Mediolan – 8 miejsc, które trzeba zobaczyć.

Położony na północnym krańcu kraju kontrastuje z wszechobecnym luzem południa. Szyk i styl płynie uliczkami, a doniosłe budowle są olśniewające nawet w strugach deszczu. Mediolan to z całą pewnością miejsce, gdzie można się zatracić. Miejsce, do którego trzeba wracać.

Mimo że pogoda w Europejskiej Stolicy Mody nie rozpieszczała (po prostu LAŁO!!!) to i tak spędziliśmy tam cudowny, pełen wrażeń dzień. Oczywistym jest, że nie sposób dotrzeć do większej ilości miejsc w zaledwie kilka godzin. Najlepszą opcją jest spędzenie 2-3 dni i rozłożenie wielu atrakcji w czasie. Bilety warto zarezerwować przez internet, co znacząco skraca czas oczekiwania na wejście (w jednym miejscu bilety wyprzedają się niemal z kwartalnym wyprzedzeniem!!!). Pogoda również przyczyniła się do tego, że na chodnikach i głównych traktach komunikacyjnych był względny luz. Nic tylko podróżować w deszczu! : )
Pozwólcie, że zabierzemy Was na mały wypad do Mediolanu!
 

Logistyka

Jako bazę wypadową wybraliśmy Bergamo i to nie tylko dlatego, że akurat tam lądowaliśmy. Jest to świetne miejsce do tego, by poczuć włoski klimat bez nadmiernego gwaru i zgiełku, ale też miasto to jest świetnie skomunikowane dzięki kolejom regionalnym. 

(Przeczytaj więcej o Bergamo tutaj)

Bilety kupiliśmy przez Internet na OMIO (zazwyczaj korzystamy z tej opcji podczas podróży autobusem lub pociągiem po Włoszech). Dobrze jest wcześniej zainstalować aplikację, która często działa sprawniej niż strona w przeglądarce. Aplikacja jest właściwie obligatoryjna, ponieważ przez nią trzeba się odprawić. Oczywiście można zakupić bilety na stacji kolejowej, ale nie zawsze kasa będzie otwarta.
Podróż trwa lekko ponad godzinę piętrowym pociągiem (z góry jest zdecydowanie lepszy widok na to co za oknem). Warto jest być na peronie kilka minut wcześniej, by na pewno zdążyć, bo czasem pociągi odjeżdżają minutę, dwie wcześniej.

My, jako stację końcową wybraliśmy Milano Porta Garibaldi układając plan zwiedzania tak, by od tego miejsca zacząć i w okolicy zakończyć nasze zwiedzanie.
Nauczeni doświadczeniem zamówiliśmy bilet powrotny dopiero, gdy nasze zwiedzanie dobiegało końca (nie chcieliśmy ominąć jakiejś atrakcji spiesząc się na pociąg).

Zwiedzanie

[Warto pamiętać, że wiele muzeów jest zamkniętych w poniedziałki, dlatego planując zwiedzanie lepiej wybrać inny dzień]

Porta Garibaldi – jedna z bram miejskich, która została usytuowana w miejscu „wylotu” na jezioro Como. Wybudowana została w pierwszej połowie XIX wieku na cześć i pamiątkę wizyty Franciszka I w Mediolanie. W roku 1860 brama zmieniła „swojego patrona” i została poświęcona bohaterowi narodowemu – Giuseppe Garibaldiemu, który odegrał kluczową rolę w zjednoczeniu Włoch w XIX wieku.
Dziś brama jest przedprożem bogatej dzielnicy pełnej butików i stylowych kawiarenek.

Pinakoteka Brera – historia budynku sięga I połowy XIII wieku i na początku nie miała nic związanego z muzeum i galerią sztuki. Początkowo był to klasztor półświeckiego zakonu humiliatów,  który został rozwiązany w drugiej połowie XVII wieku przez Papieża Piusa V. Od tego czasu budynek był wielokrotnie przebudowywany i „okraszany” nowym stylem. Miejsce to jest nie lada cieszynką dla koneserów sztuki. Można tu znaleźć między innymi dzieła pędzla Rafaela bądź Caravaggia. Budynek bardzo ucierpiał podczas wojennej zawieruchy. Na całe szczęście zbiory udało się uratować i dziś mogą cieszyć oko zwiedzających.
(bilety to koszt ok. 20 euro)

La Scala – całkowicie niepozorny budynek tuż obok Galerii kryje w sobie jedną z najpiękniejszych i najbardziej prestiżowych oper na świecie. Powstała w 1778 roku i po dziś dzień jest wzorem do naśladowania. Teatro alla Scala słynie z niepowtarzalnej akustyki i atmosfery podczas występów najlepszych światowych artystów (niestety ze względu na prace konserwatorskie nie udało nam się wejść do środka).

Galeria Vittorio Emanuele II – jeden z obowiązkowych punktów na mapie zwiedzania Mediolanu. Z całą pewnością najsłynniejsza galeria handlowa świata. Na szczególną uwagę zasługuje szklana kopuła na środku, bogato zdobione fasady budynku oraz zdumiewająca posadzka. Zbudowany w drugiej połowie XIX wieku czteropiętrowy budynek, przez który przebiegają krzyżujące się dwie ulice, przyciąga miliony turystów rocznie. Ogromna galeria w swoim „arsenale” posiada sklepy znanych marek, restauracje, kawiarenki i cukiernię (z 1867 roku). Choć z całą pewnością można tu zostawić niejedną wypłatę na krawat czy choćby spinki do koszuli, to wielu turystów przychodzi tu głównie dla niesamowitego klimatu tego miejsca.

Katedra  – wychodząc z Galerii na Plac Katedralny można niemalże poczuć jak wciska nas w płytki. Monumentalna gotycka Katedra, której budowa rozpoczęła się w XIV wieku i trwała przez kolejne pięć wieków jest spektakularna. 157 metrów długości i 93 metry szerokości stawia katedrę na podium wielkości świątyń na świecie. Natomiast wysokość nawy głównej to 45 metrów!

Materiał do budowy katedry był sprowadzany na miejsce specjalnie zbudowanymi kanałami na barkach, a budowniczowie byli wyspecjalizowanymi rzemieślnikami (zwolnionymi z podatków). W pogodne dni warto skorzystać z okazji i wejść na dach katedry, z którego widać panoramę miasta i góry. Całościowe, dokładne zwiedzanie Katedry to czas ok. 2-3 godzin (taras + muzeum+ katedra)

(bilety najlepiej zakupić wcześniej na oficjalnej stronie, co pozwala uniknąć kolejek – godziny wejść na bilecie są najbardziej istotne w przypadku wyboru biletu z wejściem na taras i przy wysokim sezonie)

Pomnik LOVE –  kontrowersyjna rzeźba usytuowana została w 2010 roku naprzeciwko budynku włoskiej giełdy. Przez lata prowadzono zaciekły spór o to czy powinna tam stać, ale gdy stała się swoistym symbolem miasta dano sobie spokój. Autor nigdy nie ujawnił dokładnego przesłania. Jedno z najbardziej akceptowalnych przesłań to „pochwała” dla instytucji finansowych.
Akronim LOVE to „Libertà, Odio, Vendetta, Eternità” („Wolność, Nienawiść, Zemsta, Wieczność”). 

Jeśli uważasz, że ten materiał pomoże Ci stworzyć swój własny, wymarzony wypad, to możesz nas wesprzeć. Wystarczy, że klikniesz w obrazek(powyżej), a on przeniesie Cię na odpowiednią stronę! Dzięki! 

Ostatnia Wieczerza w Santa Maria della Grazie – fresk znany na całym świecie pędzla samego wielkiego Leonardo cudem zachował się podczas bombardowań w 1943. Była to jedyna ściana refektarza i kościoła, która uniknęła wojennej zawieruchy. Dzieło tworzone w latach 1495 – 1498 w swoim kunszcie powala.

Na szczególną uwagę zasługuje perspektywa zastosowana przez autora. Dziś Ostatnią Wieczerzę można podziwiać po odpowiednio wcześniejszym zakupie biletów imiennych! Przed zwiedzaniem należy się stawić 30 minut wcześniej w biurze w celu zostawienia bagaży. Bilety często wyprzedają się z kwartalnym wyprzedzeniem, ale czasem są udostępniane pojedyncze sztuki na wybraną godzinę, więc dobrze jest sprawdzać na bieżąco oficjalną stronę.

Narodowe Muzeum Nauki i Techniki im. Leonardo da Vinci – świetną atrakcją zarówno dla najmłodszych jak i tych troszkę starszych, będzie odwiedzenie Muzeum Nauki i Techniki, które znajduje się bardzo blisko Kościoła Świętej Marii. Jest to pozycja na dobrych kilka godzin, więc przed wejściem warto jest coś zjeść lub choćby zabrać ze sobą jakąś kanapkę (w środku są specjalne sofy, gdzie można odpocząć pomiędzy poszczególnymi piętrami i budynkami). Opisy wystaw są w języku angielskim i włoskim, a jeśli ktoś nie czuje się na siłach to tłumacz Google radzi sobie naprawdę świetnie. Koszt biletu to zaledwie 10 euro. To naprawdę mało w stosunku do ilości ekspozycji.

