Bóbrka – Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowniczego im. Ignacego Łukasiewicza

Film z tego miejsca możesz obejrzeć na końcu artykułu 🙂

Podkarpacie kojarzy się nam zazwyczaj z połoninami Bieszczadów, dziką przyrodą i drewnianymi cerkwiami. Jednak w sercu Beskidu Niskiego, niedaleko Krosna, skrywa się miejsce o znaczeniu globalnym. To tutaj, wśród gęstych lasów wsi Bóbrka, narodził się przemysł, który na zawsze odmienił oblicze cywilizacji. Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowniczego im. Ignacego Łukasiewicza to nie jest zwykły skansen – to najstarsza na świecie kopalnia ropy naftowej, która wciąż pozostaje czynna.


Człowiek, który podarował nam światło

Zanim zagłębimy się w leśne alejki muzeum, musimy zrozumieć postać, bez której to miejsce by nie istniało. Ignacy Łukasiewicz – farmaceuta, chemik, społecznik i wielki patriota. Choć historia ropy naftowej kojarzy się nam dziś z teksańskimi potentatami, to właśnie skromny Polak w 1853 roku we Lwowie przeprowadził pierwszą na świecie frakcjonowaną destylację ropy, uzyskując naftę.

Łukasiewicz nie był jednak typowym biznesmenem nastawionym wyłącznie na zysk. Gdy 31 lipca 1853 roku w lwowskim szpitalu przeprowadzono pierwszą operację przy świetle jego lampy naftowej, świat wkroczył w nową erę. Kilka lat później, w 1854 roku, wraz z Tytusem Trzecieskim i Karolem Klobassą-Zrenckim, założył w Bóbrce pierwszą na świecie spółkę naftową.

Warto wiedzieć: Łukasiewicz był postacią wyjątkowo szlachetną. Finansował budowę dróg, szkół i szpitali, walczył z alkoholizmem wśród robotników i stworzył pierwszy system ubezpieczeń społecznych dla pracowników kopalni. Mówiono o nim, że „drogi na Podkarpaciu brukowano jego groszem”.


Spacer wśród „kopanek” – co zobaczymy w Bóbrce?

Muzeum w Bóbrce to przestrzeń unikalna, ponieważ łączy w sobie urok spaceru po lesie z surowością technologii przemysłowej. Teren obejmuje ponad 20 hektarów, na których rozmieszczono historyczne i nowoczesne urządzenia.

Szyby, które pamiętają XIX wiek

Największą atrakcją muzeum są dwie oryginalne kopanki (ręcznie kopane szyby naftowe) z połowy XIX wieku:

  • Kopanka „Franek” – powstała około 1860 roku, o głębokości 50 metrów.
  • Kopanka „Janina” – pogłębiana do dziś, sięgająca 156 metrów.

To, co najbardziej uderza zwiedzających, to fakt, że obie te „studnie” są wciąż aktywne. Zaglądając do wnętrza szybu „Franek”, możemy zobaczyć na dnie taflę czarnej, gęstej cieczy i poczuć charakterystyczny, ostry zapach ropy, który towarzyszy nam podczas całego zwiedzania.

Biały Dworek i laboratorium

W centrum muzeum stoi klasycystyczny dworek, w którym mieszkał sam Łukasiewicz. Wewnątrz możemy przenieść się w czasie – odtworzono tam aptekę z epoki, laboratorium chemiczne oraz salonik, w którym zapadały kluczowe decyzje dla rozwoju przemysłu naftowego. Ekspozycja multimedialna pozwala „spotkać się” z Ignacym, który w formie hologramu opowiada o swoich badaniach.


Najciekawsze fakty i ciekawostki o muzeum

Bóbrka to miejsce pełne anegdot i faktów, które potrafią zaskoczyć nawet największych miłośników techniki. Oto zestawienie najciekawszych z nich:

CiekawostkaOpis
Najstarsza na świecieChoć Amerykanie szczycą się szybem Drake’a w Pensylwanii (1859), kopalnia w Bóbrce działała już 5 lat wcześniej (1854).
Wizyta RockefellerówPodobno przedstawiciele Standard Oil (firmy należącej do Johna D. Rockefellera) odwiedzili Bóbrkę, by podpatrzeć metody wydobycia i organizacji pracy stosowane przez Łukasiewicza.
Zapach sukcesuW Bóbrce ropa naftowa znajduje się tak płytko, że po ulewnych deszczach charakterystyczne „tłuste oczka” można czasem dostrzec bezpośrednio w kałużach na leśnych ścieżkach.
Obelisk upamiętniającyNa terenie muzeum znajduje się kamienny obelisk ustawiony przez samego Łukasiewicza w 1872 roku z napisem: „Dla utrwalenia pamięci założonej kopalni oleju skalnego w Bóbrce”.
Ropa jako lekarstwoZanim nafta stała się paliwem, ropa naftowa (zwana olejem skalnym) była używana przez miejscowych jako lekarstwo na choroby skóry u bydła oraz do smarowania osi wozów.

Dlaczego warto tu przyjechać?

Muzeum w Bóbrce to nie tylko lekcja historii, ale przede wszystkim inspirująca opowieść o polskiej pomysłowości. To tutaj narodził się nowoczesny świat – bez nafty nie byłoby lotnictwa, nowoczesnego transportu ani plastiku.

Atmosfera tego miejsca jest niezwykła. Stare, drewniane kieraty, kuźnie i wieże wiertnicze idealnie komponują się z otaczającym je lasem. Spacerując alejkami, mamy wrażenie, że czas się zatrzymał, a jedynym sygnałem postępu jest nowoczesna sala multimedialna, która w przystępny sposób wyjaśnia, jak dziś wydobywa się gaz i ropę.

Wizyta w Bóbrce to obowiązkowy punkt na mapie każdego, kto chce zrozumieć, jak wielki wpływ na losy świata mieli polscy odkrywcy. To podróż do źródeł energii – dosłownie i w przenośni.

Do zobaczenia na szlaku!

Kasia & staś

Lublin w Blasku Tysiąca Świateł: Odkryj Lumina Park!

Jeśli szukacie miejsca, które wyrwie Was z jesienno-zimowej szarugi i wciągnie w świat baśni to mamy dla Was wspaniałą informację! Atrakcja znajdująca się w Ogrodzie Botanicznym UMCS w Lublinie co roku wywiera ogromne wrażenie na zwiedzających, a nam w tym sezonie odpięła wrotki!

W drogę!

Tę zapierającą dech w piersiach atrakcję można zobaczyć codziennie od godziny 16 do 21, przy czym trzeba pamiętać, że ostatni zwiedzający są wpuszczani o godzinie 20. I w sumie słusznie, bo żeby zobaczyć ten niezwykły spektakl gry świateł dokładnie potrzeba było nam około godziny.

Nam udało się zaparkować na bezpłatnym parkingu pod samym wejściem, które znajduje się od ulicy Willowej. Miejsca do zostawienia samochodu jest sporo, a wszyscy, którzy obawiają się, że po zmierzchu ominą tę atrakcję zapewniamy, że neon przy samym wejściu jest tak duży, że ominąć się jej nie da : )

Jeśli chodzi o bilety to najlepiej zakupić je na oficjalnej stronie, do której link znajdziesz >tutaj<.

Tegoroczny spektakl zabierze Was w świat Alicji z Krainy Czarów i możemy Was zapewnić, że nie będziecie zawiedzeni tą przygodą. Dodatkową atrakcją jest aplikacja z zadaniami do wykonania. Po udzieleniu wszystkich odpowiedzi, przy wyjściu otrzymacie mały podarunek.

