Wybierając się na krótką przejażdżkę, czy też większą wyprawę rowerową, należy się do niej dobrze przygotować. O ile jeździmy „dookoła komina” to przebita opona jedynie przysporzy nam dłuższego spaceru z rowerem u boku, o tyle brak podstawowego wyposażenia może prowadzić do mandatu, który często nie jest mały.
Zatem zanim wsiądziemy na rower, żeby zwiedzić nieznane, warto sprawdzić niezbędne wyposażenie roweru, aby uniknąć przykrych konsekwencji.
A na to wyposażenie składają się:
z przodu – co najmniej jedno światło pozycyjne barwy białej lub żółtej selektywnej;
z tyłu – co najmniej jedno światło odblaskowe barwy czerwonej o kształcie innym niż trójkąt oraz co najmniej jedno światło pozycyjne barwy czerwonej;
światła, jeżeli konstrukcja roweru lub wózka rowerowego uniemożliwia kierującemu sygnalizowanie przez wyciągnięcie ręki zamiaru zmiany kierunku jazdy lub pasa ruchu;
co najmniej jeden skutecznie działający hamulec;
dzwonek lub inny sygnał ostrzegawczy o nieprzeraźliwym dźwięku.
Te wyżej wymienione rzeczy są niezbędne, by uniknąć mandatu, ale ja osobiście dodałbym jeszcze 3 pozycje, które poprawiają bezpieczeństwo i osobiście nie wyobrażam sobie bez nich jazdy.
KASK – moim zdaniem obowiązkowy. Argumenty, że „nie pasuje do stylówki”, „wyglądam jak przerośnięta pieczarka” czy „jest mi w nim za gorąco” są błahe przy spotkaniu głowy z asfaltem, kamieniem czy drzewem.
KAMIZELKA ODBLASKOWA – po prostu zwiększa bezpieczeństwo. Ja osobiście używam pasków (szelek) odblaskowych, które idealnie przylegają do ubrania.
LUSTERKO – wiem co się dzieje za mną, jak szybko zbliża się jakieś auto bez odwracania się nawet na moment. A każdy obrót, nawet krótki powoduje, że tracę kontakt z torem jazdy… a nawet przy 20 km/h nie jest to zbyt bezpieczne.
To są podstawy podstaw. W następnym artykule opiszę, co warto mieć, żeby nie zaskoczyć się podczas zarówno krótkiej jak i długiej wyprawy.
Transport: to jest kwestia indywidualna. My wybraliśmy samochód – mojego busa w którym mogliśmy się przespać po trasie i nie było konieczności wcześniejszych rezerwacji więc i u nam odpadło trochę kosztów.
Na pytanie jak można zjeść za 22,5 zł jeśli wydatkowanie mieliśmy na poziomie ponad 3000kCal odpowiadam – jedzenie kupiliśmy wcześniej i gotowaliśmy po przebytej drodze, na trasie dokupiliśmy wodę i jakieś batoniki.
Makarony, sosy, jajka i kiełbaski wliczamy nadal do kwoty całkowitej.
Naszą przygodę rozpoczęliśmy we trójkę wcześnie rano we wtorek. Z Lublina wyjechaliśmy ok 4 co pozwoliło nam być w Rzeszowie ok 7:15. Tam pozostawiliśmy Kasię i we dwóch z Bartkiem ruszyliśmy w stronę Leska. Jadąc jeszcze samochodem przez malowniczy krajobraz dogadywaliśmy resztę szczegółów naszej małej przygody. Kilka dni przed wyjazdem dobrze ogarnęliśmy mapy więc wiedzieliśmy jak chcemy jechać. To znaczy jak zaczniemy pętlę czy w stronę Cisnej czy w stronę Ustrzyk.
Na parking w Lesku dotarliśmy chwilę przed 10 co nie było najlepszym czasem, biorąc pod uwagę, że mamy jeszcze zjeść drugie śniadanie przed jechaniem. I dlatego właśnie wybraliśmy wcześniej że zaczniemy w kierunku Ustrzyk. Własnie ten odcinek to jazda krajówką, dużo większy ruch. Woleliśmy go zrobić na początku, gdzie nie było zmęczęnia, a po drugie dlatego by nie jechać po zmroku jakby coś nas zatrzymało na trasie.
BEZPIECZEŃSTWO NA PIERWSZYM MIEJSCU!!!