Mimo, delikatnie mówiąc, nierozpieszczającej pogody możemy w pełni stwierdzić, że to miasto nas oczarowało. Mamy również nadzieję, że ten artykuł pomoże Wam stworzyć swój wymarzony wypad, by doświadczać to miasto w pełni.

Do zobaczenia na szlaku!

Kasia i staś.

Kraków – 9 miejsc, które trzeba zobaczyć za pierwszym razem.

Wybierając się pierwszy raz do Krakowa trzeba mieć świadomość, że nie da się tego miasta zwiedzić w jeden dzień. To miasto trzeba doświadczać i odkrywać. I tego odkrywania nie ma końca. Za każdym razem, gdy byliśmy w dawnej stolicy Polski próbowaliśmy ułożyć jak najszybszą i najbardziej atrakcyjną trasę na jeden dzień, co zwykle kończyło się fiaskiem.
Są jednak miejsca, które trzeba zobaczyć, bo są na liście obowiązkowej do odwiedzenia. I dziś, mimo że pogoda całkowicie nie sprzyja spacerom, na taką trasę chcemy Was zaprosić.
Mały Wypad czas start!

(na końcu artykułu znajdziesz film z tego wypadu)

Na zobaczenie wszystkich atrakcji zawartych w artykule dobrze jest mieć cały dzień. Trasa nie jest wymagająca i skupia się tylko na Starym Mieście. Szlak jest naszym zdaniem najbardziej podstawowym szlakiem i z całą pewnością nie wyczerpuje pełnej wspaniałości tego miasta. Naszą wyprawę zaczynamy od symbolu, przy którym każdy powinien mieć zdjęcie.

Smok Wawelski – 6 metrowy pomnik smoka cieszy oczy turystów od 1972 roku. Wykonana z brązu rzeźba jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów miasta. Legenda głosi, że stwór mieszkał w smoczej jamie u podnóża wzgórza zamkowego i stamtąd terroryzował lud. Żadnemu z rycerzy nie udało się zgładzić potwora, lecz na ratunek mieszkańcom miasta ruszył Szewc, który baranią skórę wypchał siarką i podrzucił pod jamę śpiącemu smokowi. Po zjedzeniu swojej ofiary smok poczuł palenie w gardle, i by ugasić ból zaczął pić wodę z Wisły tak długo, aż pękł.

Pozostawiając zionącego, co jakiś czas, ogniem smoka swoje kroki kierujemy na Zamek Królewski.

Zamek Królewski – jeden z najważniejszych zabytków w Polsce symbolizujący tysiącletnią historię kraju. Jego początki sięgają IX wieku, lecz obecny wygląd to efekt wielowiekowych przebudów. W zamku znajdują się insygnia królewskie, relikwie i liczne zbiory sztuki. W Katedrze zaś odbywały się koronacje królewskie, pogrzeby i inne najważniejsze uroczystości. Zamek Królewski w 1978 roku został wpisany na Listę Światowego dziedzictwa UNESCO. Jest zazwyczaj oblegany przez turystów, więc bilety warto kupić z wyprzedzeniem.

Chcąc z lekka uciec od gwaru na dziedzińcu Zamku i tłumu turystów (mimo pogody) swoje kroki kierujemy w stronę plantów, przez które przejdziemy do kolejnych urzekających atrakcji miasta.

Planty – założony w latach 20-ych XX wieku park miejski otaczający Stare Miasto. Jego długość to około 4 km, a powierzchniowo zajmuje 21 ha. Powstał w miejscu, gdzie jeszcze w XIX wieku  znajdowała się fosa i mury miejskie. Spacerując chodnikiem łatwo zobaczyć, że asfalt jest poprzecinany kamiennymi konturami o regularnych kształtach. W tych miejscach znajdowały się baszty, które były ściśle wpisane w fortyfikacje miasta. Dziś niewiele po nich pozostało, ale wystarczy sobie wyobrazić potęgę fortyfikacji, gdyż wszystkich baszt było 47. Chcąc odpocząć wśród drzew można usiąść na ławce choćby w towarzystwie dwóch wybitnych matematyków – Stefana Banacha i Ottona Nikodyma.

Skręcając z Plantów w ulicę Jagiellońską warto swoje kroki pokierować w stronę Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego – powstały w XIX wieku skarb historii pierwotnie musiał nosić nazwę Gabinetu Sztuki i Archeologii. Było to związane z zakazami zaboru austriackiego. Muzeum mieści się w najstarszym budynku Uniwersytetu, który to został przekazany na rzecz Uniwersytetu przez króla Władysława Jagiełłę w 1400 roku. Zbiory muzeum w ciągu lat się powiększały dzięki licznym donatorom. Niestety podczas wojny wiele cennych eksponatów zostało ukradzionych. Dziś w budynku muzeum można podziwiać liczne instrumenty naukowe, kolekcje fotografii, rzeźb i grafik. Budynek przechodził wiele przemian, lecz po wojnie wrócił do cudownego wyglądu sprzed 1840 roku, który cieszy oko każdego turysty.

Skrywając się znów wśród drzew na Plantach powoli swoje kroki kierujemy w stronę najbardziej wysuniętej ceglanej budowli fortyfikacyjnej miasta – Barbakanu.

Barbakan – najbardziej wysunięta część fortyfikacji Starego Miasta, która ostała się z całego kompleksu. Wybudowany na kształt barbakanów toruńskich w końcówce XV wieku na zlecenie Króla Jana Olbrachta w obawie przed najazdem wołosko-tureckim. Ta imponująca budowla z murami szerokimi na 3 metry i o średnicy wewnętrznej ponad 24 m była niegdyś połączona z Bramą Floriańską. Zarys murów łączących można zobaczyć na chodniku. Tuż obok Barbakanu można podziwiać pomnik Jana Matejki.

Wychodząc spod Barbakanu kierujemy się przez jedną z ośmiu bram obronnych miasta (Bramę Floriańską) w stronę Rynku. Już od początku ulicy Floriańskiej możemy zobaczyć wyróżniające się dwie strzeliste wieże. O nich jeszcze opowiemy później. Zacznijmy od budynku w samym centrum placu – Sukiennic.

Sukiennice – budowla, którą widzimy obecnie dalece odbiega od ich pierwowzoru. Na początku były to drewniane kramy, które po licznych pożarach postanowiono zastąpić murowanymi. Sukno – czyli wełniana tkanina, która miała ogromną wartość nadała nazwę budynkowi. Sukiennice były budowane w wielu miastach na głównych szlakach handlowych. Dzięki nadanemu przez króla przywilejowi, zwanemu prawem składu, handel w Krakowie wszedł na wyższy poziom. Przywilej oznaczał, że każdy kupiec wjeżdżający do miasta miał obowiązek zatrzymać się i wystawić swoje towary. Dziś w Sukiennicach można kupić wiele pamiątek. Znajduje się tu również oddział Muzeum Krakowa i Podziemia Rynku Głównego, które naszym zdaniem naprawdę warto odwiedzić.

Jeśli uważasz, że ten materiał pomoże Ci stworzyć swój własny, wymarzony wypad, to możesz nas wesprzeć. Wystarczy, że klikniesz w obrazek(powyżej), a on przeniesie Cię na odpowiednią stronę! Dzięki! 🙂

Wieża Ratuszowa – wieża z XV wieku to jedyny fragment Ratusza, który zachował się do naszych czasów. Cały Ratusz przez wieki był przebudowywany i modernizowany. Niestety na skutek zaborów podupadł i zarządzono rozbiórkę części budynków. Niefortunnie prace były wykonywane na tyle niestarannie, że ucierpiała główna bryła Ratusza, który w konsekwencji też trzeba było wyburzyć. W pozostałości jaką jest 70 metrowa wieża obecnie znajduje się oddział Muzeum Krakowa, z którego można podziwiać między innymi piękną panoramę miasta z najwyższych pięter budynku.

Kościół Świętego Mikołaja – mały kościół w stylu barokowym (pierwotnie romańskim) powstał w XI wieku, na miejscu gdzie według tradycji św. Wojciech głosił kazania. Patrząc z bliska na kościół można zobaczyć jakby był wkopany w ziemię. Tak naprawdę wgłębienie przy kościele przedstawia ówczesny poziom gruntu Krakowa. Kiedyś nie wywożono gruzów po wyburzeniach, przez co poziom miasta stopniowo się podnosił. W podziemiach budynku znajduje się wystawa dotycząca historii Rynku Głównego. Kolejną ciekawostką jest to, że jest to jedna z dwóch budowli zakłócająca porządek miasta idealnego na prawie magdeburskim. Powód jest prozaiczny – kościół został wzniesiony blisko 250 lat przed aktem lokacyjnym miasta.

Bazylika Mariacka – powstała na początku XIII wieku świątynia przechodziła wiele przemian. Związane to było z rozrostem miasta, a co za tym idzie – wiernych. Obecne w pierwszej połowie XV wieku trzęsienie ziemi mocno nadszarpnęło budowlę, która również po tym wydarzeniu przeszła kolejne przemiany. Najbardziej charakterystyczne dla Bazyliki są dwie wieże. Wieża Wyższa, zwana Hejnalicą ma 82 m wysokości i jest wyższa od Wieży Niższej o 13 metrów. Druga wieża została przeznaczona na dzwonnicę kościelną. We wnętrzu bazyliki szczególną uwagę trzeba zwrócić na piękny ołtarz autorstwa Wita Stwosza, który przyciąga tysiące turystów. Wychodząc z Kościoła warto zerknąć na kunę, którą zakładano na szyję skazanym. Ówcześnie była ona na takiej wysokości, by pokutnik nie mógł się wyprostować ani klęknąć. To również pokazuje jak poziom rynku podniósł się przez wieki. Bazylika jest drugim budynkiem, który wyróżnia się z planu architektonicznego miasta.
Warto pod Bazyliką być punktualnie o 12:00, wtedy właśnie można posłuchać hejnału Mariackiego z wieży.