Jeśli mam być szczery to osobiście byłem sceptycznie nastawiony do tego widowiska i gdzieś głęboko, w środku Staszka, kręciłem nosem na tę przygodę. I biję się w pierś, że tak myślałem, bo było naprawdę epicko.

A mieliśmy przyjemność z Kasią być członkami zacnej Ekipy, w której były jeszcze nasze wybitne ziomki – Ola i Bartek.

Całą czwórką gorąco Wam polecamy tą atrakcję.
Bo warto!

Acha, jeśli wcześniej padało to nie siadajcie na tronie, serio : )

Jesienne Bieszczady (Rabia Skała i szlak graniczny)

Czołem załoga!

Dzisiaj zabieram Was w bieszczadzkie góry, gdzie spróbuję przejść kawałek szlaku z Wetliny przez Rabią Skałę na Małym Jaśle kończąc. Początek listopada w górach to cała plejada atrakcji, a ja uwielbiam takie „wyzwania”. Deszczowa pogoda poprzednich dni poprzecinała trasę błotnistymi przeszkodami więc bierzcie dobre buty i ruszajcie ze mną!
W drogę!

Swoje wejście zacząłem w miejscowości Wetlina i wspinałem się żółtym szlakiem, aż do Rabiej Skały. Trasa ta jest trochę wymagająca, a miejscami podejście może przysporzyć kłopotu. Z jednej strony trzeba zwrócić uwagę na nachylenie terenu podczas wspinaczki, ale też na liście szczelnie pokrywające niczym dywan wszelkie nierówności terenu oraz liczne kałuże i grzęzawiska.
W warunkach, których szedłem warto mieć ze sobą kije, które bardzo ułatwiają marsz. Cały opis wyposażenia w góry znajdziecie w tym artykule.

Krajobraz z opadających liści i złotego poszycia niemal całego lasu wynagradza trudy, które można napotkać na drodze. Lśniące liście mieniące się w opadającej lekkiej jesiennej mgle zachęcają do ciągłych przystanków i chwili wytchnienia. Pamiętajcie jednak, że Bieszczady to góry i  zwiększające się nachylenie skutecznie może zniechęcić i spowolnić wielu turystów, którzy twierdzą, że Bieszczady jednak górami nie są. Ten szacunek do terenu warto okazać już w momencie planowania trasy, by nie trzeba było wracać po zmroku, narażając się na niepotrzebne niebezpieczeństwo.

Odcinek Wetlina – Jawornik pokonałem w czasie 60 minut. Jest to blisko 4 km, które na mapach jest wyliczone na 1 h 40 min do przejścia. Podejście było w miarę proste bez większych utrudnień co widać po nadrobieniu aż 40 minut. Pamiętajcie o zakupie biletu do Parku, ponieważ szlak na Rabią Skałę prowadzi granicą Parku Narodowego.  A jak już jesteśmy przy Parku to warto się na chwilę nad nim pochylić.

Park jest jednym z 23 Polskich Parków Narodowych. Jest czwartym co do wielkości parkiem w Polsce i największym Parkiem w polskich górach. Powstały w 1973 roku w Bieszczadach Zachodnich jest ostoją miedzy innymi dla 58 gatunków ssaków, w tym rysia który jest wpisany w herb Bieszczadzkiego Parku Narodowego.  Teren posiada całą siatkę pieszych szlaków turystycznych, które można dostosować do swoich możliwości. Ja przechodząc szlak, który opisuję chcę pokazać, że Bieszczady to nie tylko połoniny i Tarnica ale też wiele pięknych miejsc, które również są warte zobaczenia.

Często (co widać na filmie na kanale) zmieniam czapkę na Buffa i odwrotnie. To nie dlatego, że nagrywałem przez kilka dni, ale dlatego, że chodzę w dość szybkim tempie i na podejściach w czapce jest mi za gorąco, a bez czegokolwiek obawiam się przeziębienia zatok. Często też zakładam lub zdejmuję bluzę, a po dużych podejściach mam na zmianę koszulkę żeby nie przewiało mnie na otwartej przestrzeni. Moim zdaniem jest to najlepsza opcja żeby nie zagotować się podczas dłuższego spaceru.

Na Rabią Skałę z Wetliny dotarłem w czasie 2 godzin i 20 minut wliczając w to wszystkie przerwy na jedzenie i przebieranie się. Jest to dobry czas patrząc na to że jest to 8 kilometrów, a Aplikacja „Trasy turystyczne” pokazuje grube 3 godziny i 15 minut. Z czasu jestem bardzo zadowolony i mogę iść spokojnie dalej szlakiem granicznym.

Szlak graniczny miejscami  jest ciut bardziej widokowy. Z widokiem jednak wiąże się wiatr, który hula jak chce i mimo umiarkowanego zmęczenia przez szybkie tempo nie pozwala na dłuższe postoje. Na szczęście na trasie jest parę kamieni, które osłaniają od wiatru i można się zatrzymać, żeby zjeść kanapkę i choć na chwilę rozpłynąć się nad widokami majestatu tego miejsca.

Po 4 godzinach i 45 minutach od rozpoczęcia trasy dotarłem na Okrąglik. To całkiem dobry czas bo odczyt z map pokazuje około 6 godzin i 15 minut. Jestem zadowolony z tego czasu, obłędnych widoków i tej wolności. Zawsze chodząc po górach wpadam na nowe pomysły i oprócz bagażu nowych doświadczeń wyniesionych z trasy w plecaku mam parę planów na przyszłość. To jest to co uwielbiam w tym wszystkim najbardziej. Ale szlak się jeszcze nie kończy. Idę w stronę Małego Jasła – mojego ulubionego szlaku rozgrzewkowego, który nie raz dał mi się we znaki podczas zimowych wyjść w góry.

Powoli kończę swoją przygodę i dziękuję Wam za wspólnie spędzony czas. Mam nadzieję, że ten i inne artykuły będą dla Was inspiracją i spotkamy się niedługo na szlaku!

Do zobaczenia!
staś!
Cześć!

#wetlina #rabia_skala #bieszczady

Puławy – 7 miejsc, które musisz zobaczyć w „polskich Atenach”

Siema załoga!

Dziś zabieram Was w miejsce, które tętni zielenią, rozpycha się cudowną architekturą i zaprasza wszystkich tych, którzy chcą choć na chwilę odetchnąć od zgiełku wielkomiejskich ulic. Zobaczymy pierwszą w Polsce bibliotekę, kościół podobny do rzymskiego Panteonu i na ochłodę skoczymy do muzeum badań polarnych. Jest to idealne miejsce na parę godzin albo jako baza wypadowa zwiedzając zachodnią Lubelszczyznę, a mowa … jak się pewnie domyślacie o Puławach!

W drogę!


Dlaczego polskie Ateny?

W telegraficznym skrócie pierwsze wzmianki o miejscowości pochodzą z 1489 roku. Położenie, nazwa i główne funkcje są związane z rzeką, nad którą miasto leży. Początkowo była to mała osada handlowo-rybacka, a historycy jej nazwę wiążą ze staropolskim wyrazem „plawy” co miało oznaczać przeprawianie się przez rzekę. W drugiej połowie XVII wieku Stanisław Lubomirski zaczął wznosić na skarpie wiślanej obronny pałac, który niestety nie przetrwał długo, bo 30 lat później został spalony przez wojska szwedzkie. Będąc w rękach Sieniawskich został odbudowany, a gdy Zofia Sieniawska wyszła za Augusta Czartoryskiego Puławy przeszły w ręce Czartoryskich. O i wtedy zaczęły się cuda! Bo za sprawą tego rodu Puławy stały się znanym ośrodkiem życia politycznego i kulturalnego kraju zyskując miano Polskich Aten. Co ciekawe miasto od 1846 roku przez 72 lata funkcjonowało pod nazwą Nowa Aleksandria. Ale ten wątek rozwiniemy potem.

