Co zabrać na wakacje w ciepłe kraje?

(Lista do pobrania na dole artykułu)

Wakacje to czas beztroski, relaksu i szeroko pojętego odpoczynku, czy to aktywnego, czy biernego…
Ale, ale… kto się pakował w walizkę na wyjazd, a potem w drogę powrotną, ten się w cyrku nie śmieje.

Nic tak nie psuje idealnego wyjazdu, który planowaliśmy miesiącami jak:

  • Zapomniana rzecz, która jest nam niezbędna
  • Nadmiar rzeczy, przez które w drodze powrotnej nasza walizka bardziej przypomina tira z arbuzami niż bagaż.

Jeszcze o ile mamy wykupiony All Inclusive to nie musimy się martwić o ciężar bagażu, bo transfer lotniskowy załatwi sprawę, to o tyle wyjazd organizowany samodzielnie lub bez zapewnionego transferu może doprowadzić nas do rwania włosów z głowy już na początku wyprawy.

Uprzedzając fakty:

transport publiczny – ciężko operuje się wielką walizką w zatłoczonym miejskim autobusie, metrze bądź pociągu.

taxi – jeśli jedziemy w 2 osoby to większy bagaż się zmieści, ale duże bagaże np. na 4 osobową rodzinę nie zawsze wejdą do przestrzeni bagażowej. Ot i klops.

Ale do rzeczy.

Poniżej znajduje się lista rzeczy do pobrania.
Dzięki niej łatwiej będzie Ci się spakować, bo wystarczy odznaczyć, co jest, a czego jeszcze brakuje.

Podzieliliśmy listę na najważniejsze, dobrze mieć, można mieć.

Mamy nadzieję, że dzięki tej liście wrócisz faktycznie z naładowanymi bateriami.

Pamiętajcie!!
Jeśli nie jedziecie w dzicz to tam też są sklepy i wszystko można ewentualnie dokupić.
Pralki też są w hotelach, nie trzeba zabierać całej szafy ; )

Zamojskie ZOO – miejsce pełne atrakcji.

Spędzając wakacje na Roztoczu lub przyjeżdżając do Zamościa choćby na jeden dzień, warto wybrać się do miejsca, w którym spokojnie spędzimy parę godzin ucząc się o zwierzętach z różnych zakątków świata.

Nasz niedzielny poranek rozpoczęliśmy od zwiedzania ZOO w Zamościu. Celowo piszę o niedzielnym poranku, ponieważ najwięcej osób zwiedza takie miejsca w weekendy i chcieliśmy na własnej skórze się przekonać o tłumach napierających na kasy biletowe w pierwszy weekend wakacji.
I tu przyjemne zaskoczenie, bo przyjechaliśmy ok 10:30, a na parkingu było kilkanaście samochodów.

Kupiliśmy bilety (normalny: 40 zł ulgowy: 30 zł) i rozpoczęliśmy naszą przygodę.
Pełen cennik poniżej:

Ogród Zoologiczny to całkiem spory obszar zajmujący 13,8 ha, gdzie mieszka ponad 2500 zwierząt z różnych zakątków świata. Ogród im. Stefana Milera jest jedynym takim ogrodem na Lubelszczyźnie i jednym z nielicznych na wschodzie Polski. Cieszy się ogromną popularnością, którą widać było jak już kierowaliśmy się ku wyjściu… ale po kolei : )

Przy kasie biletowej otrzymaliśmy mapkę ZOO ( dodatkowa duża znajduje się tuż przy wejściu), która zdecydowanie ułatwia zwiedzanie. Dodatkowo znaki przy ścieżkach pokazują, gdzie znajdują się konkretne zwierzęta. Jedynym minusem jest to, że nie ma oznaczonego kierunku zwiedzania. Choć jak później pomyślałem ma to też swoje plusy, bo po przejściu przez kasę każdy idzie w swoją stronę, co nie powoduje ogromnych kolejek przy początkowych wybiegach dla zwierząt. : )

Przechadzając się po ZOO, zmęczeni zwiedzaniem, czasem siadaliśmy na ławeczce i podziwialiśmy różne gatunki zwierząt. Zmęczyć się można, bo spędziliśmy tam 2,5 h, a podejrzewam, że moglibyśmy jeszcze tam posiedzieć. Dodatkowo dla najmłodszych są przygotowane place zabaw, gdzie mogą dać upust roznoszącej je energii. : )

Do dyspozycji zwiedzających są jeszcze knajpki, gdzie można kupić lody, napoje i skromny fastfood. Dla osób ceniących sobie swoje jedzenie lub coś zdrowszego jest też miejsce ze stołami gdzie można usiąść i zjeść własny posiłek. My wybraliśmy właśnie tę drugą opcję. Pod daszkiem, w cieniu. Przyjemnie.

