Pula – miasto, które pamięta Cesarza.

Położone na południowym krańcu półwyspu Istria miasto jest spektaklem historii, której można doświadczyć wchodząc w zakamarki, place i dziedzińce. Burzliwa historia pozostawiła po sobie ślady, a miasto nie raz musiało się podnosić z przysłowiowych zgliszczy. To tutaj zobaczymy jeden z trzech najlepiej zachowanych amfiteatrów z czasów Cesarstwa Rzymskiego wizytówkę miasta. Ale czy to jedyna atrakcja?

Zapraszamy do zwiedzania tego pięknego miasta.

Logistyka

Podczas 10 dniowego wyjazdu, gdzie zwiedzaliśmy południową i środkową część półwyspu Istria, jeden dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Puli. 24 godziny to zdecydowanie wystarczający czas, żeby zwiedzić najważniejsze miejsca. Pula i najbliższa okolica to idealny punkt wypadowy w inne części kraju. Jest tu lotnisko, a jeśli ktoś wybierze się tu samochodem, to możliwości zwiedzania tego regionu będą jeszcze większe. Ale o samej okolicy takiej jak Rovinj, Porec, czy innych opcjach spędzenia tu czasu przeczytasz w dalszych artykułach.

Zarys historii

Historia miasta sięga około V wieku p.n.e., ale to moment, w którym miasto zajęli Rzymianie w roku 177 p.n.e. można liczyć jako początek naprawdę czegoś wielkiego. Przez lata portowe miasto zyskiwało na znaczeniu.  W 43 r. Pula stała się kolonią Rzymską i od tamtego momentu jej znaczenie niemalże eksplodowało. Miasto stało się ważnym ośrodkiem administracyjnym i handlowym.

Miasto trafiało z rąk do rąk. Po upadku Cesarstwa przeszło pod wpływy Bizancjum, a następnie przez wieki było pod rządami Wenecji. To dawało szanse na rozwój, lecz taka rotacja również przynosiła straty, ponieważ bunty przy tych zmianach były krwawo tłumione. Żadna zmiana jednak nie zdziesiątkowała tak miasta jak epidemia dżumy i malarii. Z czasów rzymskiej potęgi liczącej ok. 30 tys. po epidemii liczba mieszkańców spadła do około 300.

Swój ponowny rozkwit w XIX wieku Pula zawdzięcza powstałej stoczni, komunikacji kolejowej, pierwszym zakładom przemysłowym i licznej arystokracji, która zaczęła przyjeżdżać tu w celach rekreacyjnych.

XX wiek to również czas wielu przemian. Po I wojnie światowej, region Istrii razem z Pulą zajęły Włochy, a po drugiej wojnie światowej miasto przypadło Jugosławii, a po jej rozpadzie Chorwacji.

Co warto zobaczyć?

Bezapelacyjnie wizytówką miasta jest Amfiteatr w samym sercu miasta, który jest jednym z trzech najlepiej zachowanych aren  Starożytnego Rzymu. Obecny wygląd zawdzięczamy cesarzowi Wespazjanowi, który nakazał powiększyć istniejący już amfiteatr tak, by pomieścić 23 tysiące widzów łaknących krwi, dzikich zwierząt i walk gladiatorów. Najlepiej zwiedzać amfiteatr rano, gdy jeszcze tłum turystów nie zajmie kolejki do kas.  Świetną opcją jest zobaczenie walk gladiatorów na żywo. Imprezy tego typu są organizowane z rozmachem i piękną oprawą (wybierając się do Puli warto sprawdzić czy akurat uda się trafić na spektakl – link do strony)

Wychodząc z Areny warto zahaczyć o Titov Park, w którym znajdziemy miniaturowy model miasta, a drzewa uchronią nas od coraz mocniejszego słońca. Przechodząc wzdłuż nabrzeża dotrzemy do Forum.
Miejsce to, tak samo jak w Rzymie, miało wiele funkcji. Wybudowany w I wieku plac stanowił centrum życia publicznego pełniąc funkcje religijne, administracyjne i handlowe. Dziś jest gwarnym miejscem z parasolami pobliskich restauracji oraz informacją turystyczną.