1. Pałac Czartoryskich

Serce Puław i symbol ich dawnej świetności. Barokowo-klasycystyczna rezydencja rodu Czartoryskich była nie tylko domem, ale też politycznym i kulturalnym centrum kraju.

Spotykali się tu wybitni malarze, architekci, pisarze oraz muzycy. To miejsce było przesycone sztuką najwyższych lotów, aż do upadku powstania listopadowego. Za pomoc w powstaniu Adam Czartoryski został skazany na śmierć, przez co musiał się salwować ucieczką do Paryża, a dobra rodu zostały skonfiskowane przez władze carskie. Chwilę potem Puławy na cześć żony cara, Aleksandrze Teodorównie, zmieniły nazwę na Nowa Aleksandria. Obecnie część wnętrz i piękny dziedziniec są udostępnione zwiedzającym. Warto zatrzymać się na chwilę, by w zadumie wsłuchać się w rytm czasów świetności osady pałacowej.  

2. Świątynia Sybilli

Zbudowana przez Izabelę Czartoryską w 1801 roku, to pierwsze muzeum narodowe w Polsce. Powstała, by chronić pamiątki po wielkich Polakach i przypominać o chlubnej historii ojczyzny. Składa się z dwóch okrągłych sal. Nad drzwiami jednej widnieje napis „Przeszłość – Przyszłości”, a wejścia do niej strzegą dwa kamienne lwy ustawione obok schodów. Wejście do drugiej sali znajduje się poniżej, od strony skarpy. Rotunda nawiązuje do klasycznej świątyni Westy z Tivoli, a jej symbolika do dziś robi ogromne wrażenie.

3. Domek Gotycki

Urokliwy, czerwony budynek w stylu neogotyckim był drugim obok Świątyni Sybilli muzeum Izabeli Czartoryskiej. Gromadzono tu pamiątki z całej Europy – m.in. po Napoleonie, Sobieskim czy Kościuszce. Domek został pieczołowicie odrestaurowany i dziś można w nim zobaczyć część dawnych zbiorów. Warto tu zajrzeć bo jest to autentyczny ślad pasji kolekcjonerskiej jednej z najbardziej wpływowych kobiet epoki oświecenia.

4. Park Pałacowy

Nie jest tylko tłem dla pałacu, ale samodzielną atrakcją. Pomniki przyrody i wiele akcentów architektonicznych skradną serca wielu osób pragnących chwilkę odpocząć od zgiełku. Został założony w stylu angielskim, co nadaje mu dzikości i odrobinę nonszalancji. Jest świetnym miejscem na spacer z aparatem lub kawę i dobrą książkę na jednej z ławek wzdłuż alejek. Osobiście uważam, że najpiękniejszy jest wiosną i jesienią gdy mieni się milionem barw.

5. Kościół Wniebowzięcia NMP

Wzniesiony w 1803 roku, jest kolejną perełką architektoniczną miasta. Często niesłusznie pomijany podczas zwiedzania, gdyż leży lekko na uboczu zachwyca turystów prostą, klasycystyczną fasadą.  Wzorowany na rzymskim Panteonie, ma wyjątkową kopułę i portyk z kolumnadą. Wnętrze jest jasne i dostojne, zachęcające do chwili zadumy. Warto poszukać tablic upamiętniających Czartoryskich i wielu dekoracji o symbolice patriotycznej.

6. Pałac Marynki

Zbudowany pod koniec XVIII wieku dla Marii Czartoryskiej, córki Izabeli i Adama Kazimierza, pałacyk jest perłą klasycyzmu. Córka Czartoryskich mieszkała w nim rzadko, częściej był on wykorzystywany dla gości książąt. W przeszłości mieścił bibliotekę, dziś pełni funkcje reprezentacyjne. Położony na uboczu może zostać ominięty przez turystów, lecz jest on ciekawym dopełnieniem osady pałacowej.

7. Muzeum badań polarnych

 

Świetnym pomysłem na spędzenie czasu jest odwiedzenie Muzeum Badań polarnych w Puławach. Muzeum cały czas się rozwija, a jego zbiory z dnia na dzień się rozrastają.

Podsumowanie

Puławy to nie tylko atrakcja dla pasjonatów historii, ale i dla każdego, kto szuka miejsca z duszą. Spacer po parku, odwiedziny w Świątyni Sybilli czy chwila zadumy w kościele – to doświadczenia, które zostają w pamięci na długo. Jeśli planujesz weekend w województwie lubelskim – zacznij od Puław. I zostań na dłużej, bo jest to świetna baza wypadowa do Kazimierza Dolnego, Dęblina, Janowca, Nałęczowa czy Gołębia.

Do zobaczenia gdzieś w parku,
Kasia i staś.

Krzyżtopór i  Jezioro Tarnobrzeskie

Czołem Załoga!!

Pragniemy Was zaprosić na mały wypad, w którym odwiedzimy Zamek Krzyżtopór, zobaczymy co kryje dawna osada nieopodal zamku i poszukamy atrakcji nad Jeziorem Tarnobrzeskim. Następnego dnia zabierzemy Was na krótką, rowerową wycieczkę do Sandomierza.

No to co? W drogę!

PONIŻEJ ZNAJDZIESZ FILM Z TEGO WYPADU! : )

Naszą przygodę rozpoczynamy od monumentalnej budowli w miejscowości Ujazd. Zamek Krzyżtopór to XVII wieczna budowla w stylu palazzo In forte zza, czyli rezydencja łącząca wygodę mieszkańców z funkcjami obronnymi. Fundatorem tego przyćmiewającego inne zamki dzieła był Krzysztof Ossoliński, a inspirację do swojego pomysłu zaczerpnął ze swojej podróży do Rzymu, gdzie zachwycił się jedną z najpiękniejszych Włoskich rezydencji –  zamkiem Caprarola.  

Posiadłość w Ujeździe była budowana w latach 1621-1644 i do 1631 była zwana Krzysztopór od imienia fundatora. Następnie przemianowano ją na Krzyżtopór. Było to związane z umieszczeniem nad bramą wjazdową krzyża i toporu. Krzyż symbolizował gorliwość wiary fundatora, topór natomiast był herbem rodu.

Świetnie zachowana bryła udostępniona zwiedzającym w postaci 5 oddzielnych tras daje poczucie przeniesienia się w czasie. Obecnie zamek jest w gruntownym remoncie i część pomieszczeń nie jest udostępnionych do zwiedzania, ale i tak przejście wszystkiego zajęło nam blisko dwie godziny.

 

Ciekawostką jest, że Zamek swoją bryłą nawiązuje do kalendarza. Cztery baszty odpowiadają porom roku, 12 wielkich sal to miesiące, 52 komnaty odpowiadają tygodniom, a 365 okien odpowiada liczbom dni. Dla dociekliwych pytających o lata przestępne również jest ciekawostka. W jednej z baszt jedno okno było zamurowane i mówi się, że raz na 4 lata wykuwano go, by wszystko się zgadzało.

