Locorotondo: Biały labirynt, który kradnie serce (nie tylko w święta!)

Jeśli Alberobello jest królestwem bajkowych domków, to oddalone o rzut beretem Locorotondo jest jego elegancką, spokojniejszą kuzynką. Nazwa miasta dosłownie oznacza „okrągłe miejsce” (locus rotondus), co idealnie oddaje plan jego zabudowy. To tutaj znajdziecie jedne z najpiękniejszych uliczek we Włoszech, które – choć zachwycają przez cały rok – zimą zmieniają się w scenerię rodem z planu filmowego Disneya.

Plątanina uliczek i „cummerse”

Locorotondo to miejsce stworzone do tego, by się w nim zgubić. Miasto słynie z nieskazitelnej czystości i białych elewacji, na tle których odcinają się kolorowe kwiaty i zielone okiennice. Charakterystycznym elementem architektury są tutaj cummerse – wąskie domy o spiczastych dachach krytych szarą dachówką, które nadają miastu unikalny, niemal północnoeuropejski sznyt w samym sercu południowych Włoch.

Spacerując bez planu, natkniecie się na ukryte dziedzińce, schodki ozdobione ceramicznymi donicami i zapach świeżo pranej pościeli mieszający się z aromatem lokalnego białego wina.

Świąteczna bajka: Locorotondo w grudniu

Choć Apulia kojarzy się głównie z letnim słońcem, Locorotondo stało się w ostatnich latach stolicą włoskich świąt. Gdy nadchodzi grudzień, wąskie gardła uliczek wypełniają się tysiącami światełek, czerwonymi kokardami, bombkami i girlandami z igliwia.

Wszystko jest tu dopracowane do perfekcji – od gigantycznych instalacji świetlnych po drobne detale w oknach mieszkańców. Klimat jest tak gęsty od magii, że można odnieść wrażenie spacerowania wewnątrz szklanej kuli ze śniegiem. To wtedy miasto nabiera blasku, który przyciąga fotografów i marzycieli z całego świata.

Ważne!

Jeśli wybieracie się w dalszą podróż np. do Monopoli (tak jak my), to musicie uzbroić się w cierpliwość. Autobusy jeżdżą jak chcą i nasz przyjechał z 4 godzinnym opóźnieniem. Żeby pojechać do Monopoli trzeba tównież czekać na odpowiednim przystanku, który nie jest tak oczywisty.
(dane na grudzień 2025)
Poniżej zdjęcie przystanku, a tu współrzędne GPS: 40.755057, 17.326251
Via Martina Franca 13

Kościół San Nicola: Spojrzenie w przeszłość

W samym sercu starego miasta, wśród bieli murów, kryje się perełka – kościółek San Nicola Myra. Z zewnątrz może wydawać się skromny, ale jego wnętrze kryje coś niezwykłego.

Największą atrakcją jest przeszklona podłoga, przez którą można zajrzeć bezpośrednio pod stopy, by zobaczyć odsłonięte fundamenty i pozostałości dawnych konstrukcji. To niesamowite uczucie stać na przezroczystej tafli i widzieć historię miasta zapisaną w kamieniu, warstwa po warstwie. Wnętrze zdobią dodatkowo piękne, barwne freski, które opowiadają o życiu patrona.

Chwila oddechu w Villa Comunale

Po spacerze labiryntem uliczek warto skierować się w stronę Villa Comunale – miejskiego parku, który jest ulubionym miejscem spotkań lokalsów. To zadbane, zielone ogrody z ławkami, gdzie wśród cienia drzew można odpocząć od zgiełku.

Jednak to, co w parku najważniejsze, znajduje się na jego obrzeżach. Rozpościera się stąd najpiękniejszy taras widokowy w regionie. Z balustrady parku możecie podziwiać zapierającą dech w piersiach panoramę Valle d’Itria (Doliny Itrii).


Locorotondo to miasto, które nie krzyczy o uwagę, ale powoli sączy swój urok do serca każdego przybysza. To idealne miejsce na „slow travel” i cieszenie się detalami.

Do zobaczenia na szlaku!
Kasia & staś

Bari: Miasto św. Mikołaja, polskiej królowej i włoskiego „małego Pearl Harbor”

Bari to miasto, które wielu turystów omija lub poświęca mu tylko chwilę pędząc z lotniska  w drodze do słynnego Alberobello czy Polignano a Mare. To jednak błąd! Stolica Apulii to miejsce o niezwykłej głębi historycznej, gdzie rzymskie drogi przecinają się z polskimi losami, a zapach świeżej foccaci miesza się z morską bryzą. Zapraszamy Was na spacer po mieście, które ma do opowiedzenia więcej, niż moglibyście przypuszczać.

W Bari byliśmy w okresie Świąt Bożego Narodzenia i jest to idealny okres by poczuć prawdziwy klimat tego miejsca. Turystów było jak na lekarstwo, ale to wcale nie oznacza że było pusto. Miejsce to tętniło lokalnym życiem. Takim prawdziwym, z obrazka. Z grillami w uliczkach czy głośnymi rozmowami na pustawych placykach. Czas idealny by doświadczać. Mamy nadzieję, że te zdjęcia Was przekonają. 

W drogę!

Krótka historia i polski akcent w sercu Apulii

Zanim na dobre zatracimy się w spacerze warto wspomnieć, że…

Bari od starożytności było strategicznym oknem na świat. Rządzili tu Rzymianie, Bizantyjczycy, Saraceni i Normanowie. Dla nas, Polaków, Bari ma znaczenie szczególne. To właśnie tutaj spoczywa  Bona Sforza d’Aragona wpływowa żona Zygmunta Starego i królowa Polski. Królowa Bona po śmierci męża postanowiła wyruszyć do Bari, miejsca  którego była księżną. To tutaj spędziła ostatnie dni życia. Jej monumentalny nagrobek znajduje się w najważniejszym miejscu miasta, bazylice św. Mikołaja, przypominając o silnych więziach łączących Polskę z tym regionem Włoch.

Duchowość zaklęta w kamieniu: Bazylika i Katedra

Spacerując po Bari Vecchia (Starym Mieście), nie sposób pominąć dwóch świątyń:

  • Bazylika św. Mikołaja (San Nicola): To serce miasta. Tu spoczywają relikwie św. Mikołaja, patrona żeglarzy i dzieci. Surowa, romańska architektura kryje w sobie wspomniany nagrobek królowej Bony, umieszczony tuż za głównym ołtarzem.
  • Katedra San Sabino: Choć mniej znana, zachwyca detalami. Jeśli będziecie tu w czerwcu podczas przesilenia letniego, możecie stać się świadkami niezwykłego spektaklu światła – promienie słońca wpadające przez rozetę idealnie pokrywają się z mozaiką na podłodze. Warto zajrzeć do podziemi, które skrywają fundamenty poprzednich świątyń, fragmenty drogi rzymskiej i wiele pięknych historycznych artefaktów. Dodatkowo w cenie biletu warto zobaczyć muzeum, które znajduje się nieopodal. 