Bardzo miłym akcentem jest wyjście naprzeciw rodzicom małych szkrabów, które trzeba przewinąć w najmniej oczekiwanym momencie, albo choćby nakarmić w zaciszu. W tym celu jest postawionych kilka domków „przyjaznych maluchom”, gdzie znajduje się kanapa, przewijak i kran. Super opcja!

Zamojskie ZOO jak i cały region Roztocza rozwija się w szybkim tempie i to widać. Jest to świetne miejsce dla dzieciaków, które oprócz poznawania nowych, nieznanych dotąd im gatunków mogą zbierać pieczątki ze swojej wyprawy. Nieco starsi z pewnością usystematyzują sobie wiedzę na temat bardziej czy mniej zagrożonych gatunków. 🙂

Z całą pewnością jest to miejsce, gdzie warto przyjechać i spędzić około 2-3 godziny ucząc się przy tym i dobrze bawiąc.

Acha i pamiętajcie….

Do zobaczenia na szlaku,
Kasia i staś.

Rzym Ciampino – jak z lotniska do centrum??

Rzym nie od wczoraj jest idealnym miejscem na dłuższe wakacje czy weekendowy wypad za miasto. Z lotniska do centrum dostać się jest całkiem łatwo, choć warto pamiętać o kilku tematach.

Choć opcji jest wiele, bo na przykład:
– mamy w opcji hotelu transfer lotniskowy,
– albo jedziemy na grubo taxi pod same drzwi – na bogato! ( lekką ręką ponad 50 €)
to wydaje mi się, że szybka i tania wersja przejażdżki autobusem, a potem metrem przypadnie do gustu wielu osobom 🙂


Celowo napisałem, że jest to szybka opcja ponieważ w godzinach szczytu, metro pod ziemią jedzie, a samochody jeśli już to poruszają się gęsiego w ślimaczym tempie. : )

Po wyjściu z samolotu i zabraniu swoich bagaży kierujemy się w stronę głównego wyjścia, gdzie po prawej stronie zobaczymy taki oto widok.

Tu właśnie kupujemy bilet na autobus ( 520 lub 720) i metro w jednym.
520 + metro linii A
720 + metro linii B

Koszt biletu to 1,5 €/ w jedną stronę.
(my nauczeni doświadczeniem kupiliśmy od razu bilety powrotne… żeby potem nie szukać) – to po stokroć polecamy : )

Po wyjściu z biletami w ręce przechodzimy pod wiatę przystankową.
Autobusy jeżdżą co parę minut więc nie będzie większego problemu żeby

Wsiadamy do 520(w przypadku gdy chcemy jechać linią metra A), kasujemy i zachowujemy bilet (on upoważnia do przejazdu również metrem!, no i do kontroli : ) Czasem kasowniki płatają figle i nie chcą skasować jakiegoś biletu, dlatego też dobrze mieć ten dodatkowy.

Po ok 15 -20 minutach (w zależności od ruchu ulicznego) jazdy wysiadamy na przystanku przy metrze na stacji CINECITTA. Po wejściu kierujemy się na dół i czekając na metro powoli zaczynamy wchodzić w ten włoski klimat.
Wsiadamy i odszukujemy naszą stacje.

Potem już tylko krótka podróż (ok 20-30 min) i już możemy kąpać się w rzymskich uliczkach i zaułkach.

Wiesz co zwiedzić w Rzymie? – zobacz tutaj.


Buźka,
Kasia i staś.

Łeba rowerem na Wydmy

Mimo że my wybraliśmy się tym szlakiem rowerami to mam nadzieję, że ten krótki wpis przyda się wszystkim tym, którzy chcą się dostać na „Polską Saharę”.