Zamek warto zwiedzać z rana, gdy jeszcze nie ma tłumów, ale świetną opcją cieszącą się niesamowitym zainteresowaniem jest zwiedzanie nocne z przewodnikiem. Warto również pobrać aplikację na telefon, by zwiedzaniu dodać więcej koloru.

Archeopark

By zasięgnąć jeszcze więcej wiedzy historycznej warto udać się do Osady Neolitycznej w Kopcu, która znajduje się zaledwie półtora kilometra od zamku jadąc drogą 758. Jest to świetna opcja szczególnie dla dzieci, ponieważ już na wejściu będą mogły postrzelać z łuku przenosząc się tym samym w czasie.

Świetnym rozwiązaniem jest audio przewodnik w każdej z chat, gdzie można zaczerpnąć skondensowanej wiedzy o konkretnych ekspozycjach. Dzięki rekonstrukcji osady z przed tysięcy lat możemy choć na chwilę przenieść się do neolitu i zobaczyć historię osadnictwa i początków rolnictwa na tych żyznych sandomierskich ziemiach.
Oprócz zwykłego zwiedzania warto zapisać się na warsztaty prowadzone w osadzie.

Chodząc po obiekcie warto zwrócić uwagę, że całość została stworzona w ciągu dwóch lat przez trzy osoby.

Jezioro Tarnobrzeskie

Choć przyznam szczerze, że głównym powodem przyjechania nad jezioro był zjazd tyrolski zwany potocznie tyrolką, bo Kasia jest ogromnym fanem tych zjazdów, to nie ograniczyliśmy się tylko i wyłącznie do tej aktywności.

Jezioro Tarnobrzeskie oferuje mnóstwo możliwości, zaczynając od spacerów promenadą, przez kąpiele na plażach w czyściutkiej wodzie, po wiele sportów wodnych. Żeglarstwo, nurkowanie, dmuhańce i kajakarstwo to tylko garstka z wielu opcji. My postanowiliśmy na kajak i w ten sposób przepłynęliśmy kawał akwenu. Infrastruktura wokół jeziora bardzo miło zaskakuje. Darmowe przebieralnie i toalety, czysta 2 kilometrowa plaża i ogromny parking, który pomieści mnóstwo odwiedzających.

Dodatkowo bardzo dobrze zachowane ścieżki rowerowe pozwalają nacieszyć się widokiem wody również z pozycji siodełka. Na zachód warto wybrać się właśnie w okolice parkingu przy tyrolce. Widok jest naprawdę obłędny i jest to wyjątkowo dobre zakończenie dnia.

Obejrzyj film, łap inspirację i podróżuj!

Dziękujemy Wam za tę podróż.
Do zobaczenia na szlaku.
Kasia i staś.

Lublin gdy za oknem pada? – Oczywiście!

„W czasie deszczu dzieci się nudzą…” tekst polskiej piosenki z lat 60 ubiegłego wieku zna chyba każdy. Wiemy doskonale jak słaba pogoda może popsuć plany naprawdę dobrze zapowiadającego się weekendu. Ale czy jesteśmy skazani na siedzenie w domu i smutne patrzenie w ścianę marudząc na nudę?

Niekoniecznie!!!

Oto kilka przykładów na to co robić w mieście gdy pogoda nas nie rozpieszcza.

  • Aqua Lublin – jeśli nie lubimy deszczu, ale woda w zupełności nam nie przeszkadza to idealnym miejscem będzie spędzenie czasu na basenie. Basen ten to nie tylko pływanie. W ofercie znajduje się również jacuzzi, rwąca rzeka, zjeżdżalnie, wodny plac zabaw oraz baseny zewnętrzne. Dla tych, którzy chcą odpocząć mniej aktywnie w ofercie znajduje się Saunarium.
    Adres:
    Al. Zygmuntowskie 4
    20-101 Lublin
    https://mosir.lublin.pl/obiekty/aqua-lublin/

  • Cartmax – to idealne miejsce na mapie Lublina jeśli lubisz ścigać się, rywalizowac i wygrywać. Kryty tor gokartowy zapewni wszystkie te przyjemności w jednym miejscu. Do wyboru mamy pojazdy o różnej mocy. Dodatkowym atutem w ofercie są tandemy, które pozwolą dzielić się wrażeniami z drugą połówką : ) dla dzieci natomiast w ofercie są pojazdy elektryczne.
    Adres:
    GALERIA OLIMP (POZIOM 0 [parking])
    Al. Spółdzielczości Pracy 32
    20-147 Lublin
    https://cartmax.pl/

  • Laser City – jeśli z paczką znajomych nie wiesz co zrobić w paskudny dzień, a chcesz przetestować swoją sprawność, umiejętność pracy zespołowej i logicznego myślenia to jest to strzał w dziesiątkę. I to dosłownie. W ofercie jest miedzy innymi paintball laserowy, laserowa strzelnica, laserowy labirynt oraz wiele innych. Jest to miejsce stworzone idealnie dla małych i dużych graczy.
    Adres:
    LASER CITY
    Bursaki 6D
    20-150 Lublin
    https://lublin.lasercity.pl/

  • Let me Out – jeśli rozwiązywanie zagadek i praca pod presją czasu w dobrym towarzystwie to Twoje atuty, to z pewnością odnajdziesz się w jednym z 5 Lubelskich pokoi z których będziesz miał jedynie 60 minut, żeby się wydostać. Na Twojej drodze stanie wiele zagadek do rozwiązania. To one powoli doprowadzą Cię do głównego rozwiązania i odnalezienia wyjścia. Będzie to idealnie spędzony czas z paczką znajomych gdy pogoda nie koniecznie będzie idealna.
    Adres:
    Let Me Out – Escape room Lublin
    ul. Złota 6 (1. Piętro)
    20-112 Lublin
    https://lublin.letmeout.pl/

Strefa wysokich lotów – ten park trampolin jest idealnym miejscem, które sprawdzi Twoją kondycje i da wyrzut endorfin na długie godziny po wyjściu. Ten skaczący park rozrywki sprosta wymaganiom każdego, kto chce aktywnie spędzić czas. Baseny z gąbkami, ścianka wspinaczkowa, kosz do wsadów i równoważnia do walki na gabkowe belki to tylko niektóre atrakcje tego miejsca. Wchodząc na trampoliny należy mieć skarpetki antypoślizgowe, które można zakupić na miejscu.
Adres:
Strefa Wysokich Lotów
ul. Cisowa 11
20-703 Lublin
https://strefawysokichlotow.pl/lublin/

Warsztaty Ceramiki – jeśli chcesz stworzyć swój własny, wymarzony kubek możesz to zrobić na warsztatach ceramiki Bolesławiec. Jest to idealne miejsce dla wszystkich, którzy chcą sprawdzić swoje umiejętności artystyczne i przy okazji mieć świetną pamiątkę, którą będzie można się pochwalić znajomym lub podarować najbliższej osobie. Jeśli nie masz talentu do malowania to niczym się nie przejmuj. Możesz skorzystać z gotowych stempelków tworząc własne dzieło.
Adres:
Manufaktura Bolesławiec
Al. Spółdzielczości Pracy 26
20-147 Lublin
https://art.boleslawiec.pl/