Okrążając katedrę możemy dostrzec niepozorny kamień z włazem. Jest to cysterna dla spragnionych, którą ufundowała królowa Bona dla mieszkańców. Niegdyś takie cysterny z wodą były częstym widokiem uliczek i skwerów Bari. 

  • Jeśli jesteśmy przy miejscach sakralnych to warto odnaleźć kolumny kościoła Santa Maria del Buonconsiglio. To istne muzeum na świeżym powietrzu datowane na IX/ X wiek. Podczas spaceru wśród pozostałości warto zwrócić uwagę nie tylko na kolumny, ale i na mozaikę na podłodze.

Małe Pearl Harbor – tragiczna karta historii

Bari odegrało kluczową rolę podczas II wojny światowej. 2 grudnia 1943 roku niemieckie lotnictwo przeprowadziło tu nalot na port, w którym stacjonowały jednostki alianckie. Zniszczono 28 statków, ale najgorsze było to, że jeden z nich – amerykański John Harvey – przewoził tajny ładunek gazu musztardowego. Wyciek chemikaliów doprowadził do śmierci setek ludzi. Wydarzenie to zyskało miano „małego Pearl Harbor” i było jedną z największych katastrof chemicznych wojny, długo utrzymywaną w tajemnicy.

Rzymskie ślady: Via Appia Traiana

Na Piazza del Ferrarese historia dosłownie wychodzi spod ziemi. Możemy tam zobaczyć odsłonięty fragment dawnej drogi rzymskiej – Via Appia Traiana, która łączyła Benevento z Brindisi. Nieopodal placu wzdłuż nabrzeża wśród wolno stojących kolumn  odnajdziecie też autentyczny kamień milowy z czasów cesarza Trajana. To dowód na to, że już 2000 lat temu Bari było kluczowym punktem na mapie imperium. Na początku było kluczowym miejscem handlu, by w kolejnych wiekach stać się miejscem, z którego pielgrzymi wyruszali statkami do ziemi świętej.  

Teatry i architektoniczny spryt: Dlaczego Margherita stoi w morzu?

Bari to miasto teatrów. Teatro Petruzzelli to jeden z największych i najbardziej luksusowych gmachów operowych we Włoszech. Jednak to Teatro Margherita wzbudza największą ciekawość. Dlaczego stoi na palach wbitych w dno morskie? Wszystko przez dawny pakt rodziny Petruzzelli z władzami miasta: nikt nie mógł wybudować innego teatru na ziemiach miejskich, przy czym słowo ziemia jest tu kluczowe. Sprytni budowniczowie Margherity dosłownie „ominęli” ten zakaz, wznosząc teatr na wodzie, technicznie nie naruszając umowy.

Życie na Lungomare i smaki Bari

Wieczór w Bari należy spędzić na Lungomare – najdłuższej promenadzie we Włoszech. To tu mieszkańcy spotykają się na spacer i plotki. Jeśli zgłodniejecie, Bari oferuje dwa kulinarne symbole:

  1. Panino con polpo: Kanapka z grillowaną ośmiornicą, świeżo wyłowioną z Adriatyku.
  2. Focaccia Barese: Puszyste ciasto z ogromną ilością oliwy, pomidorkami i oliwkami – smakuje najlepiej kupiona w piekarni (panificio) ukrytej w wąskiej uliczce. Do tego obowiązkowo Piwo Peroni. Choć to marka ogólnowłoska, w Bari ma status niemal święty – „Peroncino” to nieodłączny element każdego lokalnego spotkania.

Ciekawostki:

  • *W Bari Vecchia kobiety lepiące makaron orecchiette na ulicach to nie jest inscenizacja dla turystów – to ich realna praca i tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie.
  • *Legenda głosi, że relikwie św. Mikołaja zostały… skradzione przez marynarzy z Bari z Myry (dzisiejsza Turcja), aby uchronić je przed najazdami, co mieszkańcy do dziś celebrują jako akt odwagi.
  • *Bari posiada jedną z największych cerkwi prawosławnych w tej części Europy, co czyni miasto ważnym punktem pielgrzymkowym również dla wiernych ze wschodu.

Podsumowanie

Bari to miasto kontrastów – od tragicznych wspomnień wojennych, przez rzymską potęgę, aż po radosny gwar nadmorskiej promenady. To miejsce, gdzie polska królowa patrzy na włoskich marynarzy, a historia smakuje jak ośmiornica i zimne piwo. Nie omijajcie go – Bari zasługuje, by zostać na dłużej, a nie tylko na godzinę!

Do zobaczenia w kolejnej podróży,
My Kasia i staś. 

Pompeje – miasto, które zatrzymał wulkan, a historia ożywiła na nowo!

Wystarczy jeden krok za bramę Porta Marina, by przenieść się do świata sprzed blisko dwóch tysięcy lat. Ulice z koleinami po rydwanach, zdobione domy patrycjuszy, graffiti na murach i tętniące życiem forum – Pompeje nie są zwykłym stanowiskiem archeologicznym. To miasto zamrożone w czasie przez potęgę Wezuwiusza, które do dziś fascynuje, inspiruje i… uczy.

Krótka historia Pompejów

Pompeje założone zostały najprawdopodobniej przez Osków w VII w. p.n.e., później rozwijały się pod panowaniem Rzymian, osiągając szczyt swojej świetności w I wieku n.e. Były ważnym ośrodkiem handlu, kultury i życia społecznego. 24 sierpnia 79 roku n.e. nagła erupcja Wezuwiusza przysypała miasto warstwą popiołu i pumeksu, grzebiąc ponad 10 tysięcy ludzi i zachowując miasto niemal nienaruszone. Paradoksalnie – to katastrofa ocaliła Pompeje dla potomnych.

O czym pamiętać?

