5 kart niezbędnych w podróży… czyli jak unikać nadmiernych kosztów i problemów!

 Podróż to dla większości doznanie tak niezwykłe, że w momencie, gdy ją rozpoczynamy często tracimy głowę i zapominamy o całym świecie wokół. Mimo że podróżujemy dużo, to nadal czasem coś nam się „udaje” zapomnieć albo pominąć z listy do zabrania.



Poniżej linki do artykułów, które pomogą Wam nie zapomnieć o czymś, co wydaje się na pozór oczywiste.

Samolot – bezpłatny bagaż podręczny

Co zabrać na wakacje w ciepłe kraje?

Co zabrać na szlak?

Rowerowy niezbędnik

Autem po Europie

Auto przed trasą

Ale wróćmy do tych 5 kart, których posiadanie może „uratować tyłek” podczas podróży.


 1.

Zacznijmy od oczywistej oczywistości jaką jest DOWÓD OSOBISTY. Klasyk na lotniskach – ileż razy gdzieś nie lecimy, to widzimy sytuacje, jak ktoś się tłumaczy, że „tu był zawsze, a teraz go nie ma” : )
Z jednej strony zabawna sytuacja, z drugiej jeśli się zaplanowało wakacje życia, to przykrym jest fakt roztrzaskania ich z powodu braku dokumentu.

(Tutaj podobna sytuacja ma się do paszportów. Do wielu krajów Europy wjedziemy na dowód i to nas z lekka „rozleniwiło”, by pamiętać o PASZPORCIE).

2.

Karta EKUZ czyli Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego

Stawiamy ją na drugim miejscu i bez niej nie wybieramy się w żadną podróż.
Karta, którą po poprawnym wypełnieniu wniosku i odczekaniu paru dni (w szczycie sezonu dłużej) otrzymujemy za darmo.
Daje ona prawo do BEZPŁATNEGO leczenia w krajach UE jak i w Wielkiej Brytanii, Islandii i jeszcze kilku państwach spoza Unii.

(Tutaj warto by pamiętać o dodatkowym ubezpieczeniu podróżnym. Kosztuje „grosze” w porównaniu do całego wyjazdu, a może nam oszczędzić naprawdę sporo problemów).

3.

PRAWO JAZDY

Kolejna karta jest dla tych, co podróżują autem, bądź chcą za granicą auto wynająć. Tutaj warto zainwestować w prawo jazdy międzynarodowe. Koszt takiego dokumentu to 35 zł, a daje poczucie bezpieczeństwa na drodze. O ile podróżując po UE możemy śmiało śmigać autem na naszym plastiku, to w przypadku odleglejszych zakątków globu nie jest tak kolorowo.
Firma wynajmująca samochody zazwyczaj wynajmie samochód, bo dla nich to biznes. Jednak w przypadku jakiejkolwiek kolizji lub co gorsza wypadku nawet nie z naszej winy, to my ponosimy odpowiedzialność, ponieważ jeździliśmy bez odpowiednich dokumentów. Ubezpieczenie też się postara, żeby ściągnąć w tej sytuacji z nas jak najwięcej.

4.

WALUTOWA KARTA PŁATNICZA

To nieodzowny przyjaciel i zbawienie podczas podróży. Pamiętajcie jednak, by wyposażyć się w kartę walutową, by nie zapłacić majątku za przewalutowanie. (Revolut kartę własnego banku lecz w odpowiedniej walucie).

Warto tutaj pamiętać o posiadaniu też pieniędzy w gotówce (choćby drobnej kwoty). Łazienki oraz małe sklepiki nadal czasem nie mają terminali. W przypadku niektórych restauracji za granicą sytuacja ma się podobnie i wtedy krótki posiłek zamienia się jeszcze w spacer w poszukiwaniu pobliskiego bankomatu.

5.

Ostatnia karta to karta ACSI

Jest to świetny wynalazek dla wszystkich tych, którzy po pierwsze podróżują poza sezonem, po drugie uwielbiają kempingi, po trzecie (wynikające z drugiego) podróżują kamperem, z przyczepą, bądź namiotem).