Pomnik Mickiewicza – potocznie zwany przez mieszkańców „Adasiem” został odsłonięty 26 czerwca 1898, w setną rocznicę urodzin polskiego wieszcza. Podczas wojny został zniszczony przez hitlerowców okupujących miasto. Po wojnie został zrekonstruowany i wystawiony na widok publiczny pod koniec 1955 roku. Jest to częste miejsce spotkań mieszkańców miasta jak i świetny punkt orientacyjny na Rynku Głównym.

Powoli kończymy naszą wyprawę po pięknym, deszczowym Krakowie zdając sobie sprawę z tego, że przedstawiliśmy tylko kroplę w morzu tego, co można tu zobaczyć. Za każdym razem, gdy tu jesteśmy odkrywamy coś innego. Błądząc uliczkami miasta natykamy się na coraz to ciekawsze budynki, zagłębiamy się w zaułki historii i będąc pewnymi, że wiemy całkiem sporo odkrywamy, że jeszcze wiele drogi przed nami.


Takie właśnie jest podróżowanie.
To ciągłe odkrywanie i doświadczanie.
Czego sobie i Wam życzymy.


Kasia i staś.

Syrakuzy – 6 miejsc, które warto zwiedzić.

Miasto o tak bogatej historii, że jego pełne poznanie zająć może kilka dni. My wybraliśmy się do niego na jeden dzień i staraliśmy się wyłuskać z tego dnia jak najwięcej. Oto … miejsc które naszym zdaniem warto zobaczyć.
Mały Wypad czas start!

LOGISTYKA

               Dotrzeć do miasta można na kilka sposobów. My naszą bazę noclegową mieliśmy w Katanii i to z niej wyruszyliśmy w podróż. Tak samo jak w przypadku Taorminy wybraliśmy autobus, który zawiózł nas niemal do centrum Syrakuz. Bilety kupiliśmy wcześniej, korzystając ze strony internetowej OMIO. Bilet można również kupić w kasach biletowych przy dworcu autobusowym (Jako że kasa biletowa jest w innym miejscu niż odjazd autobusów zamieszczamy mapkę z instrukcją).

Oczywiście można wybrać inne środki transportu. Do wyboru jest jeszcze pociąg i wynajem samochodu. Przy wynajmie samochodu warto pamiętać o dodatkowym ubezpieczeniu na wypadek zarysowania auta.

Bilety do Syrakuz kupiliśmy za ok. 7 euro na osobę w jedną stronę. Jako, że ruch turystyczny w styczniu jest dość mały, to zdecydowaliśmy się kupić bilety powrotne przez Internet w momencie zakończenia zwiedzania.  To zdecydowanie dobra opcja jeśli nie ma się pewności, ile czasu poświęci się na zwiedzanie danego miejsca. ALE, ale!! W sezonie odradzamy takie zabiegi. Może się okazać, że bilety już się wyprzedały i będziemy zmuszeni szukać innych opcji. Bilety powrotne były w podobnych cenach (ok. 7-8 euro).

HISTORIA

               Tutaj zanim wejdziemy w opisy miejsc, które warto odwiedzić chcielibyśmy zatrzymać się na chwilę nad fragmentem historii, która nakreśli znaczenie i potęgę tego miasta na mapie Sycylii.
               Założone przez Greków w VIII w. p.n.e. miasto początkowo znajdowało się jedynie na małej wyspie. Idealna lokalizacja pozwoliła stworzyć port handlowy, który przyczynił się do szybkiego rozwoju zarówno miasta, jak i całej Sycylii. Przez wieki miasto rozwijało się w imponującym tempie, co zaowocowało rozrostem się z wyspy na część lądową Sycylii. Każdy medal ma jednak dwie strony. Rozwój handlu i dogodna lokalizacja nie oszczędziła Syrakuz pod względem licznych najazdów.  Idealna lokalizacja do handlu okazała się również idealną lokalizacją do „parkowania” statków podczas wojen i bitew na lądzie i wodzie. Z tego powodu powstał również drugi port typowo wojenny. Przez wieki spuścizna kulturowa mieszała się ze spustoszeniem militarnym. I właśnie takie – przesiąknięte szeroko pojętą kulturą, zbrukane bitewną krwią – są dziś Syrakuzy.

ZWIEDZANIE

               Naszą wyprawę zaczęliśmy od przejścia małymi uliczkami z przystanku autobusowego na wyspę. Chcąc kupić po drodze dwie pomarańcze, spotkaliśmy się z roześmianą twarzą sprzedawcy, który łamanym angielskim powiedział, że dwie to my możemy sobie wziąć, a nie kupić, co utwierdziło nas w przekonaniu, że to będzie dobry dzień. Po podziękowaniu i odwzajemnieniu uśmiechu ruszyliśmy, by zwiedzić jak najwięcej na Wyspie.

Wyspa Ortygia, nazywana starym miastem, jest połączona z lądem dwoma mostami (Ponte Santa Lucia i Ponte Umberto I). Wyspa została wpisana w całości na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 2005 roku. Na znacznej większości wyspy obowiązuje jedynie ruch pieszy, co pozwala czuć się naprawdę swobodnie podczas spaceru po mieście. Mimo że jej powierzchnia to tylko 1,7 km2 to dokładne zwiedzenie całości zajmuje dobrych kilka godzin. Swoją wprawę zaczęliśmy przechodząc na wyspę Mostem świętej Łucji i kątem oka spoglądając na Archimedesa. To postacie bezapelacyjnie mocno powiązane z Syrakuzami.

Ruiny świątyni Apollina – zbudowana w VI w. p.n.e. swoją wielkością (ok. 60 metrów długości) zasłużyła sobie na jedną z największych takich budowli na Sycylii. Dziś do zwiedzania nie pozostało wiele, lecz kolumny i pozostałości ścian nakazują pochylić głowę nad budowniczymi tamtych czasów. Warto zatrzymać się choć na chwilę przy tym, co pozostało, by zdać sobie sprawę z tego, z jakim rozmachem budowali ponad dwadzieścia pięć wieków temu!

Piazza Archimede – Plac Archimedesa noszący nazwę od słynnego mieszkańca Syrakuz jest urzekający. Otoczony barokowymi fasadami budynków nadaje blasku miejscu, które z racji swojego piękna i jednego z głównych traktów komunikacyjnych przyciąga tysiące turystów. W centralnym punkcie placu znajduje się okazała fontanna poświęcona bogini Dianie z początku XX wieku autorstwa słynnego rzeźbiarza, którym był Giulio Moschetti. W gorące dni turyści mogą poczuć lekkie ukojenie od palącego słońca, dzięki delikatnej bryzie fontanny.

Piazza Duomo – Plac Katedralny to miejsce, które nie sposób przeoczyć podczas spaceru po mieście. Kolorowe witryny sklepów witają swoich gości, a stoliki i parasole dają schronienie i wytchnienie podczas zwiedzania. Bezapelacyjnie Katedra jest punktem centralnym. Budowla w obecnym kształcie pochodzi z VI wieku, ale została zbudowana na fundamentach świątyni Ateny z V w. p.n.e. Co ciekawe, badania z początku XX wieku wykazują, że świątynia Ateny również nie była pierwszą budowlą o charakterze sakralnym w tym miejscu. Dla fanów architektury jest to nie lada gratka. Fasada budynku charakteryzuje się porządkiem korynckim. Kolumny we wnętrzu natomiast to starożytne kolumny porządku doryckiego. Sprawne oko dojrzy jeszcze okres hellenistyczny i normański.
               Kolejnym niepozornym budynkiem na placu jest Kościół św. Łucji.

Kościół św. Łucji – patronka Syrakuz, mieszkanka miasta, była męczennicą, która została ścięta w 304 roku (13 XII). Jej kult jest bardzo widoczny zarówno w kościele jak i w kulturze mieszkańców Syrakuz. Sam kościół w obecnej formie powstał na przełomie XVII i XVIII wieku na gruzach poprzedniego kompleksu po trzęsieniu ziemi. Jest to mały kościół, mimo że stojący raczej w cieniu katedry, to często odwiedzany przez turystów i mieszkańców miasta. Warto wejść do kościoła, by zobaczyć fotograficzne odwzorowanie z 2017 r. obrazu Caravaggio „Pogrzeb św. Łucji”

Źródło Aretuzy – jest ciekawym miejscem do zwiedzenia, ponieważ źródło słodkiej wody na skraju morza jest dość nietypowym zjawiskiem. Dodatkową ciekawostką jest to, że jest to jedno z trzech miejsc na Sycylii i Europie, gdzie rośnie papirus. Budowla w obecnym kształcie (półokrągły basen otaczający źródło) powstała w 1843 roku. Źródło nie jest tylko niesamowitą atrakcją turystyczną, ale było też ratunkiem dla mieszkańców Syrakuz, szczególnie podczas oblężeń, gdyż zaopatrywało miasto w czystą, słodką wodę.