Wypad rowerowy na wydmy rozpoczęliśmy z centrum miasta, a dokładnie z parkingu przy ulicy Powstańców Warszawy (Przy Ośrodku Zdrowia). Informacja jest o tyle istotna, iż większość miasta jest w strefie płatnego parkowania (Poniedziałek – Piątek 8-20). Od tego parkingu strefa się kończy i swobodnie można zaparkować ; )

Jadąc ulicą wzdłuż Powstańców Warszawy skręciliśmy w lewo w ulicę 11 listopada, a następnie zjeżdżając z ronda wjechaliśmy na ulicę H. Sienkiewicza.
Zaraz za mostkiem na ul H.Sienkiewicza, po lewej stronie drogi zaczyna się ścieżka rowerowa, którą dotarliśmy bezpiecznie do kolejnego ronda gdzie skręciliśmy w lewo w „szlak czerwony”. Tu jeszcze przyjemniej, bo jeszcze bliżej natury dojechaliśmy ścieżką do budki, w której kupiliśmy bilety (ceny poniżej).
W tym miejscu trasy mielśmy już przebyte 2,9 km.
Tutaj w okolicy również znajduje się parking, zatem jeśli ktoś chce skrócić wyprawę o ten dystans to jest ku temu okazja (ciężko powiedzieć jak sytuacja parkingowa przedstawia się w szczycie sezonu- my byliśmy na początku czerwca.)

Budka znajduje się po prawej stronie tuż przed betonowymi słupami stojącymi na drodze.

CENNIK:
Bilet normalny 8 zł
Bilet ulgowy 4 zł

Potem nasza trasa to już czysta bajka. Czekało nas 5 km przygody. Szlak rozdziela się na trakt pieszy i dla meleksów (po tym trakcie również jeżdżą rowery).

Na zmęczonych wędrowców czekały wiaty do odpoczynku, ławeczki na tarasach widokowych i chcące się bardzo zaprzyjaźnić KOMARY! Dobrze jest zabrać jakiś środek na te małe potworki, bo jeśli planujecie postój na jedzenie to pamiętajcie, że one też już będą czekały.

Po dotarciu na miejsce mogliśmy zostawić rowery na strzeżonym parkingu po prawej stronie (10 zł/rower) albo przypiąć za darmo do stojaków po lewej stronie. I tu istotne. Czy podróżujemy z rowerami czy z wózkiem dziecięcym warto mieć zapięcie, żeby przypiąć swój jeżdżący sprzęt. Druga kwestia to plecak, żeby wody, kanapek czy aparatu podczas spaceru nie nieść w ręce. Dobrą opcją jest zabranie małego ręcznika, żeby wytrzeć stopy z piasku po skończonej przygodzie.

Po pozostawieniu rowerów powoli rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę w bezkres piasku, co sprawiło nie lada frajdę, ale i lekką zadyszkę : )
Z wydm jest również wyjście na plażę, gdzie przy zachodzącym słońcu można fajnie spędzić czas licząc choćby kamienie : )
My na miejscu spędziliśmy ok. 2 godzin. (Zejście na plaże, wejście na wydmy i masę zdjęć)

Poniżej wrzucamy parę zdjęć i faktów dlaczego tak bardzo warto zwiedzić to miejsce.

Fakty : )

Wydmy położone są na terenie Słowińskiego Parku Narodowego.
Największa wydma zajmuje powierzchnię ok. 500 ha
Najwyższa wydma ma 42 m (Łącka Góra).
Wydmy wędrują z prędkością kilku metrów rocznie.
Przy wędrówce „pochłaniają” one napotkane drzewa, które obumierają. Kompleks tak nazywany jest martwym lasem.

Kasia i staś. : )

Preclem na Północ….. Włoch..

Największą zaletą podróżowania kamperem jest swoboda wyboru, możliwość zachowania pełnej elastyczności i brak konieczności anulowania rezerwacji miejscówek na nocleg. Te i inne plusy zaważyły też podczas tej wyprawy.

Pierwotny zamysł całej wyprawy obejmował Jutlandie, czyli spory kawałek Danii. Niestety szeroko zakrojone plany wyjazdowe stworzone przez Kasie legły w gruzach, gdy z Morza Północnego w stronę Danii (następnie Polski) przyszedł całkiem zimny front. I z ciepłej majówki zrobiła się zimna majówka, bardzo zimna. Do ostatniej chwili liczyłem, że jednak coś pójdzie inaczej i jednak zawitamy na przedproże Skandynawii, ale ostatecznie zrobilismy zwrot na pięcie i pojechaliśmy do jakże cudownych Włoch.

I tu zaczyna się ta opowieść….