  • Centrum wspinaczkowe Kotłownia – Twoim największym dziecięcym marzeniem było wspiąć się jak Tarzan na najwyższe drzewo? Tutaj będziesz się czuł jak ryba w wodzie! To świetna zabawa na aktywny wypoczynek dla każdego. Wspinaczkowe przeszkody dostosowane do możliwości każdemu pozwolą przekroczyć swoje własne granice. Dzięki dobremu sprzętowi i wykwalifikowanej kadrze na torach poczujesz się naprawdę bezpiecznie.
    Adres:
    Kotłownia
    ul. Cisowa 11
    20-703 Lublin
    https://cwkotlownia.pl/
  • Masters Bowling & Bilard – bilard i kręgle to również ciekawa propozycja na mapie Lublina. Sieć ma aż 3 lokalizacje wiec łatwo będzie znaleźć dogodne miejsce dla siebie. Oprócz wyżej wymienionych atrakcji można również pograć na automatach oraz spróbować swoich sił w rzutkach. Na miejscu można zjeść i zorganizować małe przyjęcie po wcześniejszej rezerwacji miejsca więc jest to świetna opcja na spędzenie tam czasu. Wiele możliwości daje szanse znaleźć każdemu czegoś dla siebie.
    Adres:
    Masters Bowling & Bilard
    https://klubmasters.pl/ (po wyborze odpowiedniego klubu na dole można znaleźć adres)


Seanse filmowe można również zobaczyć między innymi w Centrum Kultury, Centrum Spotkania Kultu,r ale tutaj warto wejść bezpośrednio na stronę danego  miejsca, ponieważ oferta tych miejsc jest dużo większa… o czym poniżej.

  • GALERIE, SPEKTAKLE, KONCERTY – a może masz ochotę posłuchać dobrej muzyki, jesteś czuły na malarstwo, grafikę albo inny rodzaj sztuki? Świetnie się składa.  Lublin ma w ofercie mnóstwo świetnych miejsc.
    Oto lista kilku z nich.
    Adresy:

Centrum Spotkania Kultur
plac Teatralny 1
20-029 Lublin
https://csklublin.pl/


Centrum Kultury
ul. Peowiaków 12
20-007 Lublin
https://ck.lublin.pl/


Chatka Żaka

Radziszewskiego 16
20-031 Lublin
https://www.umcs.pl/pl/chatka.htm


Opera Lubelska
ul. Marii Curie-Skłodowskiej 5
20-029 Lublin
https://operalubelska.pl

Noc spadających gwiazd – niesamowity spektakl na niebie.

Jeśli uzbieraliście już pakiet życzeń do spełnienia na ten rok i tylko czekacie, aż będziecie mogli je wypowiedzieć to nadarza się ku temu niesamowita okazja. Wystarczy zabrać ze sobą koc, kilka kanapek, jakąś herbatę i udać się z dala od świateł i łuny miejskiego światła. Nadchodzi noc spadających gwiazd.

Czy to na pewno są gwiazdy?

Perseidy, bo o nich mowa, to jeden z najbardziej spektakularnych rojów meteorów, który można obserwować każdego roku. Są pozostałością po okresowej komecie (jej okres to 133 lata)  109P/ Swift-Tuttle (nazwiska jej pierwszych obserwatorów w roku 1862.)

Co ciekawe nie mają one żadnego związku z gwiazdami. Potoczna nazwa zakorzeniła się jednak na tyle mocno, że nie sposób się jej pozbyć ; ) Gwiazdy są to olbrzymie rozgrzane kule plazmy znajdujące się od nas o miliony lat świetlnych. Perseidy natomiast to pył i drobne cząsteczki powstałe w skutek sublimacji lodowego ogona komety przelatującej stosunkowo blisko Słońca.

Kiedy spektakl?

Rój meteorów przypada na okres między 17 lipca, a 24 sierpnia. Kulminacyjny moment przypada na noc z 12 na 13 sierpnia i to właśnie wtedy można zobaczyć nawet 100 meteorów na godzinę.

Gdzie oglądać?

Kluczowym w oglądaniu jest nocne bezchmurne niebo. Drugim równie ważnym elementem składowym podziwiania jest brak skupisk światła w okolicy. Dobrze jest jak odjedziemy od miasta wystarczająco daleko, by nie było widać również łuny miejskiej. Otwarta przestrzeń bez drzew będzie kolejnym atutem, dzięki temu będziemy mogli zobaczyć cały pokaz w większej skali..

Świetnym miejscem na oglądanie tego zjawiska są między innymi Lutowiska (Bieszczady), ale z pewnością w okolicy znajdziecie wiele pięknych ciemnych miejsc gdzie można usiąść i podziwiać.

Co trzeba zabrać?

Nie trzeba się zbroić w lornetki czy lunety ponieważ bez problemu będziemy mogli zobaczyć spektakl gołym okiem. Dobrze zabrać ze sobą koc albo leżak, kilka kanapek, jakąś herbatę gdyby w nocy było jednak chłodno i trochę cierpliwości ponieważ oczy muszą się przyzwyczaić do ciemności.

Powodzenia w łapaniu „gwiazd”, które spełnią Wasze marzenia!

My,
Kasia i staś.

Kraków – 9 miejsc, które trzeba zobaczyć za pierwszym razem.

Wybierając się pierwszy raz do Krakowa trzeba mieć świadomość, że nie da się tego miasta zwiedzić w jeden dzień. To miasto trzeba doświadczać i odkrywać. I tego odkrywania nie ma końca. Za każdym razem, gdy byliśmy w dawnej stolicy Polski próbowaliśmy ułożyć jak najszybszą i najbardziej atrakcyjną trasę na jeden dzień, co zwykle kończyło się fiaskiem.
Są jednak miejsca, które trzeba zobaczyć, bo są na liście obowiązkowej do odwiedzenia. I dziś, mimo że pogoda całkowicie nie sprzyja spacerom, na taką trasę chcemy Was zaprosić.
Mały Wypad czas start!

(na końcu artykułu znajdziesz film z tego wypadu)

Na zobaczenie wszystkich atrakcji zawartych w artykule dobrze jest mieć cały dzień. Trasa nie jest wymagająca i skupia się tylko na Starym Mieście. Szlak jest naszym zdaniem najbardziej podstawowym szlakiem i z całą pewnością nie wyczerpuje pełnej wspaniałości tego miasta. Naszą wyprawę zaczynamy od symbolu, przy którym każdy powinien mieć zdjęcie.

Smok Wawelski – 6 metrowy pomnik smoka cieszy oczy turystów od 1972 roku. Wykonana z brązu rzeźba jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów miasta. Legenda głosi, że stwór mieszkał w smoczej jamie u podnóża wzgórza zamkowego i stamtąd terroryzował lud. Żadnemu z rycerzy nie udało się zgładzić potwora, lecz na ratunek mieszkańcom miasta ruszył Szewc, który baranią skórę wypchał siarką i podrzucił pod jamę śpiącemu smokowi. Po zjedzeniu swojej ofiary smok poczuł palenie w gardle, i by ugasić ból zaczął pić wodę z Wisły tak długo, aż pękł.

Pozostawiając zionącego, co jakiś czas, ogniem smoka swoje kroki kierujemy na Zamek Królewski.

Zamek Królewski – jeden z najważniejszych zabytków w Polsce symbolizujący tysiącletnią historię kraju. Jego początki sięgają IX wieku, lecz obecny wygląd to efekt wielowiekowych przebudów. W zamku znajdują się insygnia królewskie, relikwie i liczne zbiory sztuki. W Katedrze zaś odbywały się koronacje królewskie, pogrzeby i inne najważniejsze uroczystości. Zamek Królewski w 1978 roku został wpisany na Listę Światowego dziedzictwa UNESCO. Jest zazwyczaj oblegany przez turystów, więc bilety warto kupić z wyprzedzeniem.