Spacerując po Forum nie sposób nie dostrzec Świątyni Augusta i Romy. Ta powstała na początku I wieku budowla cieszy oko nie tylko entuzjasty starożytnej architektury, ale jest świadectwem kunsztu i zaawansowania przeszłych wieków. Świątynia ta, przez wieki przeszła naprawdę sporo. Odbywały się tu obrzędy pogańskie, po czym została zamieniona na kościół, by w kolejnych wiekach stać się spichlerzem. Dziś wewnątrz można podziwiać kolekcję starożytnych rzeźb z brązu i kamienia.

Niebagatelnym jest to, że starożytność jest tak mocno wpisana w miasto. Pisząc to mam na myśli ruiny domu Agrippiny Młodszej. Była ona siostrą Kaliguli i matką Nerona, który prawdopodobnie zlecił jej zamordowanie. Niesamowite stanowisko archeologiczne, które jest nieco zaniedbane, lecz warte zobaczenia. Ciężko tam trafić z powodu słabego oznaczenia. Ruiny znajdują się tuż przy forum,  należy wejść tam wąskim przejściem obok bankomatu.

Kolejną nieoczywistą atrakcją są mozaiki podłogowe odkryte po bombardowaniach podczas II wojny światowej. Przedstawiają one mitologiczną scenę ukarania Dirke. Pochodząca z III wieku mozaika podłogowa jednej z willi zadziwia. A mnie osobiście szokuje „wciskanie się” nowoczesności w starożytność. Ale to pozwolę sobie zostawić już Waszej ocenie.

Przechodząc wzdłuż okazałych kamienic dochodzimy do wzniesionego pod koniec I wieku p.n.e. Łuku Sergiusza. Ta wzniesiona w stylu korynckim budowla przyciąga wzrok turystów niesamowitymi ornamentami. Łuk został wzniesiony wewnątrz jednej z bram miejskich, która razem z murami tworzyła linię obronną dla miasta. Bramę wraz z fragmentem murów rozebrano, a plac przy Łuku przyciąga oprócz turystów wielu artystów.

Zerostrasse
Idąc wzdłuż murów miejskich warto skryć się przed słońcem w trasie podziemnych tuneli. Temperatura w tunelach to około 14-18 stopni, więc co wrażliwsi powinni wziąć bluzę. Tunele zostały wybudowane w celu schronienia mieszkańców Puli podczas wojny i finalnie mogło tam się skryć 50 tyś ludzi. Jest kilka wejść do siatki tuneli, a dobra nawigacja nie pozwoli się zgubić. W tunelach możemy zobaczyć wystawy zdjęć sieci komunikacji tramwajowej w Puli, a wjeżdżając windą na samą górę dotrzemy do twierdzy Kasel, która również jest udostępniona do zwiedzania.

Twierdza Kasel
Pierwsza fortyfikacja powstała w XVII wieku, dzięki panującym tu Wenecjanom, na miejscu obiektu sakralnego, a jeszcze wcześniej starożytnego Kapitolu. Ze względu na położenie pełniła funkcję obronną, ale po pierwszej wojnie straciła na znaczeniu. Dziś udostępniona do zwiedzania, cieszy oczy turystów ukazując ze swojej wieży piękną panoramę miasta. We wnętrzach zamku można zobaczyć wystawy czasowe, które jeszcze bardziej ożywiają to miejsce.

Powoli schodząc w twierdzy kierujemy się wąskimi uliczkami do samochodu. Nam udało się zaparkować poza strefą płatnego parkowania, co wymagało przejścia kilkuset metrów więcej.
Szukając miejsca do parkowania pamiętajcie, że Chorwacja ma podobne zasady jak we Włoszech.
Miejsca oznaczone niebieskimi liniami są płatne, żółte są zarezerwowane dla rezydentów, a białe to miejsca bezpłatne : )

Pięknego czasu w Puli,

Kasia & staś.

5 kart niezbędnych w podróży… czyli jak unikać nadmiernych kosztów i problemów!

