Włoska droga… Terme di Saturnia


(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Nie od wczoraj wiadomo, że Włochy skradły serca milionów turystów z całego świata. Stoi za tym pyszne jedzenie, cudowne krajobrazy, znakomite wina, jak i swoisty temperament połączony z całkowitym luzem do świata, przepisów i wszystkiego, co wokół Włochów się kręci. I otwartość, otwartość dla innych i na to co dobre. Pozwólcie, że zabierzemy Was na Termy w Saturnii.
W drogę!

Termy w Saturnii to bezapelacyjnie jeden z największych toskańskich skarbów i ominięcie go podczas naszej podróży można by uznać, lekką ręką, za niewybaczalne uchybienie. Wody bogate w siarkę nie dość, że w chłodny poranek przyjemnie rozgrzewają ciało mając stałe 37,5`C, to jeszcze działają kojąco na skórę.
Termy (Cascate del Mulino) są czynne przez 24 godziny na dobę, więc można podziwiać zarówno wschód i zachód słońca.
No i są całkowicie za darmo. A nie od dziś wiadomo, że „za darmo” to uczciwa cena za korzystanie z tego, co dała natura.

Geneza powstania

I tutaj są dwie teorie. Jedna dla tych, co wierzą we wróżki zębuszki, druga raczej dla entuzjastycznych geologów, wyznawców jakiś tam wulkanów i innych takich.
Teoria (legenda) numer jeden mówi o tym, że bogowie Jowisz i Saturn mieli jakieś niedomówione sprawy i wyszła z tego lekka sprzeczka, w której Jowisz cisnął Saturna swoim piorunem, ten się uchylił i w miejscu uderzenia pioruna wytrysnęła cieplutka, siarkowa woda. Logiczne.

Druga teoria (mniej prawdopodobna :)) mówi o tym, że wody deszczowe wpływają w szczeliny skalne wygasłego wulkanu Monte Amiata, gdzie są podgrzewane i nasycane związkami mineralnymi. Następnie transportowane są 30 kilometrów, gdzie najpierw wytryskują w basenie obecnego niedaleko luksusowego hotelu. Następnie po pokonaniu około jednego kilometra spiętrzają się przy starym młynie tworząc niesamowite kaskady.

Decyzje, która teoria bardziej Was przekonuje pozostawiam Wam  : )

Logistyka

W odległości kilkuset metrów od Term znajduje się parking, na którym można zaparkować samochód osobowy lub małego vana (maksymalna wysokość to 2,2m). Obecnie godzina postoju kosztuje 2 euro. Z własnego doświadczenia wiemy, że na termach udało nam się spędzić maksymalnie 2 godziny. Dla większych pojazdów (w tym kamperów) jest drugi parking, na którym można się zatrzymać na noc, wykąpać, zrobić pranie i podłączyć się do prądu. Parking ma miejsca na 400 samochodów. My we wrześniu mieliśmy pełne pole do popisu w parkowaniu, choć słyszeliśmy, że w sezonie jest dość tłoczno. Koszt takiego parkingu to maksymalnie 16 euro/ 24h + 0,5 euro za prysznic + 3 euro za prąd. Można skorzystać również jedynie z opcji noclegowej (od 20:00 do 8:00) – 12 euro. Z parkingu jest bardzo przyjemna ścieżka, którą można dostać się pod same termy.

Na termach

Nie obowiązują czepki, ani jakieś specjalne ubranie.
Warto pamiętać o zdjęciu biżuterii. O ile obrączki nie ucierpiały to jakieś bransoletki, wisiorki i inne takie matowieją.
Bardzo dobrym rozwiązaniem są buty do chodzenia w wodzie, bo kamienie mogą pokaleczyć gołe stopy, a klapki mogą zostać porwane przez pędzącą wodę (800 litrów/sekundę).
Warto mieć ze sobą ubranie na przebranie i to takie, z którego niekoniecznie chcemy później korzystać – dość mocny zapach siarki osadza się na ubraniu.
Istnieje możliwość zostawienia cennych przedmiotów w szafkach depozytowych – koszt 5 euro + 5 euro kaucji (działają w godzinach otwarcia baru przy termach 8:00-22:00).
Toalety są bezpłatne.
Natryski są dodatkowo płatne (działają w godzinach otwarcia baru przy termach)

Podsumowanie

Termy na otwartej przestrzeni, na których podziwialiśmy zachód, a następnego poranka wschód słońca, są z całą pewnością przeżyciem nie do opisania. My mieliśmy ten luksus, że będąc poza sezonem było naprawdę mało ludzi i mogliśmy hasać po kaskadach bez końca układając się w każdej możliwej niecce z siarkową wodą. Rodzice z dziećmi z całą pewnością również będą się dobrze bawić, ponieważ na terenie całego obiektu są też niecki dość płytkie z bardziej stojącą wodą.


Z całą pewnością tam wrócimy przy kolejnej okazji zwiedzania Włoch.

Polecamy gorąco, gorące termy Saturnii.

Kasia i staś.