Chcąc z lekka uciec od gwaru na dziedzińcu Zamku i tłumu turystów (mimo pogody) swoje kroki kierujemy w stronę plantów, przez które przejdziemy do kolejnych urzekających atrakcji miasta.

Planty – założony w latach 20-ych XX wieku park miejski otaczający Stare Miasto. Jego długość to około 4 km, a powierzchniowo zajmuje 21 ha. Powstał w miejscu, gdzie jeszcze w XIX wieku  znajdowała się fosa i mury miejskie. Spacerując chodnikiem łatwo zobaczyć, że asfalt jest poprzecinany kamiennymi konturami o regularnych kształtach. W tych miejscach znajdowały się baszty, które były ściśle wpisane w fortyfikacje miasta. Dziś niewiele po nich pozostało, ale wystarczy sobie wyobrazić potęgę fortyfikacji, gdyż wszystkich baszt było 47. Chcąc odpocząć wśród drzew można usiąść na ławce choćby w towarzystwie dwóch wybitnych matematyków – Stefana Banacha i Ottona Nikodyma.

Skręcając z Plantów w ulicę Jagiellońską warto swoje kroki pokierować w stronę Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego – powstały w XIX wieku skarb historii pierwotnie musiał nosić nazwę Gabinetu Sztuki i Archeologii. Było to związane z zakazami zaboru austriackiego. Muzeum mieści się w najstarszym budynku Uniwersytetu, który to został przekazany na rzecz Uniwersytetu przez króla Władysława Jagiełłę w 1400 roku. Zbiory muzeum w ciągu lat się powiększały dzięki licznym donatorom. Niestety podczas wojny wiele cennych eksponatów zostało ukradzionych. Dziś w budynku muzeum można podziwiać liczne instrumenty naukowe, kolekcje fotografii, rzeźb i grafik. Budynek przechodził wiele przemian, lecz po wojnie wrócił do cudownego wyglądu sprzed 1840 roku, który cieszy oko każdego turysty.

Skrywając się znów wśród drzew na Plantach powoli swoje kroki kierujemy w stronę najbardziej wysuniętej ceglanej budowli fortyfikacyjnej miasta – Barbakanu.

Barbakan – najbardziej wysunięta część fortyfikacji Starego Miasta, która ostała się z całego kompleksu. Wybudowany na kształt barbakanów toruńskich w końcówce XV wieku na zlecenie Króla Jana Olbrachta w obawie przed najazdem wołosko-tureckim. Ta imponująca budowla z murami szerokimi na 3 metry i o średnicy wewnętrznej ponad 24 m była niegdyś połączona z Bramą Floriańską. Zarys murów łączących można zobaczyć na chodniku. Tuż obok Barbakanu można podziwiać pomnik Jana Matejki.

Wychodząc spod Barbakanu kierujemy się przez jedną z ośmiu bram obronnych miasta (Bramę Floriańską) w stronę Rynku. Już od początku ulicy Floriańskiej możemy zobaczyć wyróżniające się dwie strzeliste wieże. O nich jeszcze opowiemy później. Zacznijmy od budynku w samym centrum placu – Sukiennic.

Sukiennice – budowla, którą widzimy obecnie dalece odbiega od ich pierwowzoru. Na początku były to drewniane kramy, które po licznych pożarach postanowiono zastąpić murowanymi. Sukno – czyli wełniana tkanina, która miała ogromną wartość nadała nazwę budynkowi. Sukiennice były budowane w wielu miastach na głównych szlakach handlowych. Dzięki nadanemu przez króla przywilejowi, zwanemu prawem składu, handel w Krakowie wszedł na wyższy poziom. Przywilej oznaczał, że każdy kupiec wjeżdżający do miasta miał obowiązek zatrzymać się i wystawić swoje towary. Dziś w Sukiennicach można kupić wiele pamiątek. Znajduje się tu również oddział Muzeum Krakowa i Podziemia Rynku Głównego, które naszym zdaniem naprawdę warto odwiedzić.

Jeśli uważasz, że ten materiał pomoże Ci stworzyć swój własny, wymarzony wypad, to możesz nas wesprzeć. Wystarczy, że klikniesz w obrazek(powyżej), a on przeniesie Cię na odpowiednią stronę! Dzięki! 🙂

Wieża Ratuszowa – wieża z XV wieku to jedyny fragment Ratusza, który zachował się do naszych czasów. Cały Ratusz przez wieki był przebudowywany i modernizowany. Niestety na skutek zaborów podupadł i zarządzono rozbiórkę części budynków. Niefortunnie prace były wykonywane na tyle niestarannie, że ucierpiała główna bryła Ratusza, który w konsekwencji też trzeba było wyburzyć. W pozostałości jaką jest 70 metrowa wieża obecnie znajduje się oddział Muzeum Krakowa, z którego można podziwiać między innymi piękną panoramę miasta z najwyższych pięter budynku.

Kościół Świętego Mikołaja – mały kościół w stylu barokowym (pierwotnie romańskim) powstał w XI wieku, na miejscu gdzie według tradycji św. Wojciech głosił kazania. Patrząc z bliska na kościół można zobaczyć jakby był wkopany w ziemię. Tak naprawdę wgłębienie przy kościele przedstawia ówczesny poziom gruntu Krakowa. Kiedyś nie wywożono gruzów po wyburzeniach, przez co poziom miasta stopniowo się podnosił. W podziemiach budynku znajduje się wystawa dotycząca historii Rynku Głównego. Kolejną ciekawostką jest to, że jest to jedna z dwóch budowli zakłócająca porządek miasta idealnego na prawie magdeburskim. Powód jest prozaiczny – kościół został wzniesiony blisko 250 lat przed aktem lokacyjnym miasta.

Bazylika Mariacka – powstała na początku XIII wieku świątynia przechodziła wiele przemian. Związane to było z rozrostem miasta, a co za tym idzie – wiernych. Obecne w pierwszej połowie XV wieku trzęsienie ziemi mocno nadszarpnęło budowlę, która również po tym wydarzeniu przeszła kolejne przemiany. Najbardziej charakterystyczne dla Bazyliki są dwie wieże. Wieża Wyższa, zwana Hejnalicą ma 82 m wysokości i jest wyższa od Wieży Niższej o 13 metrów. Druga wieża została przeznaczona na dzwonnicę kościelną. We wnętrzu bazyliki szczególną uwagę trzeba zwrócić na piękny ołtarz autorstwa Wita Stwosza, który przyciąga tysiące turystów. Wychodząc z Kościoła warto zerknąć na kunę, którą zakładano na szyję skazanym. Ówcześnie była ona na takiej wysokości, by pokutnik nie mógł się wyprostować ani klęknąć. To również pokazuje jak poziom rynku podniósł się przez wieki. Bazylika jest drugim budynkiem, który wyróżnia się z planu architektonicznego miasta.
Warto pod Bazyliką być punktualnie o 12:00, wtedy właśnie można posłuchać hejnału Mariackiego z wieży.

Pomnik Mickiewicza – potocznie zwany przez mieszkańców „Adasiem” został odsłonięty 26 czerwca 1898, w setną rocznicę urodzin polskiego wieszcza. Podczas wojny został zniszczony przez hitlerowców okupujących miasto. Po wojnie został zrekonstruowany i wystawiony na widok publiczny pod koniec 1955 roku. Jest to częste miejsce spotkań mieszkańców miasta jak i świetny punkt orientacyjny na Rynku Głównym.

