Mówi się, że to Włosi mają swoisty temperament i nie przestrzegają przepisów. Prawda jest taka, że rzadko można spotkać mieszkańców Italii, którzy by się spieszyli w aucie. Nie wybielam ich, mają swoje za kołnierzem, ale przekraczanie dozwolonej prędkości to nasza przykra domena za którą w najlepszym przypadku płacimy coraz wyższym mandatem. Choć wielu kierowców odcinkowe pomiary prędkości, fotoradary, radary rejestrujące przejazd na czerwonym świetle itp. traktuje jako zło konieczne, które jest wymierzone w ich portfele, to statystyki pokazują znaczny wzrost bezpieczeństwa na drogach co przekłada się na mniej poszkodowanych i ofiar w wypadkach.
W związku z KPO do końca wakacji mają zostać oddane do użytku 128 nowe urządzenia rejestrujące, co sumarycznie przełoży się na blisko 770 urządzeń na drogach w całej Polsce. Warto zapoznać się z ich listą i miejscami instalacji, by wyjazdy były bezpieczne, a pieniądze z portfela zostały przeznaczone na inwestycje lub na inne przyjemności.
Ważne!
Jako że miejsca, w których powstają nowe urządzenia pojawiają się dynamicznie warto zaglądać na stronę tuż przed wyjazdem.
Kliknij w mapę, a w następnej zakładce uruchomi się interaktywna mapa na oficjalnej stronie:
Warto w tym miejscu pochylić się nad tym, że wielu użytkowników dróg traktuje różnego rodzaju radary jako progi zwalniające. Widząc znak ostrzegający o takim urządzeniu bądź dostając powiadomienie z popularnej aplikacji wielu redukuje prędkość sporo poniżej zalecanej. W najlepszym przypadku to znacząco pogarsza płynność ruchu, a w najgorszym prowadzi do potężnego zagrożenia bezpieczeństwa na drodze.
Zdaję sobie sprawę, że temat ten ma wielu przeciwników jak i orędowników.
Jedynie co mogę to sobie i Wam życzyć bezpiecznej drogi ; )
Położone na zachodnim wybrzeżu półwyspu Istria miasteczko zachwyca od pierwszego wejrzenia. Wąskie uliczki, pastelowe kamienice i zapach soli w powietrzu to tylko początek uroku Rovinja. Choć dziś to jedno z najpopularniejszych miejsc na chorwackim wybrzeżu, wciąż zachowuje intymność małego portowego miasta, w którym życie płynie nieco wolniej.
W drogę!
Logistyka Rovinj odwiedziliśmy podczas naszej 10-dniowej podróży po Istrii. Na zwiedzanie miasta zarezerwowaliśmy parę godzin i z perspektywy czasu – to był strzał w dziesiątkę. Tego dnia udało nam się odwiedzić jeszcze Poreč, o którym przeczytacie w tym artykule. Rovinj jest kompaktowe, a główne atrakcje dostępne pieszo. Parkowanie może być wyzwaniem w sezonie – polecamy szukać miejsc w obrębie starego miasta (cena za godzinę to około 3 euro). My chodząc w miarę sprawnie zwiedziliśmy wszystko w około 4 godziny. Bądźcie proszę wyrozumiali dla obrazków miasta, które dla Was mamy. Noc wcześniej przeszła tu potężna wichura, która zniszczyła wiele dachów, łodzi i ogródków restauracyjnych. Służby jednak stanęły na wysokości zadania i ekipy sprzątające uwijały się niczym pszczółki w ulu. Szacun!
Zarys historii Historia Rovinja sięga czasów starożytnych. Miasto wielokrotnie zmieniało właścicieli: od Cesarstwa Rzymskiego i Bizancjum, przez Franków, aż po Wenecjan, którzy pozostawili tu największy ślad. Właśnie dzięki nim Rovinj zyskał charakterystyczny wygląd – domy stykające się ze sobą i kanał portowy przypominający włoskie miasteczka laguny. Po wojnie miasto przypadło Jugosławii, a po jej rozpadzie w 1992 stało się miastem chorwackim.
Co warto zobaczyć?