Rowerowa Włoska Droga … muskając szczyty, zerkając na morze


(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… i od zmiany myślenia.
Kiedyś jeździłem kolarstwo szybkie, z punktu do punktu, na czas, na wynik. Dziś jeżdżę inaczej… uprawiam kolarstwo nieskalane profesjonalizmem… w sandałach. A wyniki? Jedyne z czym się dzisiaj ścigam to z marzeniami. I możesz mi wierzyć lub nie, ale jeżdżę najlepiej ze wszystkich lat jazdy na rowerze. Chodź, pokażę Ci kawałek Włoskiej Drogi!

Będąc niedaleko Parku Maremma w Toskanii, który udało nam się odwiedzić na rowerach, nie sposób oprzeć się cudownym podjazdom w Porto Santo Stefano i Cala Moresca czy choćby kojącemu obolałe uda zjazdowi w Porto Ercole. Co prawda, na tę przejażdżkę wybraliśmy się z Kasią innymi drogami, to jednak kilka razy udało nam się spotkać na szlaku.

Swoją podróż zaczęliśmy w miejscowości Giannella, gdzie zostawiliśmy samochód na poboczu drogi, skręciliśmy rowery i ruszyliśmy w kierunku podjazdów w Porto Santo Stefano (tutaj warto zwrócić uwagę na to, czy na pewno można postawić samochód w danym miejscu, bo przykro by było zaliczyć mandat tylko i wyłącznie dlatego, że nie postawiło się samochodu 5-6 metrów dalej).
Po rozgrzaniu się lekkim podjazdem dotarłem do miejscowości, gdzie zza zakrętu ukazał się piękny port otoczony miastem na zboczu góry.

Kołysane mocnym wiatrem łódki na tle kolorowych budynków nadawały temu obrazkowi sielankowy nastrój. Napawając się widokiem rozpocząłem wspinaczkę po zboczach, nierzadko o nachyleniu przekraczającym 10%. Ciężkie „ściany” wzniesień do pokonania były po stokroć wynagradzane widokami zobaczonymi ze szczytów.



Kierując całą swoją siłę w nogach do Cala Moresca i Cala Piccola cieszyłem oczy widokiem spokojnego Adriatyku po prawej i monumentalnych skał po lewej. W całym tym pięknie uporczywie próbowałem ominąć coraz większe dziury w drodze, o której świat raczej zapomniał. I dobrze, że zapomniał, bo jedynie kogo mogłem spotkać to innych kolarzy i kilka Vesp pokonujących ten „dziurawy slalom gigant”. A tak to spokój. Nieopisany spokój.


Im głębiej zanurzałem się w szlaku, tym bardziej droga asfaltowa ustępowała szutrom i kamienistym wertepom. Można by kląć w niebogłosy, że kierownica ucieka, że kurz wciska się w usta i nos. Można by… ale po co, gdy robi się to dla tych cudnych widoków.

Zasada robienia pętli jest taka, że suma podjazdów musi się równać sumie zjazdów. I tu rozpoczęła się początkowa, nierówna walka ze zjazdem kamienistą drogą tuż przed Porto Ercole, by zamienić się w cudowny zjazd po znakomicie płaskim asfalcie. Było to niezaprzeczalną nagrodą za trud włożony w te wszystkie podjazdy i nierówności po drodze.

Pęd powietrza opływający całe ciało koił rozpaloną słońcem skórę, a czas siesty, gdzie wszyscy pochowali się w domach, pozwolił pędzić środkiem szosy łapiąc ostanie obrazki tej pięknej podróży. I tak w tych niesamowitych okolicznościach przyszło mi dojechać do samochodu. Kasia dojechała parę minut później, pewnie byłaby wcześniej, gdyby nie to, że chciała przekazać Wam to piękno na zdjęciach.

Podsumowując:

Droga wymagająca, ale przepiękna.
Podjazdy wyczerpujące, ale satysfakcjonujące.

Czy przejadę kiedyś tę trasę jeszcze raz?
O ile nogi dadzą radę i żona pozwoli – TO TAK!

Kasia i staś.

Włoska Droga… CHIOGGIA


(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Rozpoczynając naszą podróż do Włoch mieliśmy szczerą ochotę dojechać na południowo zachodni kraniec Toskanii „na strzała” i potem leniwie włóczyć się po tej cudownej krainie…
i jak zwykle coś poszło nie tak  🙂

Powodem naszych pozytywnych skądinąd perypetii jest cudowny krajobraz, któremu nie sposób się oprzeć.  I tak od słowa do słowa jadąc samochodem zamiast przelecieć przez część Włoch autostradami i zatrzymując się dopiero w Albinii postanowiliśmy odpocząć ciut w ‘małej Wenecji’.

Pisząc ‘Mała Wenecja” mam na myśli, cudownie kolorową miejscowość o nazwie Chioggia, która swoim portowym klimatem przyciąga entuzjastów owoców morza (To tutaj jest największy targ rybny w regionie). Wydaje się być małym miasteczkiem na skraju Morza Adriatyckiego, a tym czasem jej powierzchnia jest większa od powierzchni Lublina. 