Pompeje to ogromny teren na otwartym słońcu, często bez cienia. Dlatego:

  • Woda – weź własną butelkę, ale możesz uzupełniać ją w dostępnych źródłach na terenie ruin.
  • Nakrycie głowy – kapelusz lub czapka są absolutnie niezbędne.
  • Krem z filtrem UV – słońce w Kampanii potrafi być bezlitosne nawet wiosną czy jesienią.
  • Wygodne buty – nawierzchnia jest nierówna, a do przejścia wiele kilometrów.
  • ArteCARD – jest to karta zniżkowa, która daje możliwość zaoszczędzenia sporej sumy pieniędzy podczas zwiedzania muzeów i galerii w Neapolu oraz całej Kampanii (często pozwala na wejścia bez konieczności stania w kolejkach). Dostępna jest w wielu kioskach i informacji turystycznej.

Dodatkowo warto pamiętać o tym że zwiedzanie to minimum 3 godziny, ale najlepiej przeznaczyć na nie od 4 do 6 godzin.

(poniżej znajdziesz informacje jak się dostać na miejsce)

Rzymskie rozwiązania, które przetrwały wieki

Zwiedzając Pompeje, trudno nie odczuć zdumienia nad zaawansowaniem cywilizacji rzymskiej. To, co wydaje się nowoczesne, często ma swoje korzenie właśnie tutaj.
Ulice z przejściami dla pieszych, system kanalizacji i wodociągów skutecznie zbierający deszczówkę z ulic, ogrzewane łaźnie przypominające dzisiejsze systemy centralnego ogrzewania i reklamy na ścianach doskonale widoczne do dziś to tylko część tego co znajdziemy spacerując po mieście z przed 2000!! lat. Warto na moment zatrzymać się w zadumie jak bardzo świat był rozwinięty już dwadzieścia wieków temu.

Będąc w Pompejach warto wcześniej wybrać się do Herkulanum i na Wezuwiusz.
W tej kolejności Pompeje zrobią na nas jeszcze większe wrażenie.
Tutaj masz link do Herkulanum i Wezuwiusza.

Pompeje pokazują, że Rzymianie budowali z wizją wieczności – ich miasto, mimo że zniszczone, nadal żyje. Ich architektura, planowanie przestrzenne i inżynieria nadal inspirują współczesnych urbanistów, artystów i inżynierów. Nawet tragedia, która spopieliła Pompeje, stała się pomostem między przeszłością a teraźniejszością, pozwalając nam dosłownie zajrzeć przez uchylone drzwi historii.

Jak dojechać do Pompejów z Neapolu?

To bardzo proste:

Bilety można zakupić w aplikacji OMIO lub bezpośrednio na stacji.

  1. Wsiądź w pociąg na stacji Napoli Garibaldi.
  2. Wysiądź na stacji Pompei Scavi – Villa dei Misteri (około 35 minut podróży).
  3. Wejście do ruin znajduje się tuż obok stacji – trudno się zgubić. : )

Alternatywnie, jeśli podróżujesz samochodem, Pompeje znajdują się około 25 km od Neapolu i mają dobrze oznaczone parkingi w pobliżu wejść.

Podsumowanie

Pompeje to coś więcej niż ruiny – to żywe muzeum, dowód na geniusz ludzkiego umysłu i przypomnienie o sile natury. Tu historia ma zapach popiołu, kształt kolumny i echo dawnych kroków. Jeśli jesteś w Neapolu – nie zastanawiaj się. Przez chwilę możesz poczuć się jak obywatel Imperium Rzymskiego, spacerujący po swoim ukochanym mieście. Dla nas było to niesamowite przeżycie, które z pewnością będziemy chcieli powtórzyć przy kolejnej możliwości.

Może się wtedy tam zobaczymy : )

Do zobaczenia,
Kasia i staś.

Procida  – tu powietrze ma włoski smak.

Jeśli chcesz zobaczyć prawdziwie spokojne życie Włoskiej Kampanii, Procida będzie idealnym miejscem.
Jeśli chcesz się zaszyć przed zgiełkiem Capri albo Neapolu to zakochasz się w tej cudownej wysepce.
To miejsce gdzie czas się zatrzymał między rybacką przystanią, a zapachem świeżych cytryn.

W drogę!

Logistyka

Choć jest to wyspa na Morzu Tyrreńskim  to dotarcie do niej jest stosunkowo proste. Codziennie z portu w Neapolu wypływa od kilku do kilkunastu promów. Podróż w jedną stronę trwająca blisko godzinę to koszt około 20-25 Euro za osobę (choć zdarzają się super tanie oferty, na które warto polować). Wyspa jest idealnym miejscem na spędzenie całego dnia, ale my następnym razem będziemy chcieli tu spędzić na pewno kilka dni.

Procida nie oferuje miliona atrakcji, dzięki czemu zwiedzimy ją w parę godzin. Warto jednak pamiętać, że głównie przyjeżdża się tu po widoki, jedzenie i zaszycie się w kulturze.
Płynąc na Procidę pamiętaj o dobrych butach bo jest to wyspa, która ma spore przewyższenia.

Co zwiedzać?

Jako, że Procida jest mała to szlaki zwiedzania często będą się przecinały, mogą być mieszane i dowolnie modyfikowane… my zwiedzanie zaczęliśmy od …

Marina Grande

Trudno zacząć od czegoś innego, bo jest to główna przystań i pierwsze miejsce, które zobaczysz po przybyciu na Procidę. Tętniące życiem, pełne sklepików, kawiarni i kolorowych fasad. Idealne na poranny spacer z kawą i spróbowanie lokalnych specjałów. Tak uzbrojeni w przekąski w rękach możemy usiąść i rozpocząć obserwację spokojnego, codziennego życia mieszkańców.

 Marina di Corricella

Najbardziej fotogeniczne miejsce na wyspie. To piękny kolorowy port rybacki, który wygląda jak pocztówka z bajki. Domy w pastelowych kolorach pną się po skałach, łódki kołyszą się w rytmie fal, a restauracje serwują świeżo złowione owoce morza. Typowo włoski gwar miesza się tu z falami rozbijającymi się o brzeg portu. Jest to idealne miejsce na spacer o zachodzie słońca i kieliszek lokalnego wina. (Siesta – trzeba o niej pamiętać chcąc zjeść posiłek, bo wyspiarze tę przerwę w ciągu dnia cenią sobie bardzo.)

 Terra Murata

 To najstarsza część wyspy, położona na wzgórzu ze stromym zboczem, oferuje niesamowite widoki na Zatokę Neapolitańską i mały malowniczy port. To tu znajdziesz klasztor San Michele i imponujący Palazzo d’Avalos – dawne więzienie i pałac w jednym. Klimatyczne uliczki, cisza i historia unosząca się w powietrzu – to miejsce, które każdego fotografa przyprawi o zawrót głowy.