Przejdź do filmu : )

Jak wejść w ustawienia chińskiego Webasto?

Duża część osób jako ogrzewanie postojowe do swojego auta, kampera, przyczepy czy czegokolwiek ktoś zapragnie wybiera chiński zamiennik zamiast oryginalnego ogrzewania. Z nami było tak samo…. szybki dostęp do produktu, części zamienne (rurki, pompki, tłumiki) dostępne od ręki i …. no właśnie nie oszukujmy się… powinienem zacząć od CENY! Tak, to cena nas przekonała. Stwierdziłem, że jeśli padnie to jeszcze w tej cenie co oryginał kupię dwa w najgorszym przypadku jedno nowe, również chińskie.

No ale przecież nie o tym.

Chwilę spędziłem zanim doszedłem do opcji serwisowych, które można pozmieniać na wyświetlaczu, ale…

Widok na wyświetlaczu pokazuje stan akumulatora (tutaj nie ma znaczenia co pokazuje wyświetlacz, temperaturę otoczenia/temperaturę zadaną/ stan akumulatora/stan o błędach)

Kroki do reprodukcji:

  1. Naciskamy okrągły przycisk oznaczony koła zębatego (lewy, górny róg panelu sterującego)
  2. Wyżej wymieniony przycisk przyciskamy kilkukrotnie do momentu pojawienia się na wyświetlaczu symbolu zamkniętej kłódki, oraz czterech poziomych, mrugających kresek. (zdjęcie poniżej)

3. Tutaj należy wpisać kod 1688. Wykonujemy to w następujący sposób.
4. Strzałkami znajdującymi się po prawej stronie panelu ustawiamy pierwszą wartość. (tj. 1)
5. Naciskamy przycisk OK (w prawym, dolnym rogu panelu)
6. Pierwsza kreska przestała mrugać. Została zatwierdzona.
7. Zostajemy przeniesieni do drugiego rzędu gdzie musimy wpisać kolejną cyfrę kodu.
8. W ten sam sposób postępujemy z dwiema pozostałymi cyframi hasła.
UWAGA! na wpisanie cyfry i zatwierdzenie jest kilka sekund, wiec nie ma co się przejmować jeśli po dłuższej chwili bezczynności ekran przeniesie nas do punktu wyjścia.

W opcjach możemy ustawić pracę pompki i wentylatorów (maksymalny i minimalny zakres). Są też opcje czy zasilanie jest na 12V czy na 24V.

NAJWAŻNIEJSZE!!! – jeśli nie masz pewności co do „krzaczków” typu Hz, V itp. wyświetlanych na wyświetlaczu najlepiej skonsultuj się z profesjonalnym zakładem.
Wpis ten jedynie przedstawia możliwość wejścia w opcje urządzenia i nie zachęca do samodzielnego ingerowania w opcje urządzenia bez specjalistycznej wiedzy. 🙂

Palermo… jeden dzień w stolicy Sycylii

Właściwie powinienem napisać, że było to kilka szybkich godzin, podczas których zerknęliśmy zaledwie na mały kawałek tego wspaniałego miasta. Mam jednak nadzieję, że film który obejrzycie rozpali w Was chęć odwiedzenia tego miasta. Nas to miasto rozpaliło i na pewno nie raz je odwiedzimy. 🙂

Kliknij na obrazek, przeniesie Cię do filmu 🙂

A tutaj znajdziesz informacje gdzie byliśmy, za ile kupiliśmy bilety i o czym warto pamiętać.

Bilety Terrasini – Palermo (2×4,9euro) – tutaj istotnym jest to, że biletu nie da się kupić u kierowcy, jedynie przez Internet.(link) Przystanek w Terrasini też nie jest oczywisty (na bilecie na szczęście jest konkretna lokalizacja).
Palermo – lotnisko (2×5,9 euro) – warto kupić bilet wcześniej, ze względu na kolejki przy kasach my zrobiliśmy to na dworcu idąc do ogrodu botanicznego. Bilet jest ważny w danym dniu – nie na konkretną godzinę. czas podróży na lotnisko to ok. 40-50 min.