Za dnia spokojna i wywarzona, by móc po zachodzie słońca przerodzić się w tętniące nocnym życiem miasto. Te kontrasty nadają niesamowitego efektu. My jako widzowie tego „dobowego” spektaklu byliśmy urzeczeni jak szybko ten świat się zmienia.
Opuszczając spacerem nocną wrzawę wróciliśmy następnego ranka w to miejsce na rowerach.

Wyjątkowe mosty i wąskie uliczki przypominają z lekka Wenecję, lecz taką fajną, mniej tłoczną. Intensywniejsze zapachy mogliśmy poczuć jedynie na rynku rybnym. Kanały i mosty były czyste. Zadbane uliczki nawet te mniejsze i cichsze również były czyste, co zaowocowało masą cudnych zdjęć.

W mieście warto zwrócić uwagę na najbardziej okazały marmurowy most – Ponte di Vigo, który był niejako bramą miasta od strony wody. To właśnie tędy wpływali wszyscy, którzy chcieli odwiedzić miasto.

Kolejnym miejscem wartym zobaczenia i poczucia się jak w Wenecji jest Corso del Popolo – najważniejsza ulica. Jej urok jest zapierający dech, lecz największe uniesienia przeżyliśmy wchodząc w boczne uliczki stykające się z Tą główną.

Ważnym elementem miasta, który witał przybywających od strony lądu jest XIV wieczna Porta Garibaldi. Warto choć na chwilę przenieść się w czasie i choćby zbliżyć się do tej pięknej bramy.


Choć kolorowe budynki kontrastują z odrapanymi kamienicami, a łodzie ‘na bogato’ z małymi łódeczkami do połowu kilkunastu ryb dziennie, to nigdzie nie da się wyczuć jakiegoś podziału…
No chyba że chodzi o korek… wtedy jak się siedzi w nowym BMW to się siedzi, a stara podrapana Vespa pierdzi radośnie nie zważając na nic.

I takie to Włochy są.
W takich właśnie ludzie się zakochują.

Przeczytaj kolejny wpis z naszej podróży.
A może chcesz odkryć ciut z nami PÓŁNOCNE WŁOCHY?

Do zobaczenia,
Kasia i staś.

Auto przed trasą – o tym się zapomina!

Szykując walizki, mapy i przewodniki na wyprawę życia często zapomina się o sprawdzeniu podstawowych rzeczy w aucie, które w konsekwencji mogą prowadzić do niepotrzebnych stresów na wyjeździe. A wakacje przecież mają być luzem i oddechem od codziennego stresu. Sprawdźmy zatem auto razem!

O obowiązkowym wyposażeniu auta podczas wyjazdu czy to po Polsce, czy zagranicą pisaliśmy już –>tutaj <–. Warto by jednak uzupełnić ten artykuł o to, co warto sprawdzić w aucie przed wyjazdem. Zdaję sobie sprawę, że na ten „banalny artykuł” wielu popuka się w głowę twierdząc, że to oczywiste, ale jeśli choć jedna osoba czytając go stwierdzi „No! Faktycznie!” to ja już będę szczęśliwy.

Do dzieła… : )

  1. NAPOMPOWANE koło zapasowe/Zestaw naprawczy (aktualny) – to dość przykra część przygody, bo nie dość, że często z bagażnika trzeba wytargać całego tetrisa, którego zrobiliśmy z walizek, to jeszcze się okazuje, że powietrza w kole nie ma, a zestaw naprawczy dawno stracił swoją ważność. Trwałość pianek/płynów uszczelniających według producenta to 2-3 lata.
  2. Lewarek – jeśli jakimś trafem mamy lewarek niewiadomego pochodzenia to sprawdźmy czy oby na pewno będzie pasował do naszego auta (ja wiem, lewarek jak lewarek, ale jeśli się okaże, że jego zakres nie podnosi auta w celu wymiany koła to klops).
  3. Klucz do kół – pasujący do naszych śrub/nakrętek. Warto to sprawdzić czy nasadka klucza odpowiada rozmiarowi śruby/nakrętki.
  4. Adapter do „złodziejki” – 4 śruby do odkręcenia -3 takie same, a jedna ma nietypowy kształt. Niektórzy stosują śruby/nakrętki antykradzieżowe do kół. Warto sprawdzić czy nasze auto ma takie zabezpieczenie. Jeśli tak, to powinno się mieć adapter na taką śrubę nakrętkę w celu odkręcenia koła.
  5. AKTUALNA gaśnica – w wielu krajach jest obowiązkowa, ale nie chodzi żeby mieć ją „na sztukę” tylko nie może być przeterminowana.
  6. AKTUALNY przegląd pojazdu.
  7. Dowód rejestracyjny (do zabrania ze sobą za granicę).
  8. AKTUALNE ubezpieczenie (do zabrania ze sobą za granicę) – warto go rozszerzyć na czas podróży.
  9. ’Ścieżka zdrowia’ – my taką ścieżkę robimy na stacji diagnostycznej co jakieś 3 miesiące za około 50-100 zł. Dzięki temu wcześniej możemy zareagować na ewentualne zużycie części w pojeździe. Takie częste sprawdzanie i tak jest dużo tańsze niż laweta i naprawa gdzieś na trasie (warto zrobić taką ścieżkę na 2-3 tygodnie przed wyjazdem, żeby mieć czas na ewentualne naprawy).
  10. Płyny eksploatacyjne – stan/kiedy wymiana?
    • olej
    • płyn chłodniczy
    • płyn do spryskiwaczy
    • płyn wspomagania
    • Adblue
    • itd.
  11. Drugi komplet kluczy – warto zabrać ze sobą wcześniej sprawdzając, czy np. bateria w karcie kluczyka się nie rozładowała.
  12. Kabel USB – warto sprawdzić czy na pewno jest w dobrym stanie (nie przeciera się itp.). Nawigacja w telefonie zeżre baterię i klops… jesteśmy w polu. W przenośni, a czasem i dosłownie : )