Abbazia di San Michele Arcangelo

Ten barokowy kościół to duchowe serce wyspy. Znajduje się na szczycie Terra Murata i kryje bogato zdobione wnętrza oraz ciekawe katakumby. Według legendy archanioł Michał miał ochronić wyspę przed atakiem piratów – dziś chroni przed zapomnieniem piękno tej świątyni.

Plaża Chiaia

Jedna z najpiękniejszych plaż na Procidzie, dostępna po zejściu stromymi schodami. Niewielka, ale malownicza, z widokiem na kolorową Corricellę i czarnym, wulkanicznym piaskiem. Często mniej zatłoczona niż inne plaże – idealna na spokojny dzień nad morzem.


Nas urzekła jeszcze bardziej spokojna plaża Cala del PozzoVecchio położona po drugiej stronie wyspy. Spacerując leniwie po wyspie w stronę tej właśnie plaży można zobaczyć typowy dla włoskiego stylu cmentarz.

Ponte di Vivara

Na pytanie czy na wyspie znajduje się jakiś most odpowiadamy zgodnie – tak. I jest to malowniczy mostek położony całkowicie po drugiej stronie wyspy, prowadzący na wyspę Vivara, która jest rezerwarem. Szczególnie piękny widok jest tutaj o zachodzie słońca, ale trzeba pamiętać, żeby nie spóźnić się na prom, a z tego miejsca jest do niego kawałek.

Procida to miejsce, gdzie mniej znaczy więcej.

Nie znajdziesz tu wielkich atrakcji turystycznych ani luksusowych kurortów. Ale znajdziesz coś cenniejszego – prawdziwe włoskie życie, urok małej wyspy i przestrzeń, by naprawdę odpocząć. My byliśmy tu w czasie gdy wyspa intensywnie przygotowywała się do objęcia miana Włoskiej Stolicy Kultury(2022) i dziś czytając znów ten artykuł z przed paru lat, wiemy, że czas najwyższy wybrać się tam znów.

Do zobaczenia,
Kasia i staś

Świat luksusowej motoryzacji na wyciągniecie ręki – Maranello i Modena

Każdy zna Ferrari. Znaczek czarnego konia na żółtym tle z flagą Włoch u górze. A muzeum? Muzeum jest wisienką na torcie podczas podróży po Północnych Włoszech dla niejednego miłośnika motoryzacji.  Ale czy tylko miłośnicy motoryzacji znajdą coś dla siebie?

Dojeżdżając do Maranello nie sposób pomylić się z czego słynie miasto. Już z daleka wiadomo, że małe niepozorne miasteczko swoją sławę zyskało właśnie dzięki muzeum i fabryce luksusowych, sportowych samochodów – Ferrari. Ulice są przepełnione emblematami i symbolami związanymi z marką. Im byliśmy bliżej celu tym większe tłumy i więcej „znaków”, że podążaliśmy w odpowiednim kierunku. Faktem jest, że problem z zaparkowaniem jest spory i dobrze jest uzbroić się w cierpliwość podczas szukania miejsca. Jest kilka parkingów płatnych, które nie mają limitów czasu, ale i są parkingi bezpłatne, które umożliwiają postój do 30,60,90 minut. Darmowe parkingi o najdłuższym możliwym czasie postoju są oczywiście położone najdalej od muzeum. Nam udało się wcisnąć samochodem na parking tuż pod muzeum(płatny), lecz było to okupione 20 minutowym jeżdżeniem i polowaniem na dogodny parking.

Będąc poza sezonem(my byliśmy we wrześniu) nie trzeba kupować biletów przez Internet – upoważniają one do szybszego wejścia poza kolejką. Zwykła kolejka w danym okresie, o ile nie przyjedzie autokar turystów, to czas około 10 minut żeby wejść do budynku. Przed wejściem znajduje się zadaszenie dla oczekujących co jest miłym akcentem gdy chodzi o włoskie Słońce. Sama logistyka muzeum jest bardzo dobrze zorganizowana. Kilka kas, do których kieruje pracownik pilnujący oczekujących. Po zakupieniu biletów (bilet podwójny na oba muzea to 38 euro za osobę) można śmiało ruszać w wir luksusu.

Muzeum składa się z kilku pięter z luźno ustawionymi samochodami. Mimo czytania poszczególnych opisów nie doszukaliśmy się zasadności pomieszania samochodów ze względu na lata produkcji. Nie przeszkadzało to jednak nadmiernie w zwiedzaniu, a może i dodało ciekawego kontrastu poszczególnym generacjom. Oprócz samochodów w przeszklonych gablotach obok znajdowały się silniki danych modeli. Dodatkowo można było zobaczyć  podzespoły takie jak między innymi  tarcze hamulcowe, zaciski, kierownice i tapicerki.  Przechadzając się po muzeum można siąść w symulatorze i wjechać na wirtualny tor.(Koszt takiej zabawy za 7 minut to około 35 euro). Całość wieńczy przestronna galeria aut tej marki, które wygrały wyścigi F1 w konkretnych latach. Obracając się mogliśmy podziwiać medale i puchary z tych właśnie wydarzeń.

Całe muzeum w Maranello ze zdjęciami i czytaniem opisów można śmiało przejść w 60 – 90 minut. Korzystając z dodatkowych atrakcji jak symulator czy zakupy w sklepie oczywiście czas ten będzie odpowiednio dłuższy : )

Przejazd z Maranello do muzeum Enzo Ferrari w Modenie zajęło nam około 25 minut. Na miejscu czekał na nas spory parking z którego udaliśmy się do głównego budynku (jest ich dwa).

Wejście na główną wystawę  jest otwierane co 30 minut. Spowodowane to jest projekcją filmu historycznego o Enzo Ferrari. Zanim jednak wyświetlony zostanie film swobodnie można chodzić i podziwiać na ogromnej sali kilkanaście egzemplarzy aut. Na ścianach hali znajdują się kierownice, a w regałach poniżej można zobaczyć materiały z jakich jest wykonana tapicerka w danych modelach. My do budynku głównego weszliśmy w trakcie trwania seansu i Pani uprzejmie poinformowała nas, że w czasie oczekiwania możemy usiąść przy stolikach lub pójść zwiedzić wystawę w drugim budynku, który był kiedyś pierwszym zakładem produkcyjnym. My wybraliśmy oczekiwanie i  już po 10 minutach szusowaliśmy miedzy autami przyglądając się idealnie skrojonej linii sportowych samochodów. Po filmie, który pogłębił wiedzę przeczytaną na planszach poszliśmy do drugiego budynku, w którym spędziliśmy kilkanaście minut. Całe muzeum zajęło nam około godzinę.