Punktem obowiązkowym jest Stare Miasto. My zaczęliśmy zwiedzanie od strony nabrzeża patrząc lekko z oddali na piękne, wąskie, kolorowe kamieniczki. Snując się wolno wzdłuż promenady portowej dochodzimy do Placu Marszałka Tito. Jest to główny plac, który ma znaczenie kulturalne, artystyczne i turystyczne miasta. Miejsce to jest otoczone barwnymi kamieniczkami, ale szczególną uwagę należy zwrócić na wieżę zegarową i Łuk Balbiego, który wprowadza nas na dawną wyspę.
Pochodząca z XIX wieku wieża zegarowa mieściła kiedyś więzienie. Dziś pełni funkcję reprezentacyjną miasta, a jej zegar skrywa w sobie części mechanizmu ze starego XVIII wiecznego zegara. Symbol lwa pod zegarem jest świadectwem szerokiego wpływu Wenecjan w to miasto. Stając tyłem do wieży można zbić piątkę z Keko, posągiem chłopca z fontanny, która jest upamiętnieniem ukończenia prac nad zaopatrzeniem miasta w wodę.
Powoli dochodzimy do Łuku Balbiego, okazałej budowli z 1680 roku. Miasto przez wieki było otoczone potężnymi murami i bramami i właśnie w miejscu jednej z bram powstał Łuk. Swoją nazwę przyjął dopiero w latach 70-tych XIX wieku za sprawą burmistrza miasta – Almoro Balbiego, który zamieścił na budowli herb swojego rodu.
Wspominałem wcześniej o tym, że owy łuk prowadził na wyspę i jest w tym sens. Do 1763 roku miasto było wyspą, dopiero później zasypano wąską cieśninę łącząc wyspę z lądem. To wiele tłumaczy chodząc bardzo wąskimi uliczkami wśród kamieniczek sklejonych ze sobą niczym w Tetrisie. Przez wieki nie wyrażano zgody na budowę nowych kamienic jedynie na rozbudowę i przebudowę już istniejących. Wąskie, wijące się uliczki, które dla nas są magicznym przeżyciem dla mieszkańców miasta przez wieki na pewno były zmorą.
To właśnie te uliczki prowadzą w górę ku imponującej katedrze św. Eufemii – patronki miasta. Sama katedra wzniesiona w XVIII wieku przyciąga nie tylko swoją barokową architekturą, ale i widokiem z wieży na Adriatyk oraz pobliskie wyspy.
Na szczycie wieży stoi posąg św. Eufemii, który obraca się zgodnie z kierunkiem wiatru – to jeden z symboli miasta.
Jeśli uważasz, że ten materiał pomoże Ci stworzyć swój własny, wymarzony wypad, to możesz nas wesprzeć. Wystarczy, że klikniesz w obrazek(powyżej), a on przeniesie Cię na odpowiednią stronę! Dzięki!
Jeśli będziecie zmęczeni już wspinaczką i chodzeniem krętymi uliczkami możecie odpocząć na skalistych plażach prażąc się w chorwackim słońcu i snując artystyczne marzenia patrząc hen w horyzont.
My tymczasem pragniemy zabrać Was już teraz w kolejną podróż po Chorwacji.
Im bardziej wypełniamy z Kasią kalendarz wyjazdami, tym częściej dociera do naszych uszu pytanie w stylu SKĄD ONI NA TO WSZYSTKO MAJĄ PIENIĄDZE?? I to pytanie zadają dwie grupy osób. Jednym odpowiadam, że mam bardzo bogatą żonę, która ma mnie, żebym jej woził ten hajs taczkami. Tym Drugim, którzy faktycznie chcą się dowiedzieć jak to robimy, że tyle podróżujemy – dedykuję ten artykuł. (przeczytaj od początku do końca, bo punkty przeplatają się ze sobą tworząc sieć)
Po pierwsze PLAN
Zawsze na początku roku tworzymy kalendarz wyjazdowy, w którym zapisujemy gdzie możemy wyskoczyć. Czy to na weekend, czy to na jeden dzień, czy to na dwa tygodnie. To pozwala nam określić szacunkowe roczne koszty wyjazdów i co za tym idzie – możliwości. Na podstawie wielu wyjazdów i obecnej sytuacji gospodarczej przyjęliśmy maksymalną kwotę na jeden dzień 40-50 Euro na osobę (w tym jest jedzenie, zwiedzanie, nocleg, podróż).