Zamek Maniace – Powstały w XIII wieku fort jest imponującą budowlą, która przez wieki pełniła różne funkcje. Oczywistym jest, że położony na ostrym, klifowym zboczu zamek, w najbardziej wysuniętym miejscu wyspy pełnił przede wszystkim funkcję obronną. Był on również siedzibą królów, wiezieniem i miejscem przechowywania skarbów. Jego nazwa pochodzi od bizantyjskiego dowódcy, który pomógł odbić Syrakuzy z rąk Arabów. Dziś udostępniony do zwiedzania oferuje głównie widok na Morze Śródziemne. Jest to z całą pewnością cieszynka dla miłośników fortyfikacji. Niestety z racji małej ilości plansz i informacji jest to jedynie ciekawy spacer. A szkoda, bo budowla ma naprawdę duży potencjał.

Z typowo zabytkowych miejsc uciekamy w plątaninę wąskich uliczek, by na chwilę zauroczyć się w tym miejscu z zupełnie innej perspektywy. Każdemu też polecamy taką chwilową odskocznię, by naładować akumulatory do dalszego zwiedzania.  

I tym cichszym akcentem bocznych uliczek kończymy naszą podróż po Syrakuzach, a właściwie jedynie po części – wyspie.

Do zobaczenia na szlaku.

Kasia i staś.

Rzym – 9 miejsc, które warto zobaczyć.

(na końcu artykułu znajdziesz odnośnik do filmu – przewodnika po tych miejscach)

Największym błędem, który można popełnić jadąc do Wiecznego Miasta jest chęć zobaczenia…. wszystkiego. Jedynie, co z takiego wyjazdu pozostanie, to ból głowy, oczopląs i odciski. Dlatego śpieszymy z przewodnikiem po 9 miejscach, które warto zobaczyć w Rzymie.
Mały Wypad czas start!

WSTĘP

               Zanim przejdziemy do pełnego opisu chcemy nakreślić, że nie da się opowiedzieć kilku tysięcy lat historii w paru zdaniach i to co opisuje ten artykuł, to jedynie wierzchołek góry lodowej 🙂 Możecie nam wierzyć lub nie, ale każdy kolejny krok, który stawialiśmy, prowadził nas do nowych odkryć niekoniecznie opisanych w przewodnikach. Zatem jadąc na Mały Wypad nie smućcie się, że coś pominęliście. Do tego miasta trzeba wracać i za każdym razem odkrywać coś nowego, zaskakując się coraz bardziej i bardziej. Nie mniej jednak mamy dla Was propozycję 9 miejsc, które są jednymi z „ciasteczek” na mapie Rzymu.

O tym jak dostać się z lotniska Campino do centrum możesz przeczytać tutaj.

(link otworzy się w nowym oknie)

LOGISTYKA

Niezbędne w podróżowaniu po Rzymie będą na pewno wygodne buty. To one pozwolą nam zrobić wiele kroków przechadzając się kamiennymi ulicami czy parkami. Jeśli będziecie w mieście w ciepłe dni to koniecznie zabierzcie nakrycie głowy i okulary przeciwsłoneczne. Dobrym planem jest też krem z filtrem. Nie zapominajcie o wodzie lub choćby butelce (dość gęsto usiane kraniki z wodą na ulicach pozwolą uzupełnić zapasy). I tutaj warto się pochylić na chwilę nad tematem toalet. Jest ich zdecydowanie mniej niż w czasach starożytnych, co może z lekka rozbić podróż. Jeśli już jesteśmy przy toaletach to warto pamiętać, by mieć w kieszeni parę drobnych. W wielu miejscach nie zapłacimy kartą (choćby w toalecie).
We Włoszech obowiązuje siesta, dlatego warto wcześniej zaplanować sobie jedzenie lub drobniejsze zakupy, żeby się nie nadziać (My podróżując po Włoszech zawsze ustawiamy budzik na ok. 12:30, żeby w ferworze zwiedzania nie przegapić ostatniego momentu, żeby coś kupić przed zamknięciem – Polecamy!)
              
Bilety wstępu do różnych atrakcji warto kupić z wyprzedzeniem. Z jednej strony będziemy mieli pewność, że w ogóle wejdziemy, a z drugiej unikniemy stania w długich kolejkach (w sezonie zwykle warto rezerwować bilety z kilkudniowym wyprzedzeniem).

ZWIEDZANIE

Uzbrojeni w wodę, czapkę i przewodnik ruszamy w drogę, a zaczynamy od Circus Maximus, poprzez Fontannę Di Trevi, na schodach hiszpańskich kończąc.

Circus Maximus – był to najstarszy i największy cyrk starożytnego Rzymu. Jego początki sięgają III w. p.n.e. Był on wielokrotnie przebudowywany i modernizowany. Wiązało się to z rozwojem, jak i z licznymi pożarami, które trawiły okazałe budowle, w tym cyrk.  W swoim ostatecznym, murowanym kształcie był w stanie pomieścić blisko 250 tys. osób (Warto zauważyć, że Rzym wtedy miał około 1 miliona mieszkańców).  Głównym celem budowli było oglądanie wyścigów rydwanów, które cieszyły się w starożytnym Rzymie ogromną popularnością. Dziś można oglądać jedynie skromne pozostałości, ale ukształtowanie terenu pozwala sobie wyobrazić wielkość budowli przed wiekami.

Łuk Konstantyna – jeden z najmłodszych łuków tryumfalnych powstał w 315 roku, w trzy lata po zwycięskiej bitwie Konstantyna nad cesarzem Maksencjuszem. Zaznaczający się swoją obecnością, stojący w otoczeniu Koloseum i Forum Romanum, łuk powstał z wcześniejszych budowli. Taki zabieg spowodował, że zbudowano go szybciej i taniej. Miejsce to jest nie tylko świetnym punktem orientacyjnym wśród zabytków, ale też miało swoje uzasadnienie. To tędy prowadził antyczny szlak procesyjny. Konstantyn odegrał też kluczową rolę w historii rzymskiego chrześcijaństwa, zatem według wielu źródeł mówi się, że łuk symbolizuje również początek przemian.

Koloseum – a tak dokładniej to Amfiteatr Flawiuszy powstał w ciągu dekady między 70 a 80 rokiem n.e.  Jego nazwa nie pochodzi od wielkości budowli, ale od ogromnego posągu Nerona z brązu, który stał nieopodal. Swoją wielkość budowla zawdzięcza doskonałym architektom i inżynierom tamtych czasów. Poprzez wykorzystanie betonu, który z resztą Rzymianie wynaleźli, można było budować wyżej i donioślej. Doniosłość ta miała pokazywać potęgę cesarstwa, a odgrywane na arenie walki gladiatorów sugerowały, że cesarstwo nie cofnie się przed niczym. Z drugiej strony taka rzeź była ulubioną rozrywką Rzymian. Miejsca w Koloseum odpowiadały hierarchii struktur w Rzymie. Na samym dole siedział Cesarz i senatorowie, wyżej arystokracja, potem lud i żołnierze, następnie niewolnicy, a na samej górze siedziały kobiety.

Forum Romanum – pierwotnie błotniste tereny nienadające się do użytku zostały osuszone przez Etrusków. To tam znajdował się plac targowy. Z chwilą rozwoju miasta i coraz większej potęgi handel na placu został wyparty przez ośrodki kulturalne. Mówi się, że było to serce religijne, polityczne i społeczne imperium Rzymskiego. Mimo upływu lat i licznym zniszczeniom jest to świetnie miejsce do zwiedzenia i uświadomienia potęgi jaką był Rzym.

Ołtarz ojczyzny – usytuowany na Placu Weneckim pomnik Wiktora Emanuela II zwany również Vittoriano został wybudowany w latach 1885 – 1911. Biały marmurowy kompleks w stylu neoklasycystycznym z całą pewnością zaprze dech w piersiach i na długo zostanie w pamięci. Trzeba jednak pamiętać, że jest on kością niezgody przez wielu nazywany nawet katastrofą architektoniczną. Wiąże się to z jego monumentalnością i bielą, co skutecznie przyćmiewa okalające go zabytki. Jakby tego było mało, to podczas budowy „maszyny do pisania” (złośliwa nazwa pomnika) zniszczono część Kapitolu i wiele cennych budynków mieszkalnych. W budynku znaleźć można Grób Nieznanego Żołnierza, punk widokowy oraz Muzeum Zjednoczenia Włoch.

Fontanna czterech rzek – znajdująca się na środku Piazza Navona fontanna charakteryzuje się wysokim, egipskim obeliskiem z czterema posągami charakteryzującymi rzeki czterech kontynentów: Nilu, Gangesu, La Platy i Dunaju. Fontanna jest uważana za jedno z największych osiągnięć rzeźby barokowej i świetny punkt orientacyjny na mapie Rzymu. Warto zwrócić uwagę, że plac na którym stoi był kiedyś stadionem Domicjana. Ciekawostką jest to, że obecny plac powstał DOKŁADNIE na ruinach stadionu „lekkoatletycznego”.