Warto zajrzeć do obu muzeów, lecz jeśli napięty grafik pozwala zwiedzić tylko jedno, to naszym zdaniem lepiej wybrać to w Maranello. Jest zdecydowanie więcej do zobaczenia, ponadto dzieci mogą się wyszaleć przy nieco większej ilości atrakcji.

I z tym motoryzacyjnym akcentem ruszamy w dalszą drogę.

Do zobaczenia,

Kasia i staś.

Montereggioni – toskańska twierdza, która zatrzymała czas.

To że świat jest skory do waśni wiemy nie od dzisiaj. Walka o wpływy, o prestiż i splendor nie jest wcale wymysłem polityki obecnych rządów. Takie naparzanie się na patyki, kamienie i klocki było powszechne od zawsze. Pozwól, że zabierzemy Cię do Montereggioni, miejsca które było efektem takich przepychanek.

Montereggioni to świetnie zachowana twierdza z murami obronnymi w niemal nienaruszonym stanie. Została wybudowana na zlecenie włodarzy Sieny do obrony miasta przed Floreńczykami z którymi Sienińczycy ciągle się tłukli. O wpływy, o to kto będzie stolicą, o to kto jest fajniejszy i ma lepszą katadrę.
Ciekawostką jest to, że Monteriggioni to pierwsza twierdza zbudowana przez Siene. Nie jest wcale ich pierwszą twierdzą, ale pierwszą od podstaw wybudowaną. Wcześniej kupowali oni gotowe twierdze.


Na odwiedzenie miasteczka potrzeba niewiele czasu i jest to świetny przystanek miedzy Sieną, a chociażby San Gimignano. Mamy do dyspozycji kilka parkingów. Najdalszy (przy głównej drodze) jest darmowy, parkingi które są w pobliżu twierdzy są w większości płatne. (jest jeden fragmencik na kilkanaście samochodów całkowicie bezpłatny, ale nawet poza sezonem ciężko dorwać jakieś miejsce.

(Zaznaczony na czerwono punkt to parking, który jest całkowicie za darmo – do 3 godzin)

Żeby uzmysłowić sobie sens budowania twierdzy w tym miejscu warto wejść na mury obronne. (koszt wejścia na dwie trasy to 5 euro). Przy dobrej widoczności można było dojrzeć wroga z kilkudziesięciu kilometrów. To strategiczne miejsce prowadziło do wielu oblężeń twierdzy ponieważ Zarówno Florencja jak i Siena chciała mieć tak dogodny punkt obserwacyjno obronny.

Będąc w twierdzy warto zajrzeć do małego, surowego kościółka w stylu romańskim. Ponadto warto spojrzeć na małe uliczki tego świetnie zachowanego miasta – twierdzy.

Polecamy Wam wstąpić tu by lepiej zrozumieć „politykę” Sieny i Florencji przed wiekami.

Kasia i staś.

San Gimignano, czyli.. toskański Manhattan

Podróżując po północnej Toskanii nie sposób nie trafić na miasto nazywane  „Manhattanem średniowiecza”.  W miejscu gdzie w cieniu wież mogliśmy odpocząć od wrześniowego słońca. Wspiąć się na mury oglądając panoramę miasta i jedząc pyszną pizzę w pięknej małej knajpce na uboczu. Pozwólcie, że zabierzemy Was do miasta wież – San Gimignano.

Co tu dużo mówić… miasto jest piękne. Już w 1990 roku historyczne centrum zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jego piękno można upatrywać w tym, że nieopodal miasta prowadził szlak handlowy, który przyczynił się do rozwoju miasta. Ponadto w okolicy uprawiano krokus z którego uzyskiwano szafran, który był wysyłany głównie do Pizy, która była potęgą w basenie Morza Śródziemnego. I tak to do XIV wieku miasto było potęgą z sakiewkami przy paskach wypchanymi po brzegi.


W związku z tym, trzeba było się pokazać sąsiadom z wioski, że w życiu wyszło i co zamożniejsi budowali charakterystyczne dla miasta czworokątne wieże przy swoich domach. Z jednej strony pełniły one funkcje obronną, z drugiej zaś były to istne zawody dobrobytu. Im wyższa i okazalsza wieża, tym zamożniejsza była rodzina, która ją wybudowała. A sąsiad kisł z zazdrości obgryzając palce.

W mieście do XV wieku stało aż 72 potężne wieże, które świadczyły o prestiżu właścicieli. Problem w tym, że ekipy budowlane w składzie „ja ze szwagrem” słabo obliczyły podłoże i okazało się, że przez słaby grunt, na którym budowano tę potęgę pieniądza ostało się do naszych czasów jedynie 14.
W połowie XIV wieku, bo dokładnie w 1348 roku przyszła do miasta czarna śmierć, która skutecznie przerzedziła mieszkańców (zabrała 25% ludności Europy) poskutkowała upadkiem świetności miasta i podporządkowaniem się Florencji.

Dziś jednak to miasto za sprawą rozwoju turystki znów olśniewa. Jest to częsty cel turystycznych wypadów na trasie z Florencji do Sieny. Uważamy, że koniecznym jest zajrzenie w boczne uliczki i myślami przeniesienie się do czasów gdzie ulice płynęły pieniądzem. Potem tak jak my udajcie się na peryferia, by w ciszy od ulicznego zgiełku zjeść pyszną pizzę w lokalnej restauracji.

Takiego czasu w mieście,

Kasia i staś.

Loreto – małe miasteczko z wielką historią.

Położone 25 kilometrów na południe od Ankony miasteczko na wzgórzu ściąga do siebie rokrocznie tysiące turystów z całego świata. Wszystko za sprawą Świetego Domku, który znajduje się w samym centrum bazyliki. Ale czy tylko?

Loreto byłoby jednym z wielu włoskich miasteczek na wzgórzu gdyby nie sanktuarium wewnątrz którego znajduje się największa relikwia jaką jest „Święty Domek”. Według legendy jest to dom Matki Bożej przeniesiony w roku 1294 z Nazaretu do Loreto (z krótkim postojem w Chorwacji) przez anioły. Jako że każda legenda ma w sobie ziarnko prawdy i ta takowe posiada. Wiadomym jest, że muzułmanie agresywnie działali na Ziemi Świętej już ponad 20 lat wcześniej i zagrożenie dla takiej relikwii było ogromne. Dlatego znakomite przeniesienie było uzasadnione, a nawet konieczne. Jeśli chodzi natomiast o sprawę Aniołów to bezsprzecznie przyczynili się oni do tego. Chodzi dokładnie o włoską rodzinę de Angeli, która całą operację transportu sfinansowała i przeprowadziła. Tym sposobem relikwia 10 grudnia 1294 roku trafiła na swoje miejsce.  XI wieczna bazylika, w której znajduje się relikwia jest pięknie zdobiona przez dłuta najlepszych rzeźbiarzy i malarzy. Sam Święty Domek jest obudowany bogato zdobionym marmurem, który zapiera dech w piersiach i ucieszy oko każdego turysty.