Będąc w Palermo

Wiele wspaniałych miejsc jest koło siebie i my właśnie głównie na tych miejscach się skupiliśmy.
– Piazza Pretoria (plac Pretoriański, „plac Wstydu”)
– Piazza Quattro Canti (Plac Cztery Rogi)
– Kościół św. Józefa Teatynów – koszt: 2×3,5euro. Trzeba pamiętać, że Włosi od 13:30 do ok 16 nie pracują wiec i kościoły są wtedy zamknięte. Bilet obejmuje sam kościół jak i wejście do krypt.
– Kościół św. Katarzyny – koszt: 2x5euro – dach z widokiem na panoramę miasta; 2x10euro – dach + kościół.
– Ogród Botaniczny Palermo – 2x7euro. Tu warto ze sobą wziąć coś do jedzenia. Ogród jest ogromny i można w nim spokojnie spędzić ponad 2 godziny.

Istotne:
– siesta – jest to krótka drzemka w godzinach wczesno popołudniowych. … teraz jest to po prostu wolne (w tym czasie nie zrobimy zakupów, a w knajpie zazwyczaj napijemy się tylko kawy, piwa albo wina)[o ile w ogóle]
– coperto – jak już siądziemy we włoskiej knajpie to przygotujmy się na 'coperto’ czyli potocznie nakrycie stołu, które kosztuje od 1-4 euro. (dlatego Włosi często piją kawę na stojąco przy barze lub pizze biorą na wynos)
– servizio – to jest coś w stylu naszego napiwku, który czasem jest naliczany z automatu.

To jest tylko wierzchołek góry lodowej o tym cudownym kraju jakim są Włochy. Każdy fragment tego państwa jest inny, ale to opiszę innym razem 🙂

Jak się spakować na wakacje w mały plecak?!

Wyjazdy, wycieczki i szeroko pojęty odpoczynek kojarzy nam się z pełnym relaksem, w którym nie martwimy się zupełnie o nic.
I tak powinno być!

Prawda jest jednak taka, że większość z nas zadręcza się co wziąć, czego nie zapomnieć i jak się spakować, żeby nie targać potem na plecach czy w walizce tony niepotrzebnych rzeczy.

My jakiś czas temu byliśmy w Neapolu na krótkim urlopie na 6 dni. Spakowaliśmy się wtedy w małe plecaki (bagaż podręczny)!!!

Chcesz wiedzieć jak?! Obejrzyj ten film….

6 zasad, którymi się kieruję by mieć na mały wypad za miasto.

Kocham hejt. Zarówno ten internetowy jak i taki z obrabiania czterech liter za plecami..taki prawie na żywo.

Mówię to zupełnie bez cienia ironii. Naprawdę go kocham.

Zawsze to poprawia mi humor…

Bo zazwyczaj dowiaduję się, że sr@m siankiem, mam złotą jabłonkę w swojej willi na Karaibach, czy klasycznie bogatych rodziców, którzy mnie rozpuścili.

Bo nikt uczciwie zarabiający nie może sobie pozwolić na wypad za miasto na weekend, raz czy dwa razy w miesiącu.

Zatem TAK, jestem cholernie nieuczciwy…

Bo wstaję około siódmej i robię krótki trening żeby się rozbudzić. Śniadanie chociaż szybkie, to staram się zjeść z Kasią bo jeden posiłek musimy jeść razem… (taki rytuał dziwnych ludzi). Potem kawa w samochodzie i do 14 spawam albo kładę papę na dachu, albo cokolwiek innego co przynosi mi te nieuczciwe pieniądze. Potem jadę do klubu gdzie spędzam czas trenując innych ludzi, tak do 22 czasem ciut dłużej. Wracam, kładę się, wstaję. Robię. I wrzucam każdy oszczędzony grosik do skarbonki na podróże.

Nie piszę tego, żeby komuś zaimponować… mam wrażenie, że nikt nie będzie się ekscytował tym, że wbijam czasem gwoździe w dach albo fajnym ludziom spawam meble.

Nie piszę tego, żeby powiedzieć, że mi ciężko, bo ciężko to ma pielęgniarka na OIOM-ie.

Piszę to po to, bo czegokolwiek bym nie robił ja czy Ty, człowiek, który nie ma pojęcia o naszym życiu będzie i tak wiedział lepiej. A widzę, że wiele osób po tej pandemii zaczęło się jeszcze bardziej przejmować tym co mówią inni. A inni?! Oni już mają wyrobione zdanie zanim pomyślimy czy coś chcemy czy nie.

Proste.

Ale żeby ten wpis nie był czczym biadoleniem to daję Ci parę zasad, którymi się kieruję(kierujemy bardziej) … może pomogą i Tobie oszczędzić na mały trip i mieć w nosie co mówi świat.