Panteon – jedna z wizytówek miasta, którą nie sposób pominąć w zwiedzaniu. Wybudowana w 125 r. n.e. przez cesarza Hadriana ku czci wszystkich bogów do tej pory olśniewa swym kunsztem. Rozpiętość kopuły to 43,6 m. Cały ciężar przenoszony jest na 8 szerokich kolumn, a kasetonowe sklepienie nadaje bryle lekkości. W środku można podziwiać liczne rzeźby i zdobienia. Warto zwrócić uwagę na 16 kolumn stojących przed wejściem. Zostały one przywiezione w CAŁOŚCI!!! z Egiptu. 

Fontanna di Trevi – jedna z najbardziej rozpoznawalnych fontann na świecie. Zbudowana w drugiej połowie XVIII wieku urzeka swoim kunsztem do dziś. Zasilana jest wodą z akweduktu, który został wybudowany w 19 r. p.n.e. Fontanna przedstawia greckiego boga, największego z tytanów Okeanosa i dwa trytony (hybrydy człowieka i ryby). Bóstwo stoi na rydwanie zaprzęgnięte w dwa hipokampy (hybryda ryby i konia). Jedno burzliwe, drugie natomiast spokojne – mają być alegorią stanów mórz. Ponad wszystkim stoją cztery rzeźby przedstawiające 4 pory roku.
(Wiem, wiem dużo się tu dzieje, ale nie bez kozery jest to jedna z najwspanialszych fontann na świecie). Ważne by pamiętać o tym, żeby przez ramie wrzucić pieniążek do fontanny. Mówi się, że dzięki temu na pewno wróci się do wiecznego miasta.

Schody Hiszpańskie – Wybudowane w pierwszej połowie XVIII wieku miały na celu połączyć kościół Trinita dei Monti z Placem Piazza di Spagna.  Charakterystyczne 135 stopni o kształcie łuków upodobali sobie zarówno Włosi jak i turyści. Tam przez długi czas można było spotkać znajomych siedzących na schodach i uciąć sobie miłą pogawędkę. Obecnie jest zakaz siadania na nich, a za łamanie tego przepisu grożą srogie kary. U stóp schodów znajduje się Fontanna Barcaccia. Upamiętnia ona moment, w którym Tyber wylał i opadająca woda pozostawiła w tym miejscu łódkę. Warto wejść po schodach na samą górę, żeby zobaczyć panoramę miasta.

PODSUMOWANIE

               Ta krótka przygoda, którą odbyliśmy w styczniu 2023 jest dosłownie zalążkiem zwiedzania miasta. Zawarliśmy w artykule i w filmie jedynie najważniejsze informacje i gwarantujemy Wam, że jeśli tylko byśmy na moment zboczyli z zaplanowanej przez nas trasy zwiedzania, to do tej pory błąkali byśmy się po uliczkach odkrywając coś nowego. Z całą pewnością nie jest to miejsce na jeden weekend. Jest to miasto do odkrywania i poznawania. Zwiedzania i doświadczania.

Togo właśnie chcemy Wam życzyć podczas małego wypadu do Rzymu.

Do zobaczenia gdzieś pośród uliczek wiecznego miasta.

Kasia i staś.

CASTELMOLA – ścieżką saracenów

Ci, którzy uwielbiają podróże.
Ci, którzy cenią widoki.
Ci, którzy łakną aktywności.
                              Zakochają się tu.

Bo być w Taorminie i nie zobaczyć widoków z Castelmola, to jak być w Rzymie i nie zobaczyć Koloseum.

Przed wejściem na szlak

               Zanim wyruszymy, by podziwiać malowniczy krajobraz, warto pamiętać o paru kwestiach, żeby nie nabawić się problemów. Trzeba przyznać, że szlak jest raczej szlakiem średniozaawansowanym.

Odpowiednie obuwie – w większości przeważa ścieżka kamienista, lecz zwarta (początek trasy). Następnie szlak zmienia się w wybrukowany trakt spacerowy.  
Nakrycie głowy – szlak położony jest na południowo zachodnim zboczu, jedynie fragmentami zacieniony.
Woda – mimo że szlak nie należy do długich, to warto mieć ze sobą butelkę wody (na szlaku nie ma sklepu!). Nachylenie i ekspozycja słońca robią swoje.

(TUTAJ UWAGA!!!  W żaden sposób powyższy opis nie miał na celu zniechęcenia do podróży. Uważamy, że szlak jest prześliczny i warto go pokonać. Uczulamy jednak na to co może, w ferworze zwiedzania, umknąć)

Koniecznie zerknij: Taormina – 8 miejsc wartych zobaczenia!

link otworzy się w nowym oknie.

Droga na szczyt

Podróż można zacząć, tak jak my, od Porta Catania, kierując się w prawo lekkim podejściem Via Sesto Pompeo. Już tutaj, z każdym krokiem można doświadczyć „zmieniającego się krajobrazu”.  Z typowo turystycznego klimatu Corso Umberto, z metra na metr wchodzi się we włoską sielankę, a jest to urzekające. Wychodząc na Via Leonardo Da Vinci kierowaliśmy się w górę. Ta ulica jest bardziej ruchliwa, więc biorąc pod uwagę styl jazdy Włochów warto mieć oczy dookoła głowy 🙂 Jeśli ktoś zapomniał o śniadaniu lub po prostu zapomniał zaopatrzyć się w małe „co nieco”, to idąc drogą na zakręcie jest cudowna piekarenka, w której można kupić choćby kawałek pizzy. My musieliśmy się zatrzymać. Nie to, że zapomnieliśmy zjeść, ale ja jestem z tych co lubią jeść, a jeśli nie ma jedzenia to jestem nieznośny. Także jeśli chodzi o jedzenie, to zawsze jestem na „tak”: )
Po małych zakupach, kierując się dalej w górę, weszliśmy w Via dei Saraceni, by tu rozpocząć naszą przygodę.

Wejście na ścieżkę znajduje się po prawej stronie drogi, a początek jest oznaczony kolorowym znakiem, który w gruncie rzeczy ciężko przeoczyć. Już po kilku krokach ścieżka zaczyna ukazywać swoje piękno. Kamienista, zwarta droga nie jest zbyt wymagająca, choć może nie być najłatwiejsza jeśli chciałoby się podróżować z małym dzieckiem w wózku. Samo podłoże drogi nie powinno sprawiać większych problemów. Większym wyzwaniem mogą być dla niektórych przewyższenia.

Kierując się powoli w górę mieliśmy spory problem na to by patrzeć na ścieżkę. Powodem tego był widok, który zapierał dech w piersiach. Krajobraz z widokiem na wulkan i panorama Taorminy były po prostu zniewalające. A z każdym krokiem było jeszcze lepiej. Tarasowane pola i serpentyny lokalnych dróg przecinające góry nadają im cudowny charakter. Osobiście wiem, że wrócę w te okolice, by spalić nogi na podjazdach rowerem i włosy czesać wiatrem przy zjazdach. Istne piękno!

Dochodząc do miasteczka weszliśmy jeszcze do małego kościoła San Biagio z I wieku, który powstał z inicjatywy świętego Pankracego. Kościół ma typowy kształt budowli południowych Włoch. Przez lata niszczony przez żywioły został odrestaurowany w latach 90-tych ubiegłego wieku. Podczas prac odkryto między innymi XVIII wieczny fresk Madonny z Dzieciątkiem. Z placu przed kościołem można podziwiać panoramę Taorminy, Etnę i bezkres Morza Jońskiego.

Jeszcze parę kroków i docieramy do Castelmoli. Miasteczko przywitało nas wąskimi uliczkami, sielankowym klimatem włoskiej siesty i lekkim poszczekiwaniem kundelków wychylających swoje pyszczki z otworów w bramach i płotach.  Po pokonaniu paru stopni w górę i niezliczonej liczbie zdjęć, dotarliśmy do kościoła świętego Mikołaja z Bari. XVI-wieczny kościół wielokrotnie przebudowywany jest mieszanką stylów – od romańskiego, przez gotycki i arabski na normańskim kończąc.  Już ten początkowy akcent uświadamia, że miejsce to ma wiele do zaoferowania.

My wybraliśmy się  na zwiedzanie wąskimi uliczkami starając się unikać ruchu turystycznego. Z jednej strony to było łatwe, ponieważ w styczniu miasteczko nie jest oblegane, z drugiej strony jest ono na tyle małe, że nie sposób nie przecinać uliczek, którymi szło się wcześniej. I tak siłą rzeczy odkryć można kolejne atrakcje takie jak Castello di Mola i popularną knajpę Turrisi.

Castello di Mola – ciężko określić dokładną datę budowy zamku, ale kroniki podają, że fortów obronnych w tym miejscu na przestrzeni wieków było kilka. Pierwsze konkretniejsze wzmianki sięgają IX wieku. Kamienna tablica na fasadzie katedry miejskiej świadczy, że zamek powstał za czasów Konstantyna, choć historycy są zgodni, że zamek istniał wcześniej. Obecnie można zwiedzać jedynie ruiny, które pozostały po okazałym zamku. Warto stanąć przy fragmentach murów obronnych, by uzmysłowić sobie idealną lokalizację obronną zamku z widokiem na Półwysep Apeniński.

Tirrisi – jest to z pewnością lokal oryginalny i nietuzinkowy. Wszędzie, gdzie tylko poniesie wzrok, można się natknąć na… kutasa. Kształt dowolny, rozmiar też. Jest to niemalże kutasowe imperium, które z całą pewnością utkwi każdemu w pamięci. Choć knajpa na samym początku budziła mnóstwo kontrowersji w końcu się przyjęła i teraz ściąga do siebie tłumy z Taorminy. Napędzając turystykę w miasteczku.