To jest całkiem podstawowa lista oczywistych rzeczy i czynności do sprawdzenia. Mamy jednak cichą nadzieję, że ten artykuł nigdy się nikomu nie przyda, bo każdy ma auto, które się nie psuje, tym bardziej na wyprawie życia!!!!

Do zobaczenia na szlaku !

Kasia i staś.

Dawaj na Kaszuby! – rowerem po Szwajcarii Kaszubskiej.

To, że Kaszuby są miejscem tak uroczym, że nie sposób się nie zakochać w nich od pierwszego wejrzenia, wie chyba każdy, kto choć raz tu był. My spędziliśmy tu ledwo kilka dni, a już tyle wystarczyło, by rozstawać się z tą krainą z wielkim żalem.

Zanim przejdziemy do pełnego opisu naszej jednodniowej wycieczki rowerowej chciałbym się pochylić na chwilę nad ukształtowaniem terenu. Dzięki jęzorowi lodowca, który był na tych terenach wiele, wiele lat temu, pozostały tu cudowne wzgórza morenowe, które będą nie lada gratką dla tych, którzy uwielbiają podjazdy i ciekawe zjazdy. Amplituda wysokości jest naprawdę duża i warto to wziąć pod uwagę, choćby po to, żeby zabrać ciut więcej wody na drogę. Nie chcę tu zniechęcać rodziców, którzy ciągną za sobą przyczepkę z pociechami, bo Kaszuby świetnie rozwiązały ten temat. Faktycznie trzeba pod stromą górę wjechać, ale każdy agresywniejszy podjazd ma „na stanie” ścieżkę rowerową, na której możemy się zatrzymać i chwilę odpocząć, nie bacząc czy ktoś nie zacznie na nas trąbić. A nie zacznie tak czy siak – ale o tym za chwilę ; )

Ruszajmy na szlak….

Swoją przygodę rozpoczęliśmy od miejscowości Węsiory i kamiennych kręgów, do których udaliśmy się jeszcze przed wskoczeniem na rowery. Parking, na którym się zatrzymaliśmy był dopiero w trakcie procesu tworzenia, ale już można było znaleźć miejsce na kilkanaście pojazdów. Czysta przenośna toaleta i szczegółowa mapa z instrukcją jak się dostać na miejsce daje wrażenie, że będzie to fajne zadbane miejsce. Pani, która zbierała opłaty za parking służyła radą i krótką opowieścią o kurhanach, do których zmierzaliśmy. Ponadto samochód mogliśmy zostawić na cały dzień i to było również super sprawą, ponieważ stamtąd rozpoczęliśmy naszą całodniową przygodę.

Po przejściu kilkuset metrów przez las dotarliśmy do kurhanów, kamiennych kręgów i wielu grobów. Jest to miejsce pochówku ludu Gotów, którzy zamieszkiwali te tereny w okolicy I wieku n.e. Wiele osób uważa, że miejsce to ma tajemniczą, magiczną moc, co zachęca wielu turystów do odwiedzin. Trzeba jednak pamiętać, że po pierwsze jest to wielkie cmentarzysko, wiec należy się w tym miejscu odpowiednio zachowywać (nie biegać po kamieniach, nie wskakiwać na kurhany itp.), a po drugie jest to rezerwat (od 1958r.), który ma na celu ochronę nie tylko tego archeologicznego obiektu, ale i ochronę kilkudziesięciu rodzajów porostów, które znajdują się na głazach.

Po tej krótkiej edukacyjnej podróży wróciliśmy na parking i wskoczyliśmy na rowery. Zaplanowaliśmy luźną przejażdżkę na nie więcej niż 60 km z dwoma celami do odwiedzenia. Wyjeżdżając z lokalnej drogi wskoczyliśmy na drogę wojewódzką nr 228 i od samego początku zaczęliśmy się zakochiwać w tych malowniczych terenach. Mimo że doskonale wiedzieliśmy, że czoło lodowca zrobiło tu swoje z ukształtowaniem terenu, to jednak nie obyło się bez zaskoczeń. Przyjemne przewyższenia, które zawsze dobrze spinają nogi i spłycają oddech są dla mnie miodem na serce. Kasia raczej w tych sytuacjach jest ciut bardziej stonowana i jej faworytem jest prosta albo lekko w dół. Śmiem twierdzić, że przy takim ukształtowaniu terenu każdy znajdzie coś dla siebie i to jest właśnie urok tego miejsca.