Jest to karta zniżkowa działająca w „niskim sezonie” w 3000 obiektach w Europie.
Cena za auto (kamper lub auto z przyczepą), dwie osoby, prąd i dostęp do zaplecza sanitarnego to maksymalnie 23 euro(aktualizacja na rok 2024 maksymalna kwota to 27 euro). Często w cenie można skorzystać również z parku wodnego, basenu, kortów itp., ale to zależy od obiektu. Roczny abonament takiej karty to ok. 35 euro. Nam się zwróciła w ciągu zaledwie 6 dniowego wyjazdu do Włoch.

To są najbardziej podstawowe karty, które właściwie trzeba mieć.
Jeśli masz pomysł jaką kartę jeszcze dodać, pisz śmiało:)
Uzupełnimy tę listę i stworzymy wspólnie potężny poradnik.

Do zobaczenia na małym wypadzie,

Kasia i staś.

Włoska Droga … Parco Regionale della Maremma

(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Będąc w cudownej Toskanii, kojarzonej często głównie z krętymi drogami, rzędami cyprysów, gajów oliwnych i niekończących się pól winorośli, warto zjechać na chwilę nad Adriatyk, by odwiedzić wyjątkowy Park znajdujący się kilkanaście kilometrów na południe od Grosseto.

O wyjątkowości parku dowiadywaliśmy się z Kasią nie raz podczas naszych jesienno-zimowych wieczorów, gdy zaczytywaliśmy się w szeroko pojętej kulturze i tradycjach Włoch, ślęcząc nad artykułami na blogach i przewodnikach. Jasnym było, że podczas naszej podróży odwiedzimy to miejsce. I właśnie tym miejscem chcemy się z Wami podzielić.

O parku

Park Maremma to wyjątkowe miejsce, choć słowo wyjątkowe jest tu sporym niedopowiedzeniem. Jest unikatem na skalę zarówno Włoch, jak i Europy. Powodem tego jest jego dzikość oraz zachowanie fauny i flory w niemal nietkniętym wymiarze. To właśnie tu można obserwować niespotykane gdzie indziej odmiany roślin i gatunki zwierząt. Dzikie plaże, klify, bagna i lasy są gratką nie tylko dla koneserów przyrodniczej przygody i botaników, ale jest to też cudowne miejsce do spędzenia czasu z rodziną.  Założony w 1975 roku park jest drugim tego typu parkiem we Włoszech. Jego powierzchnia obszaru chronionego to blisko 9000 ha…  Ale od początku ….

Informacje praktyczne

Zanim wybraliśmy się do parku sprawdziliśmy czy jest on w ogóle dostępny, nie tylko ze względu na ograniczony dzienny limit wejść, ale również ze względu na to, czy warunki atmosferyczne pozwalają na zwiedzanie.  Czasami trasy są zamknięte lub z uwagi na ekstremalną suszę można je zwiedzać jedynie z przewodnikiem, gdyż władze parku obawiają się zaprószenia ognia i ewentualnej nieopisanej straty – ma to sens.

Gdy okazało się, że wszystko idzie po naszej myśli udaliśmy się do miejscowości Alberese, gdzie znajduje się informacja turystyczna i kasa biletowa. Bilety można również kupić przez internet, a ich koszt w obu przypadkach to 5 euro za osobę. Na miejscu otrzymaliśmy mapę parku z dokładną instrukcją, gdzie wjechać, gdzie skręcić.
My wybraliśmy szlak, który ma 21 km z możliwością rozbudowy o kolejne 7 km.


Tutaj warto zatrzymać się na chwilę, by wspomnieć o tym, że tras jest dość dużo. Piesze, rowerowe, konne, jak i spływ kajakiem (nie znaleźliśmy w aktualnej ofercie). Brak roweru nie jest problemem, ponieważ można go wypożyczyć przy budynku kasy parku za kilka euro.
Jeśli nie chce się wydawać pieniędzy na bilet do parku jest też dostępna darmowa trasa, która jest fragmentem trasy płatnej. Osobiście odradzamy tę opcję, bo nie daje takich wrażeń jak przejechanie całej drogi w parku.
Próba pokonania parku „na Janusza” to koszt 100 euro kary, wiec raczej nie warto, no chyba że ktoś chce wesprzeć mieszkające tam dziki, które dzięki swojej obecności stały się symbolem parku.