Z Castelmola można zejść do Taorminy w taki sam sposób, czyli Ścieżką Saracenów lub w drugim kierunku kierując się ścieżką nieopodal drogi SP10. Jest dość stroma i mocno czuć nogi przy schodzeniu, ale trud wynagradza panorama Taorminy z widokiem na turkusowe Morze Jońskie.

Z całą pewnością wrócimy tu po kolejną garść wspomnień.

Mamy nadzieję, że rozpaliliśmy w Was chęć do odwiedzenia tego niesamowitego miejsca.

Do zobaczenia,

Kasia i staś.

Taormina – 8 najciekawszych miejsc do zwiedzenia.

Miasto, które przez wielu jest nazywane perłą Sycylii. Skrywające wiele pomiędzy wąskimi uliczkami. Czarujące i urzekające. Wykute w skale miasto, choć przesiąknięte wymagającymi przewyższeniami, widokiem swoim wynagradza wszystko. Pojawiają się jednak głosy, że jest mocno przereklamowane i zupełnie niewarte odwiedzenia. Czy oby na pewno?
Zapraszamy Was w podróż, by odkryć to miejsce.
Mały Wypad czas start!

Zanim wyruszymy na dobre do Taorminy trzeba zadać sobie pytanie, jak chcemy ją zwiedzić.
Czy leniwie poszwendać się po Corso Umberto I, zasiadając od czasu do czasu na kawę i przyglądając się witrynom z sycylijskimi upominkami? Czy raczej wspiąć się do pobliskiej miejscowości Castelmola i popatrzeć na wszystko z góry?
My lekko spięliśmy nasz grafik i ogarnęliśmy lekki spacer i skromną „wspinaczkę”.
Za długo tego wstępu!
W drogę!

Zerknij na artykuł o Castelmola, by dowiedzieć się jak wejść 🙂

link otworzy się w nowym oknie.

Jak dojechać?

Naszą bazą wypadową była Katania (o której możecie przeczytać tutaj)  i to z niej przyjechaliśmy autobusem do Taorminy. Kursują tutaj również pociągi

My wybraliśmy autobus z dwóch głównych powodów:

cena biletów! W jedną stronę zapłaciliśmy po 10,2 euro (czasem można dorwać je nawet po 5-6 euro) 

– stacja kolejowa (choć ponoć śliczna) znajduje się u podnóża miasta, a autobus wjeżdża dużo wyżej (niemal do centrum). To duży plus dla wszystkich, którzy podróżują z dziećmi, mają ograniczony czas na zwiedzenie całego miasta lub po prostu ich kondycja nie pozwala na pokonywanie trasy w górę, a potem w dół 🙂

Co do zakupu biletów, my korzystamy najczęściej z OMIO. Strona jest przejrzysta i szybko się ładuje. Oferuje wielu przewoźników, zarówno koleją jak i autobusami.
Oczywiście można kupić bilet w kasie na przystanku początkowym korporacji, z którą chcemy podróżować lub u kierowcy. W przypadku kierowcy nie zawsze jest tak kolorowo, bo jeśli ma w tablecie wpisany komplet, to prawdopodobieństwo zabrania z przystanku jest nikłe.  Nasz kierowca w drodze powrotnej otworzył drzwi i powiedział do stojących na przystanku „TICKET”. Na próbę tłumaczenia, że jeszcze nie mają, skwitował „NO TICKET, NO PARTY”. Po czym pomachał, zamknął drzwi i odjechał. Także tu uczulamy, żeby nie zostać na lodzie 😉

Co zwiedzić ?

Corso Umberto I – malownicza ulica, którą śmiało możemy nazwać sercem tego miasta. To wokół niej toczy się życie i to na niej można spędzić cały dzień. Knajpki, kawiarenki, gwar Włochów i turystów przyprawiać będzie o dreszcze tych, którzy kochają ciszę i spokój. Ci jednak, którzy uwielbiają jak dużo się dzieje, poczują się w tym miejscu jak ryba w wodzie. Corso prowadzi nas od budynku pierwszego parlamentu (Palazzo Corvaja), przez piękny plac IX Kwietnia z małymi kościółkami Sant’Agostino i di San Giuseppe do placu katedralnego. Ulica kończy swój bieg u bramy Katanii.
Jak sami widzicie szlak ten nie sposób jest zrobić „po łepkach”. Warto wygospodarować na niego trochę czasu, by naprawdę zagłębić się w piękno skryte w każdym zakamarku.

Piazza Duomo – plac katedralny mimo niewielkich rozmiarów prezentuje kilka ciekawostek: fontannę, ratusz i oczywiście katedrę. Minotaur (hybryda człowieka i konia) strzeże placu i mieszkańców ze szczytu fontanny. Żeńska postać trzyma w dłoniach symbole mocy królewskiej –  berło i jabłko. Rzeźba jest symbolem miasta i spacerując uliczkami trudno się na nią nie natknąć.   Katedra św. Mikołaja powstała w XIII wieku, lecz to, co widzimy obecnie, najbardziej zbliżone jest do przebudowy z XVI i  XVII wieku. Znacząco odróżnia się od większości katedr, które możemy spotkać podróżując po włoskich miasteczkach. Swój surowy i masywny kształt zawdzięcza temu, że pełniła funkcję katedry i fortecy.   Nie sposób jednak nie zwrócić uwagi w całej tej surowej bryle na cudowną rozetę na wzór renesansu. Została ona odrestaurowana w 1936 roku.

Teatr Antyczny – jest to punkt obowiązkowy na liście miejsc do zobaczenia w mieście. Wykuty w skale w IV wieku p.n.e. przez Greków z oszałamiającym widokiem na morze i wizytówkę całej Sycylii, czyli Etnę. Na początku była tam wystawiana sztuka wyższych lotów. Potem, za czasów rzymskich lud żądał krwi i teatr przebudowano i stworzono arenę dla gladiatorów. Dziś już tam nikt nikogo nie zjada, ani nie zabija. Odbywają się tu koncerty i wydarzenia kulturalne. Ale kto wie, kto wie… Historia lubi zataczać koło i może za jakiś czas znowu ktoś tu chwyci za szabelki albo puszą zwierzęta. Póki co były tylko spokojne koty.
Teatr najlepiej oglądać, gdy niebo jest czyste. Widok Etny siedząc w teatrze zapiera dech w piersiach. My mieliśmy jedynie tego namiastkę, ponieważ stożek schował się za chmurami, ale i tak widok był obłędny.

Parco Villa Comunale – park w stylu angielskim jest idealnym miejscem, by skryć się przed promieniami słońca lub zrelaksować się oglądając Etnę w zachodzącym słońcu. Pełny jest upamiętnień z Wielkiej Wojny oraz budynków w stylu azjatyckim. Powstały w XIX wieku z inicjatywy angielskiej (z lekka ekstrawaganckiej) arystokratki Florence Trevelyan. Widok płynących chmur i zachodu jest obłędny, a plac zabaw dla najmłodszych będzie świetną przerwą w zwiedzaniu.

Grobowce Taormina Tombe Bizantine – Cmentarzysko zostało odkryte „przed chwilą”, bo dopiero w latach 60 ubiegłego wieku przez całkowity przypadek – przez budujących drogę pracowników. Grobowce sięgają czasów Bizancjum i są świetnym dowodem na to, że jeszcze sporo przed nami do odkrycia. Choć położone niedaleko tarasu widokowego Belvedere di via Pirandello, są z reguły pomijane przez turystów, ale i w przewodnikach. Faktem jest, że nie prezentują się jak Teatr, ale warto zatrzymać się tu i na tablicy przeczytać nieco o historii.

Isola Bella – malownicza wysepka, która niegdyś należała do Lady Florence Trevelyan. Otrzymała ona ją w prezencie od męża – lokalnego lekarza o bardzo dobrej renomie.  Obecnie jest rezerwatem przyrody w dużej części udostępnionym do zwiedzania. Jej piękno najlepiej prezentuje się z góry, gdzie można ją podziwiać kontrastującą z turkusem wody i złotym piaskiem plaży. Przez wielu nazywana perłą Taorminy i słusznie, bo ten obrazek zostanie w naszych wspomnieniach na zawsze 😉

Kościół Madonna della Rocca – wykuta w skale kaplica sięga XIII wieku. Jej położenie u podnóża zamku Castello Saraceno Casteltaormina pozwala obejrzeć krajobraz Taorminy w pełnej krasie. Przebudowa kościoła, który możemy oglądać obecnie odbyła się w pierwszej połowie XVII wieku. Legenda głosi, że przestraszony pasterz podczas burzy skrył się w skałach wraz ze swoimi owcami. Wtedy objawiła mu się Madonna z Dzieciątkiem uspakajając, że wszystko dobrze się skończy.
Kościół stworzony jest w surowym rustykalnym stylu.

Taras widokowy Belvedere di via Pirandello – świetnym pomysłem na to, by spojrzeć na Isola Bella z góry, jest przejście na darmowy taras widokowy znajdujący się nieopodal stacji kolejki linowej i głównego parkingu autobusowego. Widok z niego zapiera dech w piersiach. Spojrzenie na głęboką zieleń wysepki połączoną z turkusem morza powoduje zawrót głowy. Natomiast przy dobrej widoczności można bez większych problemów zobaczyć Półwysep Apeniński. Cały ten spektakl inspiruje do kolejnej podróży.