 Podróż to dla większości doznanie tak niezwykłe, że w momencie, gdy ją rozpoczynamy często tracimy głowę i zapominamy o całym świecie wokół. Mimo że podróżujemy dużo, to nadal czasem coś nam się „udaje” zapomnieć albo pominąć z listy do zabrania.



Poniżej linki do artykułów, które pomogą Wam nie zapomnieć o czymś, co wydaje się na pozór oczywiste.

Samolot – bezpłatny bagaż podręczny

Co zabrać na wakacje w ciepłe kraje?

Co zabrać na szlak?

Rowerowy niezbędnik

Autem po Europie

Auto przed trasą

Ale wróćmy do tych 5 kart, których posiadanie może „uratować tyłek” podczas podróży.


 1.

Zacznijmy od oczywistej oczywistości jaką jest DOWÓD OSOBISTY. Klasyk na lotniskach – ileż razy gdzieś nie lecimy, to widzimy sytuacje, jak ktoś się tłumaczy, że „tu był zawsze, a teraz go nie ma” : )
Z jednej strony zabawna sytuacja, z drugiej jeśli się zaplanowało wakacje życia, to przykrym jest fakt roztrzaskania ich z powodu braku dokumentu.

(Tutaj podobna sytuacja ma się do paszportów. Do wielu krajów Europy wjedziemy na dowód i to nas z lekka „rozleniwiło”, by pamiętać o PASZPORCIE).

2.

Karta EKUZ czyli Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego

Stawiamy ją na drugim miejscu i bez niej nie wybieramy się w żadną podróż.
Karta, którą po poprawnym wypełnieniu wniosku i odczekaniu paru dni (w szczycie sezonu dłużej) otrzymujemy za darmo.
Daje ona prawo do BEZPŁATNEGO leczenia w krajach UE jak i w Wielkiej Brytanii, Islandii i jeszcze kilku państwach spoza Unii.

(Tutaj warto by pamiętać o dodatkowym ubezpieczeniu podróżnym. Kosztuje „grosze” w porównaniu do całego wyjazdu, a może nam oszczędzić naprawdę sporo problemów).

3.

PRAWO JAZDY

Kolejna karta jest dla tych, co podróżują autem, bądź chcą za granicą auto wynająć. Tutaj warto zainwestować w prawo jazdy międzynarodowe. Koszt takiego dokumentu to 35 zł, a daje poczucie bezpieczeństwa na drodze. O ile podróżując po UE możemy śmiało śmigać autem na naszym plastiku, to w przypadku odleglejszych zakątków globu nie jest tak kolorowo.
Firma wynajmująca samochody zazwyczaj wynajmie samochód, bo dla nich to biznes. Jednak w przypadku jakiejkolwiek kolizji lub co gorsza wypadku nawet nie z naszej winy, to my ponosimy odpowiedzialność, ponieważ jeździliśmy bez odpowiednich dokumentów. Ubezpieczenie też się postara, żeby ściągnąć w tej sytuacji z nas jak najwięcej.

4.

WALUTOWA KARTA PŁATNICZA

To nieodzowny przyjaciel i zbawienie podczas podróży. Pamiętajcie jednak, by wyposażyć się w kartę walutową, by nie zapłacić majątku za przewalutowanie. (Revolut kartę własnego banku lecz w odpowiedniej walucie).

Warto tutaj pamiętać o posiadaniu też pieniędzy w gotówce (choćby drobnej kwoty). Łazienki oraz małe sklepiki nadal czasem nie mają terminali. W przypadku niektórych restauracji za granicą sytuacja ma się podobnie i wtedy krótki posiłek zamienia się jeszcze w spacer w poszukiwaniu pobliskiego bankomatu.

5.

Ostatnia karta to karta ACSI

Jest to świetny wynalazek dla wszystkich tych, którzy po pierwsze podróżują poza sezonem, po drugie uwielbiają kempingi, po trzecie (wynikające z drugiego) podróżują kamperem, z przyczepą, bądź namiotem).