Trasa

Wjeżdżając do parku przez bramę czekał nas łagodny 3 kilometrowy podjazd, który pokonaliśmy po asfaltowej drodze. Podczas podjazdu natrafiliśmy na znaki ostrzegające o dzikich zwierzętach w szczególności o dzikach. Nie spotkaliśmy jednak dzików. Spotkaliśmy dzikie krowy i oszałamiająco dużo GZÓW (żeby zrobić jakieś zdjęcie bez użycia jakiegoś środka na insekty trzeba mieć nie lada umiejętności fotograficzne i taneczne) – środek na insekty obowiązkowy! Sama jazda jest obłędna i zapiera dech w piersiach. Asfaltowa wąska ścieżka, która jest tam jedyną ingerencją człowieka, daje poczucie bezpieczeństwa i kontroli roweru podczas zjazdów. To dzięki niej można zerknąć w bok podziwiając naturę. Uważam, że jest to świetny pomysł. Zresztą jest to bardzo dobre rozwiązanie w przypadku jakiejś akcji ratunkowej. Nieco za połową parku droga w równinach zamienia się z asfaltu na dobrze ubitą drogę leśną bez korzeni, co również daje poczucie swobody w jechaniu i bliższego kontaktu z naturą. Ponadto krótki odcinek „rozbudowanej” trasy był po części szutrowy.  Z atrakcji, o której osobiście nie wiedziałem, było piękne wejście na plażę, które trochę przypominało wejście na wydmy w Łebie. Warto mieć ze sobą zapięcie rowerowe żeby przypiąć rowery do stojaków w drodze na plażę.
Podczas podróży trzeba pamiętać o odpowiedniej ilości wody, bo pierwsze miejsce, gdzie można uzupełnić wodę znajduje się na końcu parku.

Droga powrotna była dla nas najbardziej męcząca. I wcale nie ze względu na jakość drogi, ponieważ ścieżka rowerowa była płaska jak stół, lecz powodem był ogromny wiatr, który skutecznie powstrzymał nas nie tyle od bicia życiowego rekordu prostej, co nawet spokojnej łagodnej jazdy po dolinie.

Posumowanie Trasa, którą pokonaliśmy nie była nazbyt wymagająca, a mała ilość osób na szlaku pozwalałaby się czuć rodzicom z dziećmi bezpiecznie. Miejsce na plaży jest idealnym przystankiem na uzupełnienie utraconych kalorii podczas drogi, a wiatr od morza skutecznie odstrasza gzy z otwartej przestrzeni.
Jest to idealne miejsce na samotną wyprawę jak i rodzinny wypad. Każdy znajdzie coś dla siebie.

My znaleźliśmy i polecamy Wam gorąco to miejsce.
Kasia i staś.

Włoska droga… Terme di Saturnia


(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Nie od wczoraj wiadomo, że Włochy skradły serca milionów turystów z całego świata. Stoi za tym pyszne jedzenie, cudowne krajobrazy, znakomite wina, jak i swoisty temperament połączony z całkowitym luzem do świata, przepisów i wszystkiego, co wokół Włochów się kręci. I otwartość, otwartość dla innych i na to co dobre. Pozwólcie, że zabierzemy Was na Termy w Saturnii.
W drogę!

Termy w Saturnii to bezapelacyjnie jeden z największych toskańskich skarbów i ominięcie go podczas naszej podróży można by uznać, lekką ręką, za niewybaczalne uchybienie. Wody bogate w siarkę nie dość, że w chłodny poranek przyjemnie rozgrzewają ciało mając stałe 37,5`C, to jeszcze działają kojąco na skórę.
Termy (Cascate del Mulino) są czynne przez 24 godziny na dobę, więc można podziwiać zarówno wschód i zachód słońca.
No i są całkowicie za darmo. A nie od dziś wiadomo, że „za darmo” to uczciwa cena za korzystanie z tego, co dała natura.

Geneza powstania

I tutaj są dwie teorie. Jedna dla tych, co wierzą we wróżki zębuszki, druga raczej dla entuzjastycznych geologów, wyznawców jakiś tam wulkanów i innych takich.
Teoria (legenda) numer jeden mówi o tym, że bogowie Jowisz i Saturn mieli jakieś niedomówione sprawy i wyszła z tego lekka sprzeczka, w której Jowisz cisnął Saturna swoim piorunem, ten się uchylił i w miejscu uderzenia pioruna wytrysnęła cieplutka, siarkowa woda. Logiczne.