Powoli kończymy naszą wyprawę po pięknym, deszczowym Krakowie zdając sobie sprawę z tego, że przedstawiliśmy tylko kroplę w morzu tego, co można tu zobaczyć. Za każdym razem, gdy tu jesteśmy odkrywamy coś innego. Błądząc uliczkami miasta natykamy się na coraz to ciekawsze budynki, zagłębiamy się w zaułki historii i będąc pewnymi, że wiemy całkiem sporo odkrywamy, że jeszcze wiele drogi przed nami.


Takie właśnie jest podróżowanie.
To ciągłe odkrywanie i doświadczanie.
Czego sobie i Wam życzymy.


Kasia i staś.

Wrocławskie ZOO – miejsce, które trzeba zobaczyć

               Ponad 12 000 zwierząt na przestrzeni 33 hektarów. Do tego siatka ścieżek wypełniona wieloma planszami dydaktycznymi, zagadkami dla najmłodszych i miejscem do wypoczynku. Jest to jeden z najczęściej odwiedzanych ogrodów w Europie. Kupując bilet nie zdawałem sobie sprawy na jaki spacer się piszę i jaki bagaż wiedzy będę miał okazję zdobyć.
Mały Wypad czas start!
Zapraszam.

DATA I GODZINA

O wrocławskim ZOO słyszałem dużo dobrego i nareszcie w drugiej połowie stycznia (26.01) miałem okazję go odwiedzić. Wiele osób wybiera cieplejsze dni (a nawet upalne) na taką rozrywkę twierdząc, że mało można zobaczyć, gdy jest zimno. Nic bardziej mylnego. Gro zwierząt nienawidzi upałów i zdecydowanie lepiej czują się, gdy jest chłodno, niż w letnim skwarze. A dla tych zwierząt, które cenią sobie ciepełko są zbudowane specjalne ocieplane boksy i to właśnie tam można je podziwiać.

Jeśli chodzi o porę dnia to wybrałem 9:00, czyli godzinę otwarcia. Z jednej strony wtedy jeszcze nie ma tłumów i bez problemu można zwiedzić (poniekąd prowadząc cały peleton) sporą część ZOO, z drugiej zaś, o czym nie wiedziałem, wiele zwierząt miało z rana czas karmienia. Szedłem więc za meleksem, który rozwoził śniadanie i miałem okazję zobaczyć mnóstwo gatunków na porannej wyżerce. Póki co – same plusy.

CZAS ZWIEDZANIA

               Żeby zatrzymać się i przez chwilę podziwiać zwierzęta trzeba dużo czasu. Żeby przyswoić ogrom wiedzy zamieszczony na planszach potrzeba jeszcze więcej czasu. Mi zwiedzanie zajęło lekko 4 godziny, a nie robiłem sobie przerw podczas oglądania i ścieżkami chodziłem w miarę możliwości szybko. Nie skłamię twierdząc, że ta wyprawa może być całodzienną przygodą. Na szczęście ogród przygotował świetne zaplecze rekreacyjno – wypoczynkowe. Nie brakuje ławek, na których można odpocząć, a w sezonie działa również pełna gastronomia rozsiana na trasie zwiedzania (teraz całość jeszcze jest uśpiona przed wiosennym szturmem). Jest to naprawdę fajnie rozplanowany teren. Nawet toalety są super rozmieszczone, tak żeby nie trzeba było ich szukać… no właśnie, co do „szukać.”

LOGISTYKA

Teren ogrodu jest cały czas modernizowany i unowocześniany. Powstają nowe budynki i ścieżki dydaktyczne, które są naprawdę dobrze oznaczone. Słupki kierunkowe z całą pewnością ułatwiały mi poruszanie się po całym obszarze, a mapy znajdujące się przy głównych skrzyżowaniach rozwiązują wszelkie wątpliwości. Podczas przechodzenia z punktu w punkt dokładnie wiedziałem gdzie iść, a gdzie już byłem.

Z perspektywy czasu ciężko mi określić, czy mój kierunek zwiedzania był najbardziej optymalny. Ja zacząłem od zagród, kierując się po kolei z miejsca w miejsce. Moim planem było zostawienie Akwarium i Afrykarium na drugą połowę zwiedzania. Z jednej strony pomyślałem, że najpierw wszyscy po wejściu mogą pójść tam chcąc uniknąć tłumu, a potem będą zwiedzali resztę, z drugiej strony chciałem zostawić sobie taką wisienkę na torcie na koniec zwiedzania. Czy moja logika byłaby powtarzalna to ciężko stwierdzić, ale tłumów nie było zarówno przy zagrodach jak i w budynkach. Czyli 1:0 dla mnie 🙂

O ZOO

Wrocławski ogród zoologiczny położony na 33 hektarach jest mieszkaniem dla ponad 12 tysięcy zwierząt. Jest najstarszym ogrodem w Polsce i działa od 1865 roku prężnie do dziś z dwoma małymi przerwami. Na terenie parku oprócz różnorodnych gatunków zwierząt turyści mogą podziwiać wiele zabytkowych budowli, które pełniły bądź nadal pełnią funkcję schronienia dla zwierząt. Wiele z budynków zmieniło swoje przeznaczenie, jak na przykład Baszta Niedźwiedzi, którą obecnie zajmują sowy. Jest też domek nutrii – jedno z nielicznych drewnianych mieszkanek, które pozostało ok. 1890 i pełni swoją rolę do dziś. Na terenie parku nie brakuje też nowoczesności. Największą atrakcją ogrodu cieszy się Afrykarium z tunelem, przez który można przejść podziwiając różne gatunki ryb. Mi osobiście się podobał, ale mnie nie porwał. Ale za to cała reszta Afrykarium niemalże wyrywa z butów. Naprawdę.

Motylarnia, Żyrafiarnia, Terrarium, Odrarium i wiele innych to z całą pewnością miejsca, które na długo zapadają w pamięci. Ranczo pozwala poznać niedaleką historię, o której wielu najmłodszych nie ma pojęcia. Przykłady chomąt z pewnością pomogą uświadomić najmłodszym, że traktory nie zawsze „rządziły” polami 🙂

Ogród pod swoje skrzydła przyjął wiele gatunków zwierząt z nielegalnych hodowli, przemytu czy z terenów szczególnie zagrożonych dla danych gatunków.

PODSUMOWANIE

               Osobiście uważam, że będąc we Wrocławiu i nie zahaczyć o ZOO byłoby sporym błędem. Nie jest to jednak miejsce na dwie godziny, więc dobrze jest zaplanować przynajmniej pół dnia na zwiedzanie.  Warto pamiętać o tym, by w ciepłe dni zabrać jakieś nakrycie głowy i choćby butelkę na wodę (na terenie ogrodu znajdują się kraniki z wodą). 

Normalny bilet wstępu kosztuje 70 zł, natomiast ulgowy 60 zł. Dostępne w sprzedaży są jeszcze bilety rodzinne i roczne. Nie jest to najmniej, ale biorąc pod uwagę ilość atrakcji, możliwość aktywnego spędzenia całego dnia połączonego z nauką i dobrą zabawą jest to kwota, którą naprawdę warto wydać.