Jest to karta zniżkowa działająca w „niskim sezonie” w 3000 obiektach w Europie.
Cena za auto (kamper lub auto z przyczepą), dwie osoby, prąd i dostęp do zaplecza sanitarnego to maksymalnie 23 euro(aktualizacja na rok 2024 maksymalna kwota to 27 euro). Często w cenie można skorzystać również z parku wodnego, basenu, kortów itp., ale to zależy od obiektu. Roczny abonament takiej karty to ok. 35 euro. Nam się zwróciła w ciągu zaledwie 6 dniowego wyjazdu do Włoch.

To są najbardziej podstawowe karty, które właściwie trzeba mieć.
Jeśli masz pomysł jaką kartę jeszcze dodać, pisz śmiało:)
Uzupełnimy tę listę i stworzymy wspólnie potężny poradnik.

Do zobaczenia na małym wypadzie,

Kasia i staś.

Autem po Europie – o tym nie zapomnij!

Wyruszając w podróż samochodem zarówno po Polsce jak i po Europie powinniśmy pamiętać o paru podstawowych rzeczach bez których nasz wyjazd może być narażony na spore nieprzyjemności oraz koszty (mandaty).

Aby zminimalizować szansę na nieprzyjemną konfrontację ze służbami mundurowymi stworzyliśmy podstawową listę wszystkiego co niezbędne.

W każdym kraju będzie nam potrzebny trójkąt ostrzegawczy, a w przypadku jazdy z przyczepką tych trójkątów musi być dwa. Na Łotwie i w Estonii niezależnie od tego czy ciągniemy przyczepkę czy nie potrzebne są dwa trójkąty.

W wielu krajach niezbędna jest kamizelka, nie tylko dla kierowcy ale i dla pasażerów. Dodatkowym wymogiem na Słowacji jest to, że muszą one się znajdować w kabinie pasażerskiej, a nie jak to często bywa w bagażniku.

Nasi południowi sąsiedzi zresztą mają największe wymagania co do wyposażenia w samochodzie.
Najbardziej liberalna pod tym względem jest Dania.
Jest kilka „smaczków” jak kliny pod koła, dodatkowe okulary korekcyjne, lina holownicza czy zabezpieczenie antywłamaniowe o których warto pamiętać wjeżdżając do niektórych państw.

W tabeli zaznaczyliśmy jeszcze, w którym kraju opony zimowe są wymagane, a w których nie.


Wyjeżdżając w podróż upewnij się, czy obowiązujące przepisy danego kraju  nie zostały znowelizowane.

Co prawda zgodnie z Konwencją Wiedeńską przejeżdżając przez dany kraj obowiązuje nas wyposażenie auta z którego jesteśmy, wiec nie powinniśmy dostać mandatu np. za brak klinów pod koła w Estonii, ale nie wiem czy warto wchodzić w sprzeczki podczas wyjazdu na wakacje.

Szerokiej drogi i przede wszystkim
BEZPIECZNIE!

Kasia i staś.

6 zasad, którymi się kieruję by mieć na mały wypad za miasto.

Kocham hejt. Zarówno ten internetowy jak i taki z obrabiania czterech liter za plecami..taki prawie na żywo.

Mówię to zupełnie bez cienia ironii. Naprawdę go kocham.

Zawsze to poprawia mi humor…

Bo zazwyczaj dowiaduję się, że sr@m siankiem, mam złotą jabłonkę w swojej willi na Karaibach, czy klasycznie bogatych rodziców, którzy mnie rozpuścili.

Bo nikt uczciwie zarabiający nie może sobie pozwolić na wypad za miasto na weekend, raz czy dwa razy w miesiącu.

Zatem TAK, jestem cholernie nieuczciwy…

Bo wstaję około siódmej i robię krótki trening żeby się rozbudzić. Śniadanie chociaż szybkie, to staram się zjeść z Kasią bo jeden posiłek musimy jeść razem… (taki rytuał dziwnych ludzi). Potem kawa w samochodzie i do 14 spawam albo kładę papę na dachu, albo cokolwiek innego co przynosi mi te nieuczciwe pieniądze. Potem jadę do klubu gdzie spędzam czas trenując innych ludzi, tak do 22 czasem ciut dłużej. Wracam, kładę się, wstaję. Robię. I wrzucam każdy oszczędzony grosik do skarbonki na podróże.