Wychodząc z Bazyliki warto stoje kroki skierować na plac centralny miasta. Bogato zdobiony plac z fontanną po środku jest zwykle pełen pielgrzymów co nadaje miejscu jeszcze bardziej sakralny nastrój. 

Dla wszystkich złaknionych sztuki sakralnej jest jeszcze muzeum Apostolskie, które przybliży historię sanktuarium.

Ważnym miejscem, lecz niestety często pomijanym jest Polski Cmentarz Wojenny znajdujący się na zboczu tuż przy sanktuarium. Pochowanych jest tam 1090 oficerów i żołnierzy 2. Korpusu Polskiego, poległych w walkach o wyzwolenie regionu Marche. Podczas bombardowań niemieckich żołnierze Ci z pełnym poświęceniem uchronili od pożaru Bazylikę Loretańską, czym zaskarbili sobie ogromny szacunek i wdzięczność mieszkańców.

Warto zejść schodkami w dół wzgórza, by pochylić się na chwilę nad tymi, którzy zdobyli Monte Casino i szli dalej by walczyć w bitwach o Loreto o Ankone. O wolność.

I z tym patetycznym akcentem pozostawiamy Was dziś.

My, Kasia i staś.

Rzym – 9 miejsc, które warto zobaczyć.

(na końcu artykułu znajdziesz odnośnik do filmu – przewodnika po tych miejscach)

Największym błędem, który można popełnić jadąc do Wiecznego Miasta jest chęć zobaczenia…. wszystkiego. Jedynie, co z takiego wyjazdu pozostanie, to ból głowy, oczopląs i odciski. Dlatego śpieszymy z przewodnikiem po 9 miejscach, które warto zobaczyć w Rzymie.
Mały Wypad czas start!

WSTĘP

               Zanim przejdziemy do pełnego opisu chcemy nakreślić, że nie da się opowiedzieć kilku tysięcy lat historii w paru zdaniach i to co opisuje ten artykuł, to jedynie wierzchołek góry lodowej 🙂 Możecie nam wierzyć lub nie, ale każdy kolejny krok, który stawialiśmy, prowadził nas do nowych odkryć niekoniecznie opisanych w przewodnikach. Zatem jadąc na Mały Wypad nie smućcie się, że coś pominęliście. Do tego miasta trzeba wracać i za każdym razem odkrywać coś nowego, zaskakując się coraz bardziej i bardziej. Nie mniej jednak mamy dla Was propozycję 9 miejsc, które są jednymi z „ciasteczek” na mapie Rzymu.

O tym jak dostać się z lotniska Campino do centrum możesz przeczytać tutaj.

(link otworzy się w nowym oknie)

LOGISTYKA

Niezbędne w podróżowaniu po Rzymie będą na pewno wygodne buty. To one pozwolą nam zrobić wiele kroków przechadzając się kamiennymi ulicami czy parkami. Jeśli będziecie w mieście w ciepłe dni to koniecznie zabierzcie nakrycie głowy i okulary przeciwsłoneczne. Dobrym planem jest też krem z filtrem. Nie zapominajcie o wodzie lub choćby butelce (dość gęsto usiane kraniki z wodą na ulicach pozwolą uzupełnić zapasy). I tutaj warto się pochylić na chwilę nad tematem toalet. Jest ich zdecydowanie mniej niż w czasach starożytnych, co może z lekka rozbić podróż. Jeśli już jesteśmy przy toaletach to warto pamiętać, by mieć w kieszeni parę drobnych. W wielu miejscach nie zapłacimy kartą (choćby w toalecie).
We Włoszech obowiązuje siesta, dlatego warto wcześniej zaplanować sobie jedzenie lub drobniejsze zakupy, żeby się nie nadziać (My podróżując po Włoszech zawsze ustawiamy budzik na ok. 12:30, żeby w ferworze zwiedzania nie przegapić ostatniego momentu, żeby coś kupić przed zamknięciem – Polecamy!)
              
Bilety wstępu do różnych atrakcji warto kupić z wyprzedzeniem. Z jednej strony będziemy mieli pewność, że w ogóle wejdziemy, a z drugiej unikniemy stania w długich kolejkach (w sezonie zwykle warto rezerwować bilety z kilkudniowym wyprzedzeniem).

ZWIEDZANIE

Uzbrojeni w wodę, czapkę i przewodnik ruszamy w drogę, a zaczynamy od Circus Maximus, poprzez Fontannę Di Trevi, na schodach hiszpańskich kończąc.

Circus Maximus – był to najstarszy i największy cyrk starożytnego Rzymu. Jego początki sięgają III w. p.n.e. Był on wielokrotnie przebudowywany i modernizowany. Wiązało się to z rozwojem, jak i z licznymi pożarami, które trawiły okazałe budowle, w tym cyrk.  W swoim ostatecznym, murowanym kształcie był w stanie pomieścić blisko 250 tys. osób (Warto zauważyć, że Rzym wtedy miał około 1 miliona mieszkańców).  Głównym celem budowli było oglądanie wyścigów rydwanów, które cieszyły się w starożytnym Rzymie ogromną popularnością. Dziś można oglądać jedynie skromne pozostałości, ale ukształtowanie terenu pozwala sobie wyobrazić wielkość budowli przed wiekami.

Łuk Konstantyna – jeden z najmłodszych łuków tryumfalnych powstał w 315 roku, w trzy lata po zwycięskiej bitwie Konstantyna nad cesarzem Maksencjuszem. Zaznaczający się swoją obecnością, stojący w otoczeniu Koloseum i Forum Romanum, łuk powstał z wcześniejszych budowli. Taki zabieg spowodował, że zbudowano go szybciej i taniej. Miejsce to jest nie tylko świetnym punktem orientacyjnym wśród zabytków, ale też miało swoje uzasadnienie. To tędy prowadził antyczny szlak procesyjny. Konstantyn odegrał też kluczową rolę w historii rzymskiego chrześcijaństwa, zatem według wielu źródeł mówi się, że łuk symbolizuje również początek przemian.