Ogromną zaletą podróży po tym regionie jest stosunek kierowców do rowerzystów i rowerzystów do kierowców. Każdy tu jedzie z należytym szacunkiem do drugiej strony. Samochody mijają cyklistów w dużej odległości, nie na lusterka, a rowerzyści zawsze sygnalizują gdzie chcą jechać. (przynajmniej my to tak widzieliśmy).

Po zjechaniu z drogi nr 228 w drogę nr 214 przeskoczyliśmy jeszcze przez parę pagórków aż dostaliśmy się do naszego pierwszego celu – Kaszubskiej Wieży Widokowej. Wieża znajduje się na szczycie najwyższej góry pasma Wzgórz Szymbarskich – Wierzycy (328,7 m n.p.m.)

Tutaj istotną kwestią jest to, że szczerze zachęcali nas do pozostawienia rowerów na parkingu na dole, ale nasz upór wpychania rowerów na szczyt wygrał i w sumie słusznie, bo okazało się, że ze szczytu da się zejść drugą ścieżką, bardziej malowniczą i co ważniejsze skracającą drogę o dobrych parę kilometrów.

Z samej wieży rozpościera się widok na całe Kaszuby, a doskonała przejrzystość powietrza dała nam szansę na podziwianie całej krainy w pełnej okazałości. Uważam, że naprawdę warto było wprowadzić te rowery tak wysoko, żeby choćby na chwilę zobaczyć to miejsce zupełnie z innej perspektywy. Bilety normalne za wejście na wieżę to 10zł i 7zł – ulgowe.

Po zejściu malowniczą ścieżką ruszyliśmy w stronę naszego drugiego celu jakim była Brama Kaszubska. Przewyższenia wyciągnęły z nas sporo energii i gdy dojechaliśmy na miejsce po kilku wcześniejszych przystankach, stwierdziliśmy, że przy bramie też należy nam się chwila wytchnienia.

Jeśli mam być szczery to w pierwszej chwili tą całą bramą to ja byłem rozczarowany…. bo bramy nie było!!!

Jedząc kanapki na ławce puściliśmy w powietrze drona i wtedy WOW! Oczom naszym ukazała się BRAMA!! Całą drogę jadąc do tego celu myślałem, że będzie to jakaś architektoniczna cieszynka, a tym czasem zobaczyliśmy TO! Szczerze byliśmy urzeczeni i obserwując okolice z lotu ptaka zakochiwaliśmy się w tym miejscu jeszcze bardziej! Widoki zapierały nam dech w piersiach.

Po naładowaniu żołądków kanapkami i oczu pięknymi widokami czas było powoli wrócić do naszego mobilnego domku, by wyruszyć następnego dnia do Skansenu we Wdzydzach. (<- artykuł tutaj)
Na sto procent wrócimy w to cudowne miejsce, żeby przynajmniej raz jeszcze nacieszyć oczy tymi niesamowitymi obrazami.
Po tym dniu wniosek mamy jeden…. KASZUBY SĄ PIĘKNE!!!!

My,
Kasia i staś.

Taras na vanie, by być bliżej gwiazd

(Dane tarasu i instrukcja krok-po-kroku na dole artykułu)

Od paru miesięcy powtarzam sobie, Kasi i wszystkim znajomym, że Precel jest już na finiszu, że prawie wszystko tam zrobiliśmy i koniec jest naprawdę bliski… I wiesz co? Nieśmiało stawiam kropkę nad naszym projektem 🙂

Taras, balkon, 'pięterko’ czy jakkolwiek to nazwiemy już jest. I było to moim marzeniem od samego początku. Marzyłem o tym, żeby położyć się dwa metry nad ziemią z kawą i patrzeć na leniwie płynące chmury. I teraz pisząc ten wpis leżę sobie tak właśnie.

Ale jak ta cudna przestrzeń powstała?! Śpieszę wyjaśnić. 🙂

Zacznijmy od tego, że podczas samego projektu biłem się z myślami czy zastosować deski tarasowe kompozytowe czy zwykłe drewno (deski tarasowe). No i padło jednak na świerk. Przyczyna jak dla mnie była błaha…. mniej działania przed wyjazdem na wakacje i jakoś tak bardziej mi się to podoba – drewno!

Co prawda desek tarasowych kompozytowych nie trzeba zabezpieczać, ale jako że są puste w środku (o profilu komorowym), to żeby ich nie zgnieść przykręcając do belek poprzecznych na dachu, należałoby dać tulejki dystansujące zapobiegające zgniataniu. Z drewnem jest ciut więcej pracy – fakt, bo trzeba go przeszlifować i pomalować, ale odpadł mi proces przygotowania tulejek do mocowań.