Po drugie CELE
Mamy listę z celami i marzeniami do zobaczenia, którą stale rozszerzamy. To, co odhaczyliśmy: albo spada na dół listy (o ile chcemy odwiedzić to miejsce jeszcze raz) albo skreślamy. Lista podzielona jest na wypady jednodniowe, kilkudniowe, Polskie i zagraniczne. Z tej listy wybieramy pasujące nam ilością dni wypady korelując je z planem. I tu jesteśmy na dobrej drodze.
Po trzecie GRAFIK WYJAZDOWY
Jest połączeniem PLANU z CELAMI. Staramy się mieć grafik na cały rok. Każdy weekend. KAŻDY. Wiadomo, że coś wypadnie, coś nie pójdzie po naszej myśli. Ale bez grafiku zazwyczaj wygląda to tak, że większość świata w piątek wieczorem zaczyna rozmyślać, co można by porobić w weekend. I na wertowaniu internetu schodzi pół wieczoru. Przychodzi sobota i to południe i nagle się okazuje, że cały misterny plan w Bieszczadach nie wypali, bo zostało półtora dnia, a to już się nie opłaca… Dlatego ładujemy się na miasto. Z pizzą, kilkoma piwkami w pamięci i rachunkiem za taksówkę w niedzielny poranek podziwiamy jak ktoś z naszych znajomych właśnie włazi na Świnicę.
TU WŁAŚNIE MAMY PIERWSZY GŁÓWNY ASPEKT OSZCZĘDZANIA – Kompletny plan pozwala stworzyć możliwości wyjazdu wcześniej. Jest duża szansa znaleźć tani bilet, darmowe zwiedzanie z przewodnikiem, degustacje win w dobrej cenie w okolicznej winnicy, czy nawet warsztaty robienia lokalnych potraw z degustacją. W internecie jest wszystko, więc warto sprawdzić nasze pomysły podróżnicze z kalendarzem miasta i wybrać się na „Dni (tu wpisz interesujące Cię miasto)”.
(W żaden sposób nie neguję i nie oceniam wychodzenia na miasto. Chodzi mi o to, że często z braku opcji wyjazdowej wybieramy opcję, której byśmy nie wybrali mając gotowy plan. I tym sposobem pieniądze na wyjazd wydajemy na coś zupełnie innego, co potem powoduje lekkiego moralniaka).
ELASTYCZNOŚĆ
To kolejny punkt wynikający z poprzednich. Jeśli widzimy jakąś zaskakująco korzystną opcję wyjazdu bądź wylotu to zmieniamy nasz PLAN. Dzięki temu oszczędzimy na kolejny wyjazd. Warto mieć polubione parę stron z lotami i noclegami. To jest naprawdę niezła zabawa – wyszukiwanie najtańszych opcji. Jeśli nie możemy sobie pozwolić, czy finansowo, czy czasowo na daną okazję, to znaczy tylko tyle, że to nie jest okazja dla Nas i nie ma co wylewać rzewnych łez w poduszkę. Pogoda też z lekka zmusza do elastyczności grafiku. Czasem rower musimy zmienić na muzeum.
I po dość obszernym wprowadzeniu (bez którego cała reszta nie miałaby sensu) dochodzimy do listy możliwości oszczędzenia kapki pieniędzy.
Kolacja w gronie znajomych.
Ciekawym pomysłem po powrocie z podróży jest spotkanie, w którym możemy się podzielić ze znajomymi wrażeniami z wyjazdu i przy okazji coś zjeść. Zazwyczaj staramy się przygotować przekąski z danego miejsca, w którym byliśmy. A już najlepszą opcją jest jak znajomi wpadają na wspólne gotowanie. Zapewniam, ta opcja jest o wiele, wiele tańsza, a z mojej perspektywy dużo bardziej atrakcyjna.
Film w domu.