Bo w podróży mało jest istotniejszych rzeczy niż przeżywanie chwili…

  1. Nie otaczam się rzeczami. – Wszystko z czego od dłuższego czasu nie korzystałem wystawiłem i sprzedałem w internecie. (trochę to czasem trwa, ale działa)
  2. Na zakupy chodzę z listą – kupuję to czego potrzebuję, tylko. Kropka.
  3. 3 razy tak – zanim coś kupię zastanawiam się trzy razy czy na bank tego potrzebuję.
  4. Jedzenie gotujemy w mieszkaniu – mało jemy na mieście. I to ma sporo plusów. Wiemy co jemy, doprawiamy jak chcemy. Nie bulimy miliona monet. (choć mamy nasze knajpki do których chodzimy na randki)
  5. Mało imprezujemy – to nie znaczy że jesteśmy smutnymi dziadami, po prostu nie uderzamy w melanż w miasto tylko zapraszamy znajomych do nas. To działa.
  6. Nie kupujemy butelkowanej wody – filtrujemy wodę z kranu.

Do tych zasad dodałbym jeszcze jedną, wypisujemy cele i marzenia i je realizujemy. Spełniamy marzenia jak najszybciej się da.

Bo życie to krótki trip, a 'jutro’ to wielka niewiadoma.

Jestem pewien, że znajdziesz jeszcze miliony sposobów jak zarobić albo jak oszczędzać by podróżować, zwiedzać, doświadczać i doznawać.

Do zobaczenia na szlaku,

Ja Staszek, ten Staszek.

Wielka Pętla Bieszczadzka rowerem.

Ilość osób: 2

Ilość dni :1

Czas przejazdu brutto:8h

Długość trasy: 143 km

Kierunek: Lesko – Ustrzyki Dolne – Ustrzyki Górne – Cisna – Lesko

Koszty:

Jedzenie i napoje ok 45 zł /2 = 22,5 zł/os.

Transport: to jest kwestia indywidualna. My wybraliśmy samochód – mojego busa w którym mogliśmy się przespać po trasie i nie było konieczności wcześniejszych rezerwacji więc i u nam odpadło trochę kosztów.

Na pytanie jak można zjeść za 22,5 zł jeśli wydatkowanie mieliśmy na poziomie ponad 3000kCal odpowiadam – jedzenie kupiliśmy wcześniej i gotowaliśmy po przebytej drodze, na trasie dokupiliśmy wodę i jakieś batoniki.

Makarony, sosy, jajka i kiełbaski wliczamy nadal do kwoty całkowitej.

Naszą przygodę rozpoczęliśmy we trójkę wcześnie rano we wtorek. Z Lublina wyjechaliśmy ok 4 co pozwoliło nam być w Rzeszowie ok 7:15. Tam pozostawiliśmy Kasię i we dwóch z Bartkiem ruszyliśmy w stronę Leska. Jadąc jeszcze samochodem przez malowniczy krajobraz dogadywaliśmy resztę szczegółów naszej małej przygody. Kilka dni przed wyjazdem dobrze ogarnęliśmy mapy więc wiedzieliśmy jak chcemy jechać. To znaczy jak zaczniemy pętlę czy w stronę Cisnej czy w stronę Ustrzyk.

Na parking w Lesku dotarliśmy chwilę przed 10 co nie było najlepszym czasem, biorąc pod uwagę, że mamy jeszcze zjeść drugie śniadanie przed jechaniem. I dlatego właśnie wybraliśmy wcześniej że zaczniemy w kierunku Ustrzyk. Własnie ten odcinek to jazda krajówką, dużo większy ruch. Woleliśmy go zrobić na początku, gdzie nie było zmęczęnia, a po drugie dlatego by nie jechać po zmroku jakby coś nas zatrzymało na trasie.

BEZPIECZEŃSTWO NA PIERWSZYM MIEJSCU!!!

O 10:45 ruszyliśmy i jechanie we wrześniowy wtorek okazało się strzałem w dziesiątkę. Ruch mały, przyjemny. Trasa często uczęszczana przez rowerzystów więc samochody mijały nas szerokim łukiem. Krajową 84-kę do Ustrzyk postanowiliśmy potraktować jak dobrą rozgrzewkę, jadąc spokojnym lecz równym tempem między 24-29 km/h. Jedynie sam początek trasy z parkingu wymagał większego wysiłku bo od startu z zastanej nogi mieliśmy podjazd. Potem szło gładko.