Nie piszę tego, żeby komuś zaimponować… mam wrażenie, że nikt nie będzie się ekscytował tym, że wbijam czasem gwoździe w dach albo fajnym ludziom spawam meble.

Nie piszę tego, żeby powiedzieć, że mi ciężko, bo ciężko to ma pielęgniarka na OIOM-ie.

Piszę to po to, bo czegokolwiek bym nie robił ja czy Ty, człowiek, który nie ma pojęcia o naszym życiu będzie i tak wiedział lepiej. A widzę, że wiele osób po tej pandemii zaczęło się jeszcze bardziej przejmować tym co mówią inni. A inni?! Oni już mają wyrobione zdanie zanim pomyślimy czy coś chcemy czy nie.

Proste.

Ale żeby ten wpis nie był czczym biadoleniem to daję Ci parę zasad, którymi się kieruję(kierujemy bardziej) … może pomogą i Tobie oszczędzić na mały trip i mieć w nosie co mówi świat.

Bo w podróży mało jest istotniejszych rzeczy niż przeżywanie chwili…

  1. Nie otaczam się rzeczami. – Wszystko z czego od dłuższego czasu nie korzystałem wystawiłem i sprzedałem w internecie. (trochę to czasem trwa, ale działa)
  2. Na zakupy chodzę z listą – kupuję to czego potrzebuję, tylko. Kropka.
  3. 3 razy tak – zanim coś kupię zastanawiam się trzy razy czy na bank tego potrzebuję.
  4. Jedzenie gotujemy w mieszkaniu – mało jemy na mieście. I to ma sporo plusów. Wiemy co jemy, doprawiamy jak chcemy. Nie bulimy miliona monet. (choć mamy nasze knajpki do których chodzimy na randki)
  5. Mało imprezujemy – to nie znaczy że jesteśmy smutnymi dziadami, po prostu nie uderzamy w melanż w miasto tylko zapraszamy znajomych do nas. To działa.
  6. Nie kupujemy butelkowanej wody – filtrujemy wodę z kranu.

Do tych zasad dodałbym jeszcze jedną, wypisujemy cele i marzenia i je realizujemy. Spełniamy marzenia jak najszybciej się da.

Bo życie to krótki trip, a 'jutro’ to wielka niewiadoma.

Jestem pewien, że znajdziesz jeszcze miliony sposobów jak zarobić albo jak oszczędzać by podróżować, zwiedzać, doświadczać i doznawać.

Do zobaczenia na szlaku,

Ja Staszek, ten Staszek.

Jesień w górach!! CO ZABRAĆ!

Nie od dziś wiadomo, że góry są miejscem o jednych z najbardziej majestatycznych i wyjątkowych widokach. A jak dodamy do tego jesienną aurę ze złotymi liśćmi i czerwonym zachodzącym słońcem to już w ogóle wyrywa nas z butów i czasem zapominamy o tym co istotne, ważne lub nawet obligatoryjne.

Oprócz wiadomego ekwipunku, jakim jest plecak, w który spakujemy wyjątkowe widoki i butów, które zaniosą nas na każdy szczyt, odnoszę wrażenie, że coraz częściej zapominamy o podstawach. Z sezonu na sezon z miesiąca na miesiąc wydaje mi się, że nasza pamięć jest jeszcze bardziej krótka. Wszystkich nas. Dlatego właśnie postanowiłem stworzyć listę tych rzeczy, o których zapominać się nie powinno lub po prostu nie można.

Możesz ją pobrać również tutaj:

Całość podzieliłem na trzy kategorie:

  • muszę mieć
  • powinienem mieć
  • dobrze mieć.

