To był dobry dzień dla moich nóg, Kasi noga po kąpielach w morzu też doszła do siebie więc mogliśmy wybrać się na spacer plażą gdzie na końcu oczywiście zgłodniałem. Zjedliśmy obiadokolację w cudownej knajpce. Dorsz i filet z łososia… 58 zł. Oczywiście mogliśmy pójść do knajpy na samym środku deptaku, ale nie wiem czy mieli byśmy za co wrócić do domu. Pytanie Czy lepiej zjeść drogo w blasku jupiterów, pompowanych flemingów i prażonej kukurydzy… czy gdzieś na uboczu w sympatycznej knajpce z mega miłą obsługą za niewygórowaną cenę… to pozostawiam do oceny Tobie.

Dzień IV
To przerzut na Roztocze… wiem wiem duży rozstrzał, ale tam też spędziliśmy parę pieknych dni o których napiszę następnym razem …A teraz podsumowanie…Czy było warto jechać tyle kilometrów żeby pojeździć trochę ponad 200 km rowerem? To zależy dla kogo… pewien jestem jednak, że widoku ze szczytów czy wrażeń z podjazdów i zjazdów nikt mi nigdy nie zabierze. Czy warto jeździć rowerem z jednego miejsca(Ostrowo)? Plan był inny, a wyszło inaczej… moim zdaniem sztuką jest się dostosować do obecnych warunków… a czy świat to zrozumie? Kto wie.Czy na rowerze miałem jedną koszulkę, której nie zmieniałem? Miałem jedną koszulkę i tu uwaga… prałem ją codziennie. Swoją drogą chciałbym zobaczyć kogoś kto w sakwach wozi wszystko inne na każdy dzień 🙂 Wiem, jechałem i wracałem mogłem wziąć więcej rzeczy. Ale Spakowałem się wcześniej i miałem w planie prać i prałem 🙂 A co 🙂 Napisy końcowePodróżowanie daje nam szansę na poznanie kultury, miejsc, ludzi no i też samego siebie. Tym jest podróżowanie dla mnie.

Takich podróży.
Sobie i Wam.
Ja, staś.