I z tym obrazkiem pozwalamy sobie Was zostawić, niejako zachęcając do podróży.

Do zobaczenia na szlaku,

Kasia i staś.

Włoska droga… Citta della Pieve

(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Włoska droga… Citta della Pieve

Najpiękniejsze w podróżowaniu jest to, że często przez przypadek odkrywamy miejsca, do których normalnie byśmy nie trafili. Suma takich momentów nierzadko jest dobrym uzupełnieniem całej opowieści, która bez nich byłaby jak „i” bez kropki. Pozwólcie, że zabierzemy Was na spacer po mieście, którego nie mieliśmy w planach. Citta della Pieve.

Szukając miejsca na nocleg wiedzieliśmy, że potrzebujemy tego dnia podpiąć się do prądu. Ładowanie laptopa, aparatów i lodówka pracująca na pełnych obrotach przy wrześniowych 33’C przez kilka dni  skutecznie uszczupliły zasoby naszych akumulatorów do tego stopnia, że nawet panele na dachu nie dawały rady. Szukając kampingów w jednej aplikacji odnieśliśmy fiasko. Druga aplikacja dawała jak sądziliśmy na początku wątpliwe światełko w tunelu. Ale cóż, jedziemy.



Okazało się, że miejscowość, w której dane nam było się zatrzymać dysponuje kilkoma miejscami dla kamperów w celu wypoczynku. Miasto postawiło na rozwój turystyki i stwierdziło, że wyznaczy plac i udostępni nieodpłatnie prąd, zrzut nieczystości i wodę pitną (cisza, spokój – jakby luksusowo!).
I to jest świetny pomysł!
Dlaczego?
A no dlatego, że my podróżując gotujemy sami. Ale tego wieczoru postanowiliśmy, że warto by było się odwdzięczyć i poszliśmy nawpychać się w lokalnej restauracji.
Tak się wspiera lokalny biznes, tak się promuje miasto.
Czapki z głów!

Miasto

Początki miasta nie są dobrze znane. Patrząc na układ urbanistyczny widać wyraźny wpływ etruski i rzymski. Niektóre budowle, jak wieża publiczna, charakteryzują się licznymi przebudowami co świadczyło niejednokrotnie o wzlotach i upadkach miasta. Jako że miasto leży praktycznie na trójstyku granic regionów Toskanii, Lacjum oraz Umbria można zobaczyć przyjemne przenikanie się tych kultur w mieście. Spacerowanie schludnie zachowanymi uliczkami „ceglanego miasta” (bo tak je nazwaliśmy) daje poczucie przeniesienia się po średniowiecznym mieście. I jest w tym dużo prawdy. Blisko 70 procent budynków jest zbudowanych z odkrytej cegły, które pochodzą z prężnie działającej od średniowiecza pobliskiej cegielni.


Jest to urokliwe miejsce, by spędzić tu parę chwil pijąc kawę i zajadając się ciastkiem. Po drobnym obżarstwie my spróbowaliśmy przecisnąć się przez (ponoć) najwęższą uliczkę we Włoszech, która wacha się miedzy 50 a 60 centymetrów…. Zmieściliśmy się!

I postanowiliśmy, że będziemy tu wracali, żeby sprawdzać czy będzie nam się udawało przecisnąć.
Dopóki przejście nie będzie sprawiało nam problemu, będziemy żarli ciastka bez opamiętania.

Taki właśnie mamy plan.

Do zobaczenia,
My – małe kuleczki

Kasia i staś.

Włoska Droga … Parco Regionale della Maremma

(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Będąc w cudownej Toskanii, kojarzonej często głównie z krętymi drogami, rzędami cyprysów, gajów oliwnych i niekończących się pól winorośli, warto zjechać na chwilę nad Adriatyk, by odwiedzić wyjątkowy Park znajdujący się kilkanaście kilometrów na południe od Grosseto.

O wyjątkowości parku dowiadywaliśmy się z Kasią nie raz podczas naszych jesienno-zimowych wieczorów, gdy zaczytywaliśmy się w szeroko pojętej kulturze i tradycjach Włoch, ślęcząc nad artykułami na blogach i przewodnikach. Jasnym było, że podczas naszej podróży odwiedzimy to miejsce. I właśnie tym miejscem chcemy się z Wami podzielić.

O parku

Park Maremma to wyjątkowe miejsce, choć słowo wyjątkowe jest tu sporym niedopowiedzeniem. Jest unikatem na skalę zarówno Włoch, jak i Europy. Powodem tego jest jego dzikość oraz zachowanie fauny i flory w niemal nietkniętym wymiarze. To właśnie tu można obserwować niespotykane gdzie indziej odmiany roślin i gatunki zwierząt. Dzikie plaże, klify, bagna i lasy są gratką nie tylko dla koneserów przyrodniczej przygody i botaników, ale jest to też cudowne miejsce do spędzenia czasu z rodziną.  Założony w 1975 roku park jest drugim tego typu parkiem we Włoszech. Jego powierzchnia obszaru chronionego to blisko 9000 ha…  Ale od początku ….

Informacje praktyczne

Zanim wybraliśmy się do parku sprawdziliśmy czy jest on w ogóle dostępny, nie tylko ze względu na ograniczony dzienny limit wejść, ale również ze względu na to, czy warunki atmosferyczne pozwalają na zwiedzanie.  Czasami trasy są zamknięte lub z uwagi na ekstremalną suszę można je zwiedzać jedynie z przewodnikiem, gdyż władze parku obawiają się zaprószenia ognia i ewentualnej nieopisanej straty – ma to sens.

Gdy okazało się, że wszystko idzie po naszej myśli udaliśmy się do miejscowości Alberese, gdzie znajduje się informacja turystyczna i kasa biletowa. Bilety można również kupić przez internet, a ich koszt w obu przypadkach to 5 euro za osobę. Na miejscu otrzymaliśmy mapę parku z dokładną instrukcją, gdzie wjechać, gdzie skręcić.
My wybraliśmy szlak, który ma 21 km z możliwością rozbudowy o kolejne 7 km.


Tutaj warto zatrzymać się na chwilę, by wspomnieć o tym, że tras jest dość dużo. Piesze, rowerowe, konne, jak i spływ kajakiem (nie znaleźliśmy w aktualnej ofercie). Brak roweru nie jest problemem, ponieważ można go wypożyczyć przy budynku kasy parku za kilka euro.
Jeśli nie chce się wydawać pieniędzy na bilet do parku jest też dostępna darmowa trasa, która jest fragmentem trasy płatnej. Osobiście odradzamy tę opcję, bo nie daje takich wrażeń jak przejechanie całej drogi w parku.
Próba pokonania parku „na Janusza” to koszt 100 euro kary, wiec raczej nie warto, no chyba że ktoś chce wesprzeć mieszkające tam dziki, które dzięki swojej obecności stały się symbolem parku.

Trasa

Wjeżdżając do parku przez bramę czekał nas łagodny 3 kilometrowy podjazd, który pokonaliśmy po asfaltowej drodze. Podczas podjazdu natrafiliśmy na znaki ostrzegające o dzikich zwierzętach w szczególności o dzikach. Nie spotkaliśmy jednak dzików. Spotkaliśmy dzikie krowy i oszałamiająco dużo GZÓW (żeby zrobić jakieś zdjęcie bez użycia jakiegoś środka na insekty trzeba mieć nie lada umiejętności fotograficzne i taneczne) – środek na insekty obowiązkowy! Sama jazda jest obłędna i zapiera dech w piersiach. Asfaltowa wąska ścieżka, która jest tam jedyną ingerencją człowieka, daje poczucie bezpieczeństwa i kontroli roweru podczas zjazdów. To dzięki niej można zerknąć w bok podziwiając naturę. Uważam, że jest to świetny pomysł. Zresztą jest to bardzo dobre rozwiązanie w przypadku jakiejś akcji ratunkowej. Nieco za połową parku droga w równinach zamienia się z asfaltu na dobrze ubitą drogę leśną bez korzeni, co również daje poczucie swobody w jechaniu i bliższego kontaktu z naturą. Ponadto krótki odcinek „rozbudowanej” trasy był po części szutrowy.  Z atrakcji, o której osobiście nie wiedziałem, było piękne wejście na plażę, które trochę przypominało wejście na wydmy w Łebie. Warto mieć ze sobą zapięcie rowerowe żeby przypiąć rowery do stojaków w drodze na plażę.
Podczas podróży trzeba pamiętać o odpowiedniej ilości wody, bo pierwsze miejsce, gdzie można uzupełnić wodę znajduje się na końcu parku.

Droga powrotna była dla nas najbardziej męcząca. I wcale nie ze względu na jakość drogi, ponieważ ścieżka rowerowa była płaska jak stół, lecz powodem był ogromny wiatr, który skutecznie powstrzymał nas nie tyle od bicia życiowego rekordu prostej, co nawet spokojnej łagodnej jazdy po dolinie.