Koloseum – a tak dokładniej to Amfiteatr Flawiuszy powstał w ciągu dekady między 70 a 80 rokiem n.e.  Jego nazwa nie pochodzi od wielkości budowli, ale od ogromnego posągu Nerona z brązu, który stał nieopodal. Swoją wielkość budowla zawdzięcza doskonałym architektom i inżynierom tamtych czasów. Poprzez wykorzystanie betonu, który z resztą Rzymianie wynaleźli, można było budować wyżej i donioślej. Doniosłość ta miała pokazywać potęgę cesarstwa, a odgrywane na arenie walki gladiatorów sugerowały, że cesarstwo nie cofnie się przed niczym. Z drugiej strony taka rzeź była ulubioną rozrywką Rzymian. Miejsca w Koloseum odpowiadały hierarchii struktur w Rzymie. Na samym dole siedział Cesarz i senatorowie, wyżej arystokracja, potem lud i żołnierze, następnie niewolnicy, a na samej górze siedziały kobiety.

Forum Romanum – pierwotnie błotniste tereny nienadające się do użytku zostały osuszone przez Etrusków. To tam znajdował się plac targowy. Z chwilą rozwoju miasta i coraz większej potęgi handel na placu został wyparty przez ośrodki kulturalne. Mówi się, że było to serce religijne, polityczne i społeczne imperium Rzymskiego. Mimo upływu lat i licznym zniszczeniom jest to świetnie miejsce do zwiedzenia i uświadomienia potęgi jaką był Rzym.

Ołtarz ojczyzny – usytuowany na Placu Weneckim pomnik Wiktora Emanuela II zwany również Vittoriano został wybudowany w latach 1885 – 1911. Biały marmurowy kompleks w stylu neoklasycystycznym z całą pewnością zaprze dech w piersiach i na długo zostanie w pamięci. Trzeba jednak pamiętać, że jest on kością niezgody przez wielu nazywany nawet katastrofą architektoniczną. Wiąże się to z jego monumentalnością i bielą, co skutecznie przyćmiewa okalające go zabytki. Jakby tego było mało, to podczas budowy „maszyny do pisania” (złośliwa nazwa pomnika) zniszczono część Kapitolu i wiele cennych budynków mieszkalnych. W budynku znaleźć można Grób Nieznanego Żołnierza, punk widokowy oraz Muzeum Zjednoczenia Włoch.

Fontanna czterech rzek – znajdująca się na środku Piazza Navona fontanna charakteryzuje się wysokim, egipskim obeliskiem z czterema posągami charakteryzującymi rzeki czterech kontynentów: Nilu, Gangesu, La Platy i Dunaju. Fontanna jest uważana za jedno z największych osiągnięć rzeźby barokowej i świetny punkt orientacyjny na mapie Rzymu. Warto zwrócić uwagę, że plac na którym stoi był kiedyś stadionem Domicjana. Ciekawostką jest to, że obecny plac powstał DOKŁADNIE na ruinach stadionu „lekkoatletycznego”.

Panteon – jedna z wizytówek miasta, którą nie sposób pominąć w zwiedzaniu. Wybudowana w 125 r. n.e. przez cesarza Hadriana ku czci wszystkich bogów do tej pory olśniewa swym kunsztem. Rozpiętość kopuły to 43,6 m. Cały ciężar przenoszony jest na 8 szerokich kolumn, a kasetonowe sklepienie nadaje bryle lekkości. W środku można podziwiać liczne rzeźby i zdobienia. Warto zwrócić uwagę na 16 kolumn stojących przed wejściem. Zostały one przywiezione w CAŁOŚCI!!! z Egiptu. 

Fontanna di Trevi – jedna z najbardziej rozpoznawalnych fontann na świecie. Zbudowana w drugiej połowie XVIII wieku urzeka swoim kunsztem do dziś. Zasilana jest wodą z akweduktu, który został wybudowany w 19 r. p.n.e. Fontanna przedstawia greckiego boga, największego z tytanów Okeanosa i dwa trytony (hybrydy człowieka i ryby). Bóstwo stoi na rydwanie zaprzęgnięte w dwa hipokampy (hybryda ryby i konia). Jedno burzliwe, drugie natomiast spokojne – mają być alegorią stanów mórz. Ponad wszystkim stoją cztery rzeźby przedstawiające 4 pory roku.
(Wiem, wiem dużo się tu dzieje, ale nie bez kozery jest to jedna z najwspanialszych fontann na świecie). Ważne by pamiętać o tym, żeby przez ramie wrzucić pieniążek do fontanny. Mówi się, że dzięki temu na pewno wróci się do wiecznego miasta.

Schody Hiszpańskie – Wybudowane w pierwszej połowie XVIII wieku miały na celu połączyć kościół Trinita dei Monti z Placem Piazza di Spagna.  Charakterystyczne 135 stopni o kształcie łuków upodobali sobie zarówno Włosi jak i turyści. Tam przez długi czas można było spotkać znajomych siedzących na schodach i uciąć sobie miłą pogawędkę. Obecnie jest zakaz siadania na nich, a za łamanie tego przepisu grożą srogie kary. U stóp schodów znajduje się Fontanna Barcaccia. Upamiętnia ona moment, w którym Tyber wylał i opadająca woda pozostawiła w tym miejscu łódkę. Warto wejść po schodach na samą górę, żeby zobaczyć panoramę miasta.

PODSUMOWANIE

               Ta krótka przygoda, którą odbyliśmy w styczniu 2023 jest dosłownie zalążkiem zwiedzania miasta. Zawarliśmy w artykule i w filmie jedynie najważniejsze informacje i gwarantujemy Wam, że jeśli tylko byśmy na moment zboczyli z zaplanowanej przez nas trasy zwiedzania, to do tej pory błąkali byśmy się po uliczkach odkrywając coś nowego. Z całą pewnością nie jest to miejsce na jeden weekend. Jest to miasto do odkrywania i poznawania. Zwiedzania i doświadczania.

Togo właśnie chcemy Wam życzyć podczas małego wypadu do Rzymu.

Do zobaczenia gdzieś pośród uliczek wiecznego miasta.

Kasia i staś.

CASTELMOLA – ścieżką saracenów

Ci, którzy uwielbiają podróże.
Ci, którzy cenią widoki.
Ci, którzy łakną aktywności.
                              Zakochają się tu.

Bo być w Taorminie i nie zobaczyć widoków z Castelmola, to jak być w Rzymie i nie zobaczyć Koloseum.

Przed wejściem na szlak

               Zanim wyruszymy, by podziwiać malowniczy krajobraz, warto pamiętać o paru kwestiach, żeby nie nabawić się problemów. Trzeba przyznać, że szlak jest raczej szlakiem średniozaawansowanym.