Kolejnym punktem przemawiającym za drewnem było to właśnie, że jest pełne w środku. Z doświadczenia wiem, że zostawienie jakiegoś otworu w konstrukcji platformy czy bagażnika daje świst nie do zniesienia. Jeśli nie wierzysz, to przewieź na dachu aluminiową drabinę, albo jakieś profile 🙂

Ostatnim punktem, lecz nie mniej ważnym jest dla mnie estetyka…. drewno jest po prostu ładne; )

Dane techniczne:

Wymiary: 125 cm (wzdłuż samochodu) x 145 cm (w poprzek)
Materiał: deski tarasowe świerkowe – 5 szt. (250 cm /14,5 cm / 2,5 cm)
(tak dokładnie to wykorzystaliśmy 4,5 deski)
Farba: Lakier jachtowy bezbarwny półmat
Malowanie: Pędzel. Położyliśmy 2 warstwy.
Mocowanie: do belek platformy o profilu 40×20 mm, nitonakrętki M6, Śruby M6 nierdzewne, z szerokim, płaskim łbem na imbus.

Całkowity koszt: około 300 zł

Przyjemność z picia kawy na dachu: bezcenne!


Plan działania:

  1. Zebranie wymiarów, projekt na papierze w skali, zakupy;
  2. Wstępne docięcie drewna (ja zostawiłem zapas 1 cm – na wszelki);
  3. Ułożenie na dachu, ustawienie odpowiednich odległości (u nas przerwa między deskami to 17 mm);
  4. Zwymiarowanie miejsc na otwory;
  5. Ustabilizowanie deski ściskami, nawiercenie otworów pilotujących (zarówno w desce jak i w belkach);
  6. Powiększenie otworu odpowiednio w drewnie i odpowiednio w stali;
  7. Obsadzenie nitonakrętek w metalowych profilach;
  8. Przykręcenie deski:) Powtórzyć odpowiednią ilość razy – ilość desek : )
  9. Demontaż (Ważne!!!! – każdą odkręcaną deskę należy ponumerować w mało widocznym miejscu – to ułatwi późniejszy montaż);
  10. Ewentualne docinanie (o ile potrzeba);
  11. Szlifowanie, usunięcie pyłów, odtłuszczenie;
  12. Malowanie – schnięcie – malowanie – schnięcie;
  13. Montaż;
  14. Kawa na dachu!!!!

Takich spełnionych marzeń,
sobie i Wam.
My, Kasia i staś.

Rowerowy niezbędnik – co trzeba, a co dobrze mieć.

Wybierając się na krótką przejażdżkę, czy też większą wyprawę rowerową, należy się do niej dobrze przygotować. O ile jeździmy „dookoła komina” to przebita opona jedynie przysporzy nam dłuższego spaceru z rowerem u boku, o tyle brak podstawowego wyposażenia może prowadzić do mandatu, który często nie jest mały.

Zatem zanim wsiądziemy na rower, żeby zwiedzić nieznane, warto sprawdzić niezbędne wyposażenie roweru, aby uniknąć przykrych konsekwencji.

A na to wyposażenie składają się:

  • z przodu – co najmniej jedno światło pozycyjne barwy białej lub żółtej selektywnej;
  • z tyłu – co najmniej jedno światło odblaskowe barwy czerwonej o kształcie innym niż trójkąt oraz co najmniej jedno światło pozycyjne barwy czerwonej;
  • światła, jeżeli konstrukcja roweru lub wózka rowerowego uniemożliwia kierującemu sygnalizowanie przez wyciągnięcie ręki zamiaru zmiany kierunku jazdy lub pasa ruchu;
  • co najmniej jeden skutecznie działający hamulec;
  • dzwonek lub inny sygnał ostrzegawczy o nieprzeraźliwym dźwięku.

Te wyżej wymienione rzeczy są niezbędne, by uniknąć mandatu, ale ja osobiście dodałbym jeszcze 3 pozycje, które poprawiają bezpieczeństwo i osobiście nie wyobrażam sobie bez nich jazdy.

  • KASK – moim zdaniem obowiązkowy. Argumenty, że „nie pasuje do stylówki”, „wyglądam jak przerośnięta pieczarka” czy „jest mi w nim za gorąco” są błahe przy spotkaniu głowy z asfaltem, kamieniem czy drzewem.
  • KAMIZELKA ODBLASKOWA – po prostu zwiększa bezpieczeństwo. Ja osobiście używam pasków (szelek) odblaskowych, które idealnie przylegają do ubrania.
  • LUSTERKO – wiem co się dzieje za mną, jak szybko zbliża się jakieś auto bez odwracania się nawet na moment. A każdy obrót, nawet krótki powoduje, że tracę kontakt z torem jazdy… a nawet przy 20 km/h nie jest to zbyt bezpieczne.