I w takiej piramidzie powinno się o tym pamiętać 🙂

Muszę mieć:

  • Kurtka przeciwdeszczowa – góry to potęga nie do okiełznania. Wychodzę jest mega cieplutko i przyjemnie, za parę chwil potężny deszcz niszczy plany na szczyt. Dlatego kurtka… jak jestem zmęczony na zejściu i mam wybierając czy mam być przemoczony czy nie to wolę całą energię spożytkować na bezpieczne zejście niż na ogrzanie organizmu w przemoczonych ciuchach.
  • Czołówka (latarka) – osobiście jestem za czołówką, niż latarką. Proste wyjaśnienie… idąc po śliskiej ścieżce nie raz zaryłem tyłkiem o ziemie, a człowiek zawsze asekuruje się rękami… i babach latarka przestaje działać, a i my mamy nadgarstek jakoś dziwnie wygięty… druga kwestia to kijki, nie da się trzymać latarki i kijków naraz i żeby to bezpieczne było.
  • Mapa – nawet najlepszy telefon może stracić zasięg i cały misterny plan z najlepszymi aplikacjami bierze w łeb.
  • Powerbank – bo nawet najlepszy telefon może się rozładować, a zawsze warto mieć kontakt ze światem choćby w sytuacji kryzysowej, połączenie alarmowe zazwyczaj wykonać się da.
  • Koc termiczny – raz mi się zdarzyło, że będąc w górach nawet kurtka nie dała rady i przemokłem do suchej nitki. Przy dużym wietrze można się bardzo szybko wychłodzić co jest niesamowicie niebezpieczne. A koc jest lekki, mały i ratujący w takich sytuacjach.
  • Kamizelka odblaskowa – to jest hicior i jest w mojej czołówce tematów do zabrania… często wracam do samochodu drogą bo innego przejścia nie ma, albo po prostu nie starcza czasu na zrobienie dobrej pętelki. Te kilka odblaskowych pasków naprawdę widać i nie raz mi uratowało tyłek jak wracałem ze szlaku. I stresu mniej.
  • Woda/jedzenie – i nie chodzi tu o chipsy i cole, ale o tym napiszę oddzielny artykuł.

Powinienem mieć:

  • Stuptuty – szczególnie przy wejściu i zejściu na błotnistych szlakach albo w deszczu, albo nad ranem… cel jeden – nie przemoczyć nogawek i butów. ( w zimie żeby dodatkowo śnieg nie sypał się do butów). Sprzęt zbawienny, poprawia komfort podróżowania i trzyma ciepło – plusik dla zmarzluchów.
  • Rękawiczki – zwykłe ogrodniczki podgumowane będą ok. Zazwyczaj takie warto wziąć w góry bo ich nie szkoda to jedno, a po drugie świetnie trzymają się konarów, kamieni czy łańcuchów przy wejściu czy zejściu.
  • Raczki – zmienność pogody jest nieodzowna w górach dlatego jeśli nie mam ze sobą raków na wyższe partie gór to zabieram małe raczki, które znacznie poprawiają przyczepność do podłoża.
  • Plastry – zawsze mam plastry, bo nawet idealnie schodzone buty mogą czasem nie podejść i cała frajda z wypadu idzie w niepamięć gdy muszę schodzić jakbym szedł po rozżarzonych węglach.
  • Kijki – choć nie jest to sprzęt obowiązkowy ja nie wyobrażam sobie już chodzenia bez kijków. Poprawiają stabilizację i dają kontrolę zarówno na wejściach jak i na zejściach. Nie mówiąc o tym, że odciążają zmęczone kolana.

Dobrze mieć:

  • Mała mata. – 40 x 40 cm będzie ok. jak już wdrapuję się na szczyt to jestem urzeczony miejscem, kładę plecak wyjmuję termos i kanapkę i siadam tyłkiem na kamieniu. Tyłkiem na mokrym kamieniu. Gacie mokre i jakoś tak ogólnie komfort mi się zmniejsza… a jak mam matę, to jakoś tak przyjemniej.
  • Lornetka – po prostu lubię patrzeć na to co daleko. Może i Ty chcesz 🙂

To lista najbardziej podstawowych rzeczy, które zawsze zabieram ze sobą. Stworzyłem ją, żeby zawsze o tym pamiętać. Mam nadzieję, że posłuży i Tobie.

Jeśli chcesz coś dorzucić… śmiało 🙂

Do zobaczenia na szlaku!

Ja staś.