Odpowiednie obuwie – w większości przeważa ścieżka kamienista, lecz zwarta (początek trasy). Następnie szlak zmienia się w wybrukowany trakt spacerowy.  
Nakrycie głowy – szlak położony jest na południowo zachodnim zboczu, jedynie fragmentami zacieniony.
Woda – mimo że szlak nie należy do długich, to warto mieć ze sobą butelkę wody (na szlaku nie ma sklepu!). Nachylenie i ekspozycja słońca robią swoje.

(TUTAJ UWAGA!!!  W żaden sposób powyższy opis nie miał na celu zniechęcenia do podróży. Uważamy, że szlak jest prześliczny i warto go pokonać. Uczulamy jednak na to co może, w ferworze zwiedzania, umknąć)

Koniecznie zerknij: Taormina – 8 miejsc wartych zobaczenia!

link otworzy się w nowym oknie.

Droga na szczyt

Podróż można zacząć, tak jak my, od Porta Catania, kierując się w prawo lekkim podejściem Via Sesto Pompeo. Już tutaj, z każdym krokiem można doświadczyć „zmieniającego się krajobrazu”.  Z typowo turystycznego klimatu Corso Umberto, z metra na metr wchodzi się we włoską sielankę, a jest to urzekające. Wychodząc na Via Leonardo Da Vinci kierowaliśmy się w górę. Ta ulica jest bardziej ruchliwa, więc biorąc pod uwagę styl jazdy Włochów warto mieć oczy dookoła głowy 🙂 Jeśli ktoś zapomniał o śniadaniu lub po prostu zapomniał zaopatrzyć się w małe „co nieco”, to idąc drogą na zakręcie jest cudowna piekarenka, w której można kupić choćby kawałek pizzy. My musieliśmy się zatrzymać. Nie to, że zapomnieliśmy zjeść, ale ja jestem z tych co lubią jeść, a jeśli nie ma jedzenia to jestem nieznośny. Także jeśli chodzi o jedzenie, to zawsze jestem na „tak”: )
Po małych zakupach, kierując się dalej w górę, weszliśmy w Via dei Saraceni, by tu rozpocząć naszą przygodę.

Wejście na ścieżkę znajduje się po prawej stronie drogi, a początek jest oznaczony kolorowym znakiem, który w gruncie rzeczy ciężko przeoczyć. Już po kilku krokach ścieżka zaczyna ukazywać swoje piękno. Kamienista, zwarta droga nie jest zbyt wymagająca, choć może nie być najłatwiejsza jeśli chciałoby się podróżować z małym dzieckiem w wózku. Samo podłoże drogi nie powinno sprawiać większych problemów. Większym wyzwaniem mogą być dla niektórych przewyższenia.

Kierując się powoli w górę mieliśmy spory problem na to by patrzeć na ścieżkę. Powodem tego był widok, który zapierał dech w piersiach. Krajobraz z widokiem na wulkan i panorama Taorminy były po prostu zniewalające. A z każdym krokiem było jeszcze lepiej. Tarasowane pola i serpentyny lokalnych dróg przecinające góry nadają im cudowny charakter. Osobiście wiem, że wrócę w te okolice, by spalić nogi na podjazdach rowerem i włosy czesać wiatrem przy zjazdach. Istne piękno!

Dochodząc do miasteczka weszliśmy jeszcze do małego kościoła San Biagio z I wieku, który powstał z inicjatywy świętego Pankracego. Kościół ma typowy kształt budowli południowych Włoch. Przez lata niszczony przez żywioły został odrestaurowany w latach 90-tych ubiegłego wieku. Podczas prac odkryto między innymi XVIII wieczny fresk Madonny z Dzieciątkiem. Z placu przed kościołem można podziwiać panoramę Taorminy, Etnę i bezkres Morza Jońskiego.

Jeszcze parę kroków i docieramy do Castelmoli. Miasteczko przywitało nas wąskimi uliczkami, sielankowym klimatem włoskiej siesty i lekkim poszczekiwaniem kundelków wychylających swoje pyszczki z otworów w bramach i płotach.  Po pokonaniu paru stopni w górę i niezliczonej liczbie zdjęć, dotarliśmy do kościoła świętego Mikołaja z Bari. XVI-wieczny kościół wielokrotnie przebudowywany jest mieszanką stylów – od romańskiego, przez gotycki i arabski na normańskim kończąc.  Już ten początkowy akcent uświadamia, że miejsce to ma wiele do zaoferowania.

My wybraliśmy się  na zwiedzanie wąskimi uliczkami starając się unikać ruchu turystycznego. Z jednej strony to było łatwe, ponieważ w styczniu miasteczko nie jest oblegane, z drugiej strony jest ono na tyle małe, że nie sposób nie przecinać uliczek, którymi szło się wcześniej. I tak siłą rzeczy odkryć można kolejne atrakcje takie jak Castello di Mola i popularną knajpę Turrisi.

Castello di Mola – ciężko określić dokładną datę budowy zamku, ale kroniki podają, że fortów obronnych w tym miejscu na przestrzeni wieków było kilka. Pierwsze konkretniejsze wzmianki sięgają IX wieku. Kamienna tablica na fasadzie katedry miejskiej świadczy, że zamek powstał za czasów Konstantyna, choć historycy są zgodni, że zamek istniał wcześniej. Obecnie można zwiedzać jedynie ruiny, które pozostały po okazałym zamku. Warto stanąć przy fragmentach murów obronnych, by uzmysłowić sobie idealną lokalizację obronną zamku z widokiem na Półwysep Apeniński.

Tirrisi – jest to z pewnością lokal oryginalny i nietuzinkowy. Wszędzie, gdzie tylko poniesie wzrok, można się natknąć na… kutasa. Kształt dowolny, rozmiar też. Jest to niemalże kutasowe imperium, które z całą pewnością utkwi każdemu w pamięci. Choć knajpa na samym początku budziła mnóstwo kontrowersji w końcu się przyjęła i teraz ściąga do siebie tłumy z Taorminy. Napędzając turystykę w miasteczku.

Z Castelmola można zejść do Taorminy w taki sam sposób, czyli Ścieżką Saracenów lub w drugim kierunku kierując się ścieżką nieopodal drogi SP10. Jest dość stroma i mocno czuć nogi przy schodzeniu, ale trud wynagradza panorama Taorminy z widokiem na turkusowe Morze Jońskie.

Z całą pewnością wrócimy tu po kolejną garść wspomnień.

Mamy nadzieję, że rozpaliliśmy w Was chęć do odwiedzenia tego niesamowitego miejsca.

Do zobaczenia,

Kasia i staś.