To są podstawy podstaw. W następnym artykule opiszę, co warto mieć, żeby nie zaskoczyć się podczas zarówno krótkiej jak i długiej wyprawy.

Do zobaczenia na szlaku,
staś.

Bezpłatny bagaż podręczny – wymiary, waga, co można spakować?

Czy to pierwsza podróż służbowa czy raczkujemy w małych weekendowych wypadach do Rzymu czy Rygi to często pojawia się wątpliwość….

Czy nie cofną mnie na bramce?
Czy mogę to mieć?
Czy ten plecak nie jest za duży i będzie trzeba płacić za nadbagaż?

Na te nurtujące wielu pytania spróbuję teraz udzielić odpowiedzi.

A tak spakowaliśmy się na 6 dniowy wypad do Neapolu. (zerknij tutaj)

Zacznijmy od wymiarów i wagi bagaży podręcznych.

Ryanair:

Wymiary bagażu: 40 cm x 20 cm x 25 cm
Maksymalna waga: 10 kg

Wizzair:

Wymiary bagażu: 40 cm x 30 cm x 20 cm
Maksymalna waga: 10 kg

LOT:

Wymiary bagażu: 35 cm x 20 cm x 10 cm
Maksymalna waga: 8 kg

Lufthansa:

Wymiary bagażu: 40 cm x 30 cm x 10 cm
Maksymalna waga: 8 kg.

W kwestii rzeczy dozwolonych wszystkie 4 linie lotnicze są zgodne, a są to:

  • Ubrania
  • Kosmetyki w opakowaniach o pojemności do 100 ml (w jednym plastikowym, przezroczystym worku i ponownie zamykanym [worek strunowy] o pojemności do 1 litra)
  • Elektronika
  • Dokumenty podróży
  • Jedzenie i napoje zakupione na lotnisku po odprawie bezpieczeństwa.

Tutaj jest też dobra informacja dla tych, którzy cierpią na „małego głoda”. Otóż żadna linia lotnicza nie zakazuje przewożenia własnego jedzenia (kanapek, świeżych owoców itp.) o ile podróżujemy w obrębie UE. W przypadku podróżowania spoza kraju członkowskiego przepisy są już bardziej restrykcyjne.  Mięso, nabiał, owoce i warzywa zostaną skonfiskowane.

Pamiętajmy jednak o tym, że jeśli już mamy pewność, że bez małego „co nieco” się nie obejdzie, to jednak zrezygnujmy z wątpliwych zapachów typu: kanapeczka z cebulką itp. Uszanujmy naszych współpasażerów i obsługę. : )

Na koniec krótka lista rzeczy niedozwolonych…

  • Nożyczki, noże, ostrza do golenia
  • Łuki, strzały, pistolety, naboje i !!! HARPUNY! Nie można wziąć harpunów! Nawet małych! Szok.
  • Substancje łatwopalne, materiały pirotechniczne, gazy.
  • Materiały radioaktywne i kwasy.

To jest taka podstawa podstaw, ale jeśli ktoś wpadł na pomysł, żeby jednak zabrać coś z zakazanej listy, to może lepiej niech posiedzi w domu, ochłonie i poczyta gazetę. : )

Do zobaczenia na lotnisku,

Kasia i staś.


(Dynamiczne zmiany powodują, że czasem nie zdążę zaktualizować danych zaraz po ich zmianach dlatego potraktuj ten artykuł jak dobrą ściągę i sprawdź też czy nic nie uległo zmianie)

Włoski klimat Lubelszczyzny… wyprawa rowerowa w okolicy Kazimierza D.

Ilekroć jeżdżę po tej okolicy czy to rowerem czy samochodem, to czuję się jakbym na te parę chwil przenosił się do Włoch. Tych spokojnych, prowincjonalnych.

Dzisiejszą wyprawę rozpocząłem z Puław. W moim przypadku był to dość łatwy wybór, bo w nich mieszkam, ale jeśli chcesz wyruszyć moim szlakiem, a nie mieszkasz w okolicy, to gorąco polecam pociąg. Bilet za rower to niecałe 10 zł, a koszt biletu dla pasażera jest zależny od długości trasy i ewentualnych zniżek. Tutaj polecam zawsze godziny poranne, bo jest nieco taniej…. a jak się da pojeździć w środku tygodnia to często można dorwać naprawdę tani bilet.

Ale wróćmy na szlak….

Trasa z Puław do Bochotnicy wiedzie wzdłuż wału, co daje bardzo przyjemny początek przygody w otoczeniu natury. Jest wyłożona kostką brukową co dla niektórych może być minusem, ale to już kwestia gustu.
Na wysokości zjazdu na przeprawę promową Bochotnica -Nasiłów należy skręcić ze ścieżki w lewo i dojechać do głównej szosy łączącej Puławy z Bochotnicą. Na rozjeździe w prawo i po paruset metrach na rondzie w lewo.

Zanim prawdziwa przygoda się rozkręci warto uzupełnić płyny, bo przez następne kilometry sklepów jest jak na lekarstwo. Sklep popularnej sieci znajduje się po lewej stronie drogi tuż przed zjazdem na Opole Lubelskie i Annopol.