ZOO (piszę tu o wszystkich ogrodach) ma swoich zwolenników i przeciwników. Zgadzam się bezapelacyjnie z tym, że takie miejsca nie są środowiskiem naturalnym dla wielu gatunków zwierząt. Warto jednak pamiętać o tym, że wiele gatunków jest na skraju wymarcia ze względu na brak swojego naturalnego środowiska czy szeroko pojętego „handlu i postępu”.
Za takim obrotem spraw stoi najgroźniejszy i najgorszy z gatunków – My, ludzkość.
Zatem czy takie miejsca są więzieniem czy ostatnią chronioną ostoją?
Każdy kij ma dwa końce. Zawsze.

Dawaj na Kaszuby! – rowerem po Szwajcarii Kaszubskiej.

To, że Kaszuby są miejscem tak uroczym, że nie sposób się nie zakochać w nich od pierwszego wejrzenia, wie chyba każdy, kto choć raz tu był. My spędziliśmy tu ledwo kilka dni, a już tyle wystarczyło, by rozstawać się z tą krainą z wielkim żalem.

Zanim przejdziemy do pełnego opisu naszej jednodniowej wycieczki rowerowej chciałbym się pochylić na chwilę nad ukształtowaniem terenu. Dzięki jęzorowi lodowca, który był na tych terenach wiele, wiele lat temu, pozostały tu cudowne wzgórza morenowe, które będą nie lada gratką dla tych, którzy uwielbiają podjazdy i ciekawe zjazdy. Amplituda wysokości jest naprawdę duża i warto to wziąć pod uwagę, choćby po to, żeby zabrać ciut więcej wody na drogę. Nie chcę tu zniechęcać rodziców, którzy ciągną za sobą przyczepkę z pociechami, bo Kaszuby świetnie rozwiązały ten temat. Faktycznie trzeba pod stromą górę wjechać, ale każdy agresywniejszy podjazd ma „na stanie” ścieżkę rowerową, na której możemy się zatrzymać i chwilę odpocząć, nie bacząc czy ktoś nie zacznie na nas trąbić. A nie zacznie tak czy siak – ale o tym za chwilę ; )

Ruszajmy na szlak….

Swoją przygodę rozpoczęliśmy od miejscowości Węsiory i kamiennych kręgów, do których udaliśmy się jeszcze przed wskoczeniem na rowery. Parking, na którym się zatrzymaliśmy był dopiero w trakcie procesu tworzenia, ale już można było znaleźć miejsce na kilkanaście pojazdów. Czysta przenośna toaleta i szczegółowa mapa z instrukcją jak się dostać na miejsce daje wrażenie, że będzie to fajne zadbane miejsce. Pani, która zbierała opłaty za parking służyła radą i krótką opowieścią o kurhanach, do których zmierzaliśmy. Ponadto samochód mogliśmy zostawić na cały dzień i to było również super sprawą, ponieważ stamtąd rozpoczęliśmy naszą całodniową przygodę.

Po przejściu kilkuset metrów przez las dotarliśmy do kurhanów, kamiennych kręgów i wielu grobów. Jest to miejsce pochówku ludu Gotów, którzy zamieszkiwali te tereny w okolicy I wieku n.e. Wiele osób uważa, że miejsce to ma tajemniczą, magiczną moc, co zachęca wielu turystów do odwiedzin. Trzeba jednak pamiętać, że po pierwsze jest to wielkie cmentarzysko, wiec należy się w tym miejscu odpowiednio zachowywać (nie biegać po kamieniach, nie wskakiwać na kurhany itp.), a po drugie jest to rezerwat (od 1958r.), który ma na celu ochronę nie tylko tego archeologicznego obiektu, ale i ochronę kilkudziesięciu rodzajów porostów, które znajdują się na głazach.

Po tej krótkiej edukacyjnej podróży wróciliśmy na parking i wskoczyliśmy na rowery. Zaplanowaliśmy luźną przejażdżkę na nie więcej niż 60 km z dwoma celami do odwiedzenia. Wyjeżdżając z lokalnej drogi wskoczyliśmy na drogę wojewódzką nr 228 i od samego początku zaczęliśmy się zakochiwać w tych malowniczych terenach. Mimo że doskonale wiedzieliśmy, że czoło lodowca zrobiło tu swoje z ukształtowaniem terenu, to jednak nie obyło się bez zaskoczeń. Przyjemne przewyższenia, które zawsze dobrze spinają nogi i spłycają oddech są dla mnie miodem na serce. Kasia raczej w tych sytuacjach jest ciut bardziej stonowana i jej faworytem jest prosta albo lekko w dół. Śmiem twierdzić, że przy takim ukształtowaniu terenu każdy znajdzie coś dla siebie i to jest właśnie urok tego miejsca.

Ogromną zaletą podróży po tym regionie jest stosunek kierowców do rowerzystów i rowerzystów do kierowców. Każdy tu jedzie z należytym szacunkiem do drugiej strony. Samochody mijają cyklistów w dużej odległości, nie na lusterka, a rowerzyści zawsze sygnalizują gdzie chcą jechać. (przynajmniej my to tak widzieliśmy).

Po zjechaniu z drogi nr 228 w drogę nr 214 przeskoczyliśmy jeszcze przez parę pagórków aż dostaliśmy się do naszego pierwszego celu – Kaszubskiej Wieży Widokowej. Wieża znajduje się na szczycie najwyższej góry pasma Wzgórz Szymbarskich – Wierzycy (328,7 m n.p.m.)

Tutaj istotną kwestią jest to, że szczerze zachęcali nas do pozostawienia rowerów na parkingu na dole, ale nasz upór wpychania rowerów na szczyt wygrał i w sumie słusznie, bo okazało się, że ze szczytu da się zejść drugą ścieżką, bardziej malowniczą i co ważniejsze skracającą drogę o dobrych parę kilometrów.

Z samej wieży rozpościera się widok na całe Kaszuby, a doskonała przejrzystość powietrza dała nam szansę na podziwianie całej krainy w pełnej okazałości. Uważam, że naprawdę warto było wprowadzić te rowery tak wysoko, żeby choćby na chwilę zobaczyć to miejsce zupełnie z innej perspektywy. Bilety normalne za wejście na wieżę to 10zł i 7zł – ulgowe.

Po zejściu malowniczą ścieżką ruszyliśmy w stronę naszego drugiego celu jakim była Brama Kaszubska. Przewyższenia wyciągnęły z nas sporo energii i gdy dojechaliśmy na miejsce po kilku wcześniejszych przystankach, stwierdziliśmy, że przy bramie też należy nam się chwila wytchnienia.

Jeśli mam być szczery to w pierwszej chwili tą całą bramą to ja byłem rozczarowany…. bo bramy nie było!!!

Jedząc kanapki na ławce puściliśmy w powietrze drona i wtedy WOW! Oczom naszym ukazała się BRAMA!! Całą drogę jadąc do tego celu myślałem, że będzie to jakaś architektoniczna cieszynka, a tym czasem zobaczyliśmy TO! Szczerze byliśmy urzeczeni i obserwując okolice z lotu ptaka zakochiwaliśmy się w tym miejscu jeszcze bardziej! Widoki zapierały nam dech w piersiach.

Po naładowaniu żołądków kanapkami i oczu pięknymi widokami czas było powoli wrócić do naszego mobilnego domku, by wyruszyć następnego dnia do Skansenu we Wdzydzach. (<- artykuł tutaj)
Na sto procent wrócimy w to cudowne miejsce, żeby przynajmniej raz jeszcze nacieszyć oczy tymi niesamowitymi obrazami.
Po tym dniu wniosek mamy jeden…. KASZUBY SĄ PIĘKNE!!!!

My,
Kasia i staś.