Zjeżdżając w 896 w stronę Ustrzyk Górnych znacznie zwolniliśmy, nie było to spowodowane w żaden sposób zmęczeniem, a chęcią doświadczania tego co koło nas. Faktem jest, że pogodę trafiliśmy śliczną! Lekki powiew wiatru i ciepłe słoneczne 22’C dodawały klimatu całej wyprawie.

Jestem z tych co mając zadanie chcą je wykonać jak najszybciej, dlatego przez tydzień wmawiałem sobie, że mam jechać leniwe koło. I katowałem o to Bartka, żeby mnie hamował.

Chyba nie było takiej potrzeby. Każdy następny zakręt, podjazd i zjazd dawał nieocenioną frajdę.

Dojeżdżając do Ustrzyk Górnych miałem najszczerszą ochotę powiedzieć Bartkowi „Chrzanić tę pętlę, skręćmy i zobaczmy co jest na tej polnej drodze”, ale trzymałem się planu.

Ustrzyki Górne są mniej więcej połową przygody i od nich do Cisnej zaczynają się podjazdy. Jest kilka serpentynek i cudowne zjazdy, które z prędkością i widokiem na góry zabierają dech w piersiach.

Widoki Cudowne.

Trochę się bałem tych podjazdów, ale wolne miarowe koło w swoim rytmie szło do przodu. I to było piękne. Ani razu nie zastanawiałem się czy odpocząć na podjeździe bo szło gładko. Jedynie dwa czy trzy razy stanąłem na korbę obciążając bardziej łańcuch. Bartek tak samo.

Dobrze mi się jeździ z Bartkiem, bo każdy kreci swoją kadencję. Każdy z nas wie, że jakby kręcił z kadencją drugiego to by się zmęczył spuchł i cały pomysł na fajny wyjazd padłby. Bo byśmy się męczyli. A tak to luźno, koło za kołem w lekkim dystansie. Idealnie.

Choć było dużo czasu, żeby myśleć staraliśmy się w ogóle tego nie robić… Nie ma sensu rozmyślać nad światem gdy jest się w tak niesamowitych okolicznościach natury.

Najbardziej dłużył mi się etap ostatnich paru kilometrów przed Cisną. Nie był wymagający, a ja nie byłem zmęczony. Choć często jestem w Bieszczadach to zawsze mi się wydaje, że odcinek od ostatniego skrzyżowania dróg do Cisnej to tylko jeden zakręt i już się jest… zawsze mnie to rozczarowuje. Czy jadę samochodem, czy rowerem czy idę ze szlaku na piechotę. Zawsze.

Dojeżdżając do Cisnej zrobiliśmy mały postój. W lokalnym sklepie uzupełniliśmy wodę i kupiliśmy po batonie. Baton był dla mnie nagrodą za „ten jeden zakręt”.

Czekało nas ostatnie mocniejsze wzniesienie, a potem to już na luźnej nodze wykręcenie niecałych 40 km.

I fakt ten podjazd nas zmęczył. Nie był turbo wymagający, nie był nader stromy… ale przynajmniej ja o nim zapomniałem podczas planowania trasy i mega mnie zaskoczył.

Ale, ale pętla ma to do siebie, że suma podjazdów musi się równać sumie zjazdów, więc zaparliśmy się i cisnęliśmy z Cisnej w stronę Leska.

Faktycznie za wzniesieniem było już przyjemnie i z górki.

Do busa dojechaliśmy o 17:45. Równiutko w 8 godzin.

Dobry czas jako, że jechaliśmy na luzie.

Każdemu kto chce zrobić ten szlak po raz pierwszy polecamy właśnie ten kierunek..z Leska w stronę Ustrzyk.

Na nocleg zatrzymaliśmy się w Lutowiskach na parkingu gdzie pięknie widać gwiazdy. Bo noc też była idealna.

Omówiliśmy pokrótce szczegóły kolejnej wyprawy i położyliśmy się spać. Obudziliśmy się na wschód a potem przez cały dzień jeździliśmy samochodem po zakamarkach bieszczackich miejscowości.

Polecamy

ja, staś
no i oczywiście mój kompan przygody Bartek.

P.S. Dzięki stary za ten trip.