O 10:45 ruszyliśmy i jechanie we wrześniowy wtorek okazało się strzałem w dziesiątkę. Ruch mały, przyjemny. Trasa często uczęszczana przez rowerzystów więc samochody mijały nas szerokim łukiem. Krajową 84-kę do Ustrzyk postanowiliśmy potraktować jak dobrą rozgrzewkę, jadąc spokojnym lecz równym tempem między 24-29 km/h. Jedynie sam początek trasy z parkingu wymagał większego wysiłku bo od startu z zastanej nogi mieliśmy podjazd. Potem szło gładko.
Zjeżdżając w 896 w stronę Ustrzyk Górnych znacznie zwolniliśmy, nie było to spowodowane w żaden sposób zmęczeniem, a chęcią doświadczania tego co koło nas. Faktem jest, że pogodę trafiliśmy śliczną! Lekki powiew wiatru i ciepłe słoneczne 22’C dodawały klimatu całej wyprawie.
Jestem z tych co mając zadanie chcą je wykonać jak najszybciej, dlatego przez tydzień wmawiałem sobie, że mam jechać leniwe koło. I katowałem o to Bartka, żeby mnie hamował.
Chyba nie było takiej potrzeby. Każdy następny zakręt, podjazd i zjazd dawał nieocenioną frajdę.
Dojeżdżając do Ustrzyk Górnych miałem najszczerszą ochotę powiedzieć Bartkowi „Chrzanić tę pętlę, skręćmy i zobaczmy co jest na tej polnej drodze”, ale trzymałem się planu.
Ustrzyki Górne są mniej więcej połową przygody i od nich do Cisnej zaczynają się podjazdy. Jest kilka serpentynek i cudowne zjazdy, które z prędkością i widokiem na góry zabierają dech w piersiach.
Widoki Cudowne.
Trochę się bałem tych podjazdów, ale wolne miarowe koło w swoim rytmie szło do przodu. I to było piękne. Ani razu nie zastanawiałem się czy odpocząć na podjeździe bo szło gładko. Jedynie dwa czy trzy razy stanąłem na korbę obciążając bardziej łańcuch. Bartek tak samo.
Dobrze mi się jeździ z Bartkiem, bo każdy kreci swoją kadencję. Każdy z nas wie, że jakby kręcił z kadencją drugiego to by się zmęczył spuchł i cały pomysł na fajny wyjazd padłby. Bo byśmy się męczyli. A tak to luźno, koło za kołem w lekkim dystansie. Idealnie.
Choć było dużo czasu, żeby myśleć staraliśmy się w ogóle tego nie robić… Nie ma sensu rozmyślać nad światem gdy jest się w tak niesamowitych okolicznościach natury.
Najbardziej dłużył mi się etap ostatnich paru kilometrów przed Cisną. Nie był wymagający, a ja nie byłem zmęczony. Choć często jestem w Bieszczadach to zawsze mi się wydaje, że odcinek od ostatniego skrzyżowania dróg do Cisnej to tylko jeden zakręt i już się jest… zawsze mnie to rozczarowuje. Czy jadę samochodem, czy rowerem czy idę ze szlaku na piechotę. Zawsze.
Dojeżdżając do Cisnej zrobiliśmy mały postój. W lokalnym sklepie uzupełniliśmy wodę i kupiliśmy po batonie. Baton był dla mnie nagrodą za „ten jeden zakręt”.
Czekało nas ostatnie mocniejsze wzniesienie, a potem to już na luźnej nodze wykręcenie niecałych 40 km.
I fakt ten podjazd nas zmęczył. Nie był turbo wymagający, nie był nader stromy… ale przynajmniej ja o nim zapomniałem podczas planowania trasy i mega mnie zaskoczył.
Ale, ale pętla ma to do siebie, że suma podjazdów musi się równać sumie zjazdów, więc zaparliśmy się i cisnęliśmy z Cisnej w stronę Leska.
Faktycznie za wzniesieniem było już przyjemnie i z górki.
Do busa dojechaliśmy o 17:45. Równiutko w 8 godzin.
Dobry czas jako, że jechaliśmy na luzie.
Każdemu kto chce zrobić ten szlak po raz pierwszy polecamy właśnie ten kierunek..z Leska w stronę Ustrzyk.
Na nocleg zatrzymaliśmy się w Lutowiskach na parkingu gdzie pięknie widać gwiazdy. Bo noc też była idealna.
Omówiliśmy pokrótce szczegóły kolejnej wyprawy i położyliśmy się spać. Obudziliśmy się na wschód a potem przez cały dzień jeździliśmy samochodem po zakamarkach bieszczackich miejscowości.
Polecamy
ja, staś no i oczywiście mój kompan przygody Bartek.