Szanuję i poniekąd podziwiam ludzi, którzy uwielbiają kino. 30 min reklam i chęć wyjścia siku w kulminacyjnym momencie zawsze mnie odciągało od pomysłu kina. I popcorn i to siorbanie Coli z pustego już kubeczka przez gościa za mną… Dlatego w 2018 roku na promocji dorwałem projektor, który zastępuje nam kino. Co do dźwięku… wystarczy dobre słuchawki/głośnik spiąć z projektorem
Wyjazdy poza sezonem.
Mniej ludzi, niższe ceny, więcej swobody, możliwość poznania kultury, a nie typowo turystycznej otoczki. Tu chyba nie trzeba pisać więcej (tutaj też zostawiam LINK do artykułu o kartach potrzebnych podczas podróży – wśród nich ACSI)
5 zł do słoika.
Choć rzadko płacimy już gotówką, to jak już coś jest, to każde 2 zł i 5 zł idzie do słoika wyjazdowego. Nie czujemy tej różnicy w portfelu, a po roku całkiem sporo się nazbiera.
Opcja na koncie „do pełnej kwoty”.
Każda transakcja naszego wspólnego konta jest zaokrąglana do pełnej kwoty (10 zł). To zaokrąglenie przeskakuje automatycznie na konto wakacyjne – oszczędnościowe. Wychodzi z tego (1800-2500 zł rocznie). Osobiście byłem tym przerażony na samym początku. Tyle hajsu idzie gdzieś… ale to jest naprawdę mało zauważalne.
Zakupy z listą.
Wchodząc do sklepu zawsze mamy listę rzeczy, które musimy kupić. Jeśli czegoś nie ma na liście to po prostu tego nie bierzemy. Możecie mi wierzyć lub nie, ale w naszym przypadku to bardzo duże oszczędności. Na przykład: batony przy ladach kasowych kosztują max 2-3 zł, co to jest za kwota jeśli mamy zakupy na 50 -100 zł?! Tylko ile razy w miesiącu robimy takie zakupy. A baton nam się przecież należy (kiedyś zapytałem pewnego bogatego Włocha o jego radę by być bogatym. Odpowiedział, żebym do sklepu chodził zawsze z własną siatką) – kropla drąży skałę. Wiem, że nie każdego tym przekonam, ale może kogoś.
Pasta do zębów? Tylko przez Internet.
Pasta, kapsułki do prania, szczoteczki, płyn do szyb, płyn do spryskiwaczy, worki do odkurzacza i wiele, wiele innych kupuję na początku roku (na rok) i wkładam do szafy. I przez cały rok nie muszę o tym pamiętać. Bo jest, nie psuje się, czeka. Tak samo można w maju kupić opony zimowe, albo w lipcu znicze. W lecie często kupujemy sprzęt zimowy, a w zimie sprzęt rowerowy.
Nie korzystam – sprzedaję.
Faktem jest, że bycie minimalistą jest pod tym względem pomocne. Jeśli przeczytałem już książkę i do niej nie wrócę, to wystawiam ją w internecie. Tak samo robię z czekanem, śpiworem, namiotem czy krzesłami. Kasia sprzedaje ubrania, w których już nie chodzi. Drugie życie. A przy tym parę złotówek do kieszeni.
Ta sama sytuacja ma się do kupowania. Jeśli potrzebuję jakiejś książki, to pierwsze co robię, to szukam książki z drugiej ręki. Tak kupuję większość przewodników (te akurat kupuję prawie hurtem, bo nigdy nie wiemy gdzie trafimy).
I to ostatnie zdanie, zdaniem wielu będzie przeczyło minimalizmowi. Bo po co kupować tyle książek. Minimalizm nie polega na tym, żeby nie mieć nic. Polega na tym, żeby zrezygnować z nadmiaru, z rzeczy niepotrzebnych. Jeśli ktoś ma bzika na punkcie kredek, albo kubków z Myszką Miki, to ja mam z tym luz. Każdy z nas ma „jedno uszko bardziej”. : )
Reasumując, to plan jest ważny i cel, który czasem trzeba nagiąć, by móc wypełnić grafik jeszcze bardziej. Te rady to jedynie przykłady i podejrzewam, że każdy znajdzie coś więcej. Jeśli dopiero zaczynasz oszczędzać na wyjazdy to zacznij od małych kwot i sukcesywnie je zwiększaj. Wtedy nie będzie uczucia tracenia pieniędzy.