Posumowanie Trasa, którą pokonaliśmy nie była nazbyt wymagająca, a mała ilość osób na szlaku pozwalałaby się czuć rodzicom z dziećmi bezpiecznie. Miejsce na plaży jest idealnym przystankiem na uzupełnienie utraconych kalorii podczas drogi, a wiatr od morza skutecznie odstrasza gzy z otwartej przestrzeni.
Jest to idealne miejsce na samotną wyprawę jak i rodzinny wypad. Każdy znajdzie coś dla siebie.

My znaleźliśmy i polecamy Wam gorąco to miejsce.
Kasia i staś.

Włoska droga… Terme di Saturnia


(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Nie od wczoraj wiadomo, że Włochy skradły serca milionów turystów z całego świata. Stoi za tym pyszne jedzenie, cudowne krajobrazy, znakomite wina, jak i swoisty temperament połączony z całkowitym luzem do świata, przepisów i wszystkiego, co wokół Włochów się kręci. I otwartość, otwartość dla innych i na to co dobre. Pozwólcie, że zabierzemy Was na Termy w Saturnii.
W drogę!

Termy w Saturnii to bezapelacyjnie jeden z największych toskańskich skarbów i ominięcie go podczas naszej podróży można by uznać, lekką ręką, za niewybaczalne uchybienie. Wody bogate w siarkę nie dość, że w chłodny poranek przyjemnie rozgrzewają ciało mając stałe 37,5`C, to jeszcze działają kojąco na skórę.
Termy (Cascate del Mulino) są czynne przez 24 godziny na dobę, więc można podziwiać zarówno wschód i zachód słońca.
No i są całkowicie za darmo. A nie od dziś wiadomo, że „za darmo” to uczciwa cena za korzystanie z tego, co dała natura.

Geneza powstania

I tutaj są dwie teorie. Jedna dla tych, co wierzą we wróżki zębuszki, druga raczej dla entuzjastycznych geologów, wyznawców jakiś tam wulkanów i innych takich.
Teoria (legenda) numer jeden mówi o tym, że bogowie Jowisz i Saturn mieli jakieś niedomówione sprawy i wyszła z tego lekka sprzeczka, w której Jowisz cisnął Saturna swoim piorunem, ten się uchylił i w miejscu uderzenia pioruna wytrysnęła cieplutka, siarkowa woda. Logiczne.

Druga teoria (mniej prawdopodobna :)) mówi o tym, że wody deszczowe wpływają w szczeliny skalne wygasłego wulkanu Monte Amiata, gdzie są podgrzewane i nasycane związkami mineralnymi. Następnie transportowane są 30 kilometrów, gdzie najpierw wytryskują w basenie obecnego niedaleko luksusowego hotelu. Następnie po pokonaniu około jednego kilometra spiętrzają się przy starym młynie tworząc niesamowite kaskady.

Decyzje, która teoria bardziej Was przekonuje pozostawiam Wam  : )

Logistyka

W odległości kilkuset metrów od Term znajduje się parking, na którym można zaparkować samochód osobowy lub małego vana (maksymalna wysokość to 2,2m). Obecnie godzina postoju kosztuje 2 euro. Z własnego doświadczenia wiemy, że na termach udało nam się spędzić maksymalnie 2 godziny. Dla większych pojazdów (w tym kamperów) jest drugi parking, na którym można się zatrzymać na noc, wykąpać, zrobić pranie i podłączyć się do prądu. Parking ma miejsca na 400 samochodów. My we wrześniu mieliśmy pełne pole do popisu w parkowaniu, choć słyszeliśmy, że w sezonie jest dość tłoczno. Koszt takiego parkingu to maksymalnie 16 euro/ 24h + 0,5 euro za prysznic + 3 euro za prąd. Można skorzystać również jedynie z opcji noclegowej (od 20:00 do 8:00) – 12 euro. Z parkingu jest bardzo przyjemna ścieżka, którą można dostać się pod same termy.

Na termach

Nie obowiązują czepki, ani jakieś specjalne ubranie.
Warto pamiętać o zdjęciu biżuterii. O ile obrączki nie ucierpiały to jakieś bransoletki, wisiorki i inne takie matowieją.
Bardzo dobrym rozwiązaniem są buty do chodzenia w wodzie, bo kamienie mogą pokaleczyć gołe stopy, a klapki mogą zostać porwane przez pędzącą wodę (800 litrów/sekundę).
Warto mieć ze sobą ubranie na przebranie i to takie, z którego niekoniecznie chcemy później korzystać – dość mocny zapach siarki osadza się na ubraniu.
Istnieje możliwość zostawienia cennych przedmiotów w szafkach depozytowych – koszt 5 euro + 5 euro kaucji (działają w godzinach otwarcia baru przy termach 8:00-22:00).
Toalety są bezpłatne.
Natryski są dodatkowo płatne (działają w godzinach otwarcia baru przy termach)

Podsumowanie

Termy na otwartej przestrzeni, na których podziwialiśmy zachód, a następnego poranka wschód słońca, są z całą pewnością przeżyciem nie do opisania. My mieliśmy ten luksus, że będąc poza sezonem było naprawdę mało ludzi i mogliśmy hasać po kaskadach bez końca układając się w każdej możliwej niecce z siarkową wodą. Rodzice z dziećmi z całą pewnością również będą się dobrze bawić, ponieważ na terenie całego obiektu są też niecki dość płytkie z bardziej stojącą wodą.


Z całą pewnością tam wrócimy przy kolejnej okazji zwiedzania Włoch.

Polecamy gorąco, gorące termy Saturnii.

Kasia i staś.

Rowerowa Włoska Droga … muskając szczyty, zerkając na morze


(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… i od zmiany myślenia.
Kiedyś jeździłem kolarstwo szybkie, z punktu do punktu, na czas, na wynik. Dziś jeżdżę inaczej… uprawiam kolarstwo nieskalane profesjonalizmem… w sandałach. A wyniki? Jedyne z czym się dzisiaj ścigam to z marzeniami. I możesz mi wierzyć lub nie, ale jeżdżę najlepiej ze wszystkich lat jazdy na rowerze. Chodź, pokażę Ci kawałek Włoskiej Drogi!

Będąc niedaleko Parku Maremma w Toskanii, który udało nam się odwiedzić na rowerach, nie sposób oprzeć się cudownym podjazdom w Porto Santo Stefano i Cala Moresca czy choćby kojącemu obolałe uda zjazdowi w Porto Ercole. Co prawda, na tę przejażdżkę wybraliśmy się z Kasią innymi drogami, to jednak kilka razy udało nam się spotkać na szlaku.

Swoją podróż zaczęliśmy w miejscowości Giannella, gdzie zostawiliśmy samochód na poboczu drogi, skręciliśmy rowery i ruszyliśmy w kierunku podjazdów w Porto Santo Stefano (tutaj warto zwrócić uwagę na to, czy na pewno można postawić samochód w danym miejscu, bo przykro by było zaliczyć mandat tylko i wyłącznie dlatego, że nie postawiło się samochodu 5-6 metrów dalej).
Po rozgrzaniu się lekkim podjazdem dotarłem do miejscowości, gdzie zza zakrętu ukazał się piękny port otoczony miastem na zboczu góry.

Kołysane mocnym wiatrem łódki na tle kolorowych budynków nadawały temu obrazkowi sielankowy nastrój. Napawając się widokiem rozpocząłem wspinaczkę po zboczach, nierzadko o nachyleniu przekraczającym 10%. Ciężkie „ściany” wzniesień do pokonania były po stokroć wynagradzane widokami zobaczonymi ze szczytów.



Kierując całą swoją siłę w nogach do Cala Moresca i Cala Piccola cieszyłem oczy widokiem spokojnego Adriatyku po prawej i monumentalnych skał po lewej. W całym tym pięknie uporczywie próbowałem ominąć coraz większe dziury w drodze, o której świat raczej zapomniał. I dobrze, że zapomniał, bo jedynie kogo mogłem spotkać to innych kolarzy i kilka Vesp pokonujących ten „dziurawy slalom gigant”. A tak to spokój. Nieopisany spokój.


Im głębiej zanurzałem się w szlaku, tym bardziej droga asfaltowa ustępowała szutrom i kamienistym wertepom. Można by kląć w niebogłosy, że kierownica ucieka, że kurz wciska się w usta i nos. Można by… ale po co, gdy robi się to dla tych cudnych widoków.

Zasada robienia pętli jest taka, że suma podjazdów musi się równać sumie zjazdów. I tu rozpoczęła się początkowa, nierówna walka ze zjazdem kamienistą drogą tuż przed Porto Ercole, by zamienić się w cudowny zjazd po znakomicie płaskim asfalcie. Było to niezaprzeczalną nagrodą za trud włożony w te wszystkie podjazdy i nierówności po drodze.

Pęd powietrza opływający całe ciało koił rozpaloną słońcem skórę, a czas siesty, gdzie wszyscy pochowali się w domach, pozwolił pędzić środkiem szosy łapiąc ostanie obrazki tej pięknej podróży. I tak w tych niesamowitych okolicznościach przyszło mi dojechać do samochodu. Kasia dojechała parę minut później, pewnie byłaby wcześniej, gdyby nie to, że chciała przekazać Wam to piękno na zdjęciach.

Podsumowując:

Droga wymagająca, ale przepiękna.
Podjazdy wyczerpujące, ale satysfakcjonujące.

Czy przejadę kiedyś tę trasę jeszcze raz?
O ile nogi dadzą radę i żona pozwoli – TO TAK!

Kasia i staś.