To tu zaczyna się pierwsza wspinaczka, premia górska i koszulka w grochy na szczycie. I na tym szczycie właśnie powoli zaczyna się włoski klimat. Wąska droga z leniwie wleczącymi się samochodami i linią drzew aż po horyzont. Po obu stronach drogi znajdują się winnice i sady. Droga lekko meandruje i daje się odczuć kilkoma podjazdami i nielicznymi, ale szybkimi zjazdami. Typowy spokój. Po pokonaniu lekko ponad 34 kilometrów docieram do Opola Lubelskiego, w którym również można uzupełnić zapasy wody. W takie dni jak dziś, gdzie ostre słońce tnie od samego rana warto pamiętać (Ba!) trzeba! o dobrym nawodnieniu.


Trasa przez Opole przebiega w miarę gładko. W miarę, ponieważ ścieżka rowerowa jest współdzielona z pieszymi, co lekko spowalnia cały przejazd, ale za to pozwala popatrzeć na miasto z ponad 600 letnią tradycją. Po opuszczeniu granic miasta ścieżka się kończy i wrócić można na drogę, która prowadzi do miejscowości Łaziska. W niej właśnie skręcić trzeba na Wilków i dalej jechać drogą wśród pól i lasów zaciągając się zapachem lasu. W samym Wilkowie na rozjeździe dróg należy skręcić w lewo i tylko parę kilometrów dalej znajduje się kolejna okazja do „spalenia nogi”. Zaraz za miejscowością Dobre znajduje się srogi podjazd, który powoduje lekką spinkę na udzie (osobiście uwielbiam to uczucie).

Zaraz za podjazdem krajobraz zmienia się znów na sadowo-winnicowy, by już po kilku kilometrach wjechać do zatłoczonego przez turystów Kazimierza Dolnego.
To miasteczko nad Wisłą przyciąga przez cały rok artystów i gro turystów z całej Polski (osobiście polecam zwiedzać poza sezonem).

Po wyjechaniu do Kazimierza dojeżdżając do ronda w Bochotnicy z bagażem pięknych „włoskich” obrazków zaczyna się powrót z wyprawy. Raczej leniwy, spokojny, niż mocny i wyciskający.

Po 83 kilometrach mogę powiedzieć jedno. Jeśli planujesz wypad rowerowy w góry czy do Włoch to jest to cudowne miejsce, by się do tego przygotować.
Trasa jest przeznaczona dla średniozaawansowanych i raczej tak trzeba ją traktować. Brak pobocza w większości drogi (Bochotnica – Opole) może lekko zniechęcić do rodzinnej wycieczki. Ale za to trasa od Kazimierza do Łazisk (w drugą stronę) jest spokojna i powinna być bułką z masłem dla rodziców z wesołą gromadką czy to w przyczepce czy na własnych bolidach.

Do zobaczenia na szlaku,
staś.

Autem po Europie – o tym nie zapomnij!

Wyruszając w podróż samochodem zarówno po Polsce jak i po Europie powinniśmy pamiętać o paru podstawowych rzeczach bez których nasz wyjazd może być narażony na spore nieprzyjemności oraz koszty (mandaty).

Aby zminimalizować szansę na nieprzyjemną konfrontację ze służbami mundurowymi stworzyliśmy podstawową listę wszystkiego co niezbędne.

W każdym kraju będzie nam potrzebny trójkąt ostrzegawczy, a w przypadku jazdy z przyczepką tych trójkątów musi być dwa. Na Łotwie i w Estonii niezależnie od tego czy ciągniemy przyczepkę czy nie potrzebne są dwa trójkąty.

W wielu krajach niezbędna jest kamizelka, nie tylko dla kierowcy ale i dla pasażerów. Dodatkowym wymogiem na Słowacji jest to, że muszą one się znajdować w kabinie pasażerskiej, a nie jak to często bywa w bagażniku.

Nasi południowi sąsiedzi zresztą mają największe wymagania co do wyposażenia w samochodzie.
Najbardziej liberalna pod tym względem jest Dania.
Jest kilka „smaczków” jak kliny pod koła, dodatkowe okulary korekcyjne, lina holownicza czy zabezpieczenie antywłamaniowe o których warto pamiętać wjeżdżając do niektórych państw.

W tabeli zaznaczyliśmy jeszcze, w którym kraju opony zimowe są wymagane, a w których nie.


Wyjeżdżając w podróż upewnij się, czy obowiązujące przepisy danego kraju  nie zostały znowelizowane.

Co prawda zgodnie z Konwencją Wiedeńską przejeżdżając przez dany kraj obowiązuje nas wyposażenie auta z którego jesteśmy, wiec nie powinniśmy dostać mandatu np. za brak klinów pod koła w Estonii, ale nie wiem czy warto wchodzić w sprzeczki podczas wyjazdu na wakacje.

Szerokiej drogi i przede wszystkim
BEZPIECZNIE!

Kasia i staś.