Druga teoria (mniej prawdopodobna :)) mówi o tym, że wody deszczowe wpływają w szczeliny skalne wygasłego wulkanu Monte Amiata, gdzie są podgrzewane i nasycane związkami mineralnymi. Następnie transportowane są 30 kilometrów, gdzie najpierw wytryskują w basenie obecnego niedaleko luksusowego hotelu. Następnie po pokonaniu około jednego kilometra spiętrzają się przy starym młynie tworząc niesamowite kaskady.

Decyzje, która teoria bardziej Was przekonuje pozostawiam Wam  : )

Logistyka

W odległości kilkuset metrów od Term znajduje się parking, na którym można zaparkować samochód osobowy lub małego vana (maksymalna wysokość to 2,2m). Obecnie godzina postoju kosztuje 2 euro. Z własnego doświadczenia wiemy, że na termach udało nam się spędzić maksymalnie 2 godziny. Dla większych pojazdów (w tym kamperów) jest drugi parking, na którym można się zatrzymać na noc, wykąpać, zrobić pranie i podłączyć się do prądu. Parking ma miejsca na 400 samochodów. My we wrześniu mieliśmy pełne pole do popisu w parkowaniu, choć słyszeliśmy, że w sezonie jest dość tłoczno. Koszt takiego parkingu to maksymalnie 16 euro/ 24h + 0,5 euro za prysznic + 3 euro za prąd. Można skorzystać również jedynie z opcji noclegowej (od 20:00 do 8:00) – 12 euro. Z parkingu jest bardzo przyjemna ścieżka, którą można dostać się pod same termy.

Na termach

Nie obowiązują czepki, ani jakieś specjalne ubranie.
Warto pamiętać o zdjęciu biżuterii. O ile obrączki nie ucierpiały to jakieś bransoletki, wisiorki i inne takie matowieją.
Bardzo dobrym rozwiązaniem są buty do chodzenia w wodzie, bo kamienie mogą pokaleczyć gołe stopy, a klapki mogą zostać porwane przez pędzącą wodę (800 litrów/sekundę).
Warto mieć ze sobą ubranie na przebranie i to takie, z którego niekoniecznie chcemy później korzystać – dość mocny zapach siarki osadza się na ubraniu.
Istnieje możliwość zostawienia cennych przedmiotów w szafkach depozytowych – koszt 5 euro + 5 euro kaucji (działają w godzinach otwarcia baru przy termach 8:00-22:00).
Toalety są bezpłatne.
Natryski są dodatkowo płatne (działają w godzinach otwarcia baru przy termach)

Podsumowanie

Termy na otwartej przestrzeni, na których podziwialiśmy zachód, a następnego poranka wschód słońca, są z całą pewnością przeżyciem nie do opisania. My mieliśmy ten luksus, że będąc poza sezonem było naprawdę mało ludzi i mogliśmy hasać po kaskadach bez końca układając się w każdej możliwej niecce z siarkową wodą. Rodzice z dziećmi z całą pewnością również będą się dobrze bawić, ponieważ na terenie całego obiektu są też niecki dość płytkie z bardziej stojącą wodą.


Z całą pewnością tam wrócimy przy kolejnej okazji zwiedzania Włoch.

Polecamy gorąco, gorące termy Saturnii.

Kasia i staś.

Rowerowa Włoska Droga … muskając szczyty, zerkając na morze


(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… i od zmiany myślenia.
Kiedyś jeździłem kolarstwo szybkie, z punktu do punktu, na czas, na wynik. Dziś jeżdżę inaczej… uprawiam kolarstwo nieskalane profesjonalizmem… w sandałach. A wyniki? Jedyne z czym się dzisiaj ścigam to z marzeniami. I możesz mi wierzyć lub nie, ale jeżdżę najlepiej ze wszystkich lat jazdy na rowerze. Chodź, pokażę Ci kawałek Włoskiej Drogi!

Będąc niedaleko Parku Maremma w Toskanii, który udało nam się odwiedzić na rowerach, nie sposób oprzeć się cudownym podjazdom w Porto Santo Stefano i Cala Moresca czy choćby kojącemu obolałe uda zjazdowi w Porto Ercole. Co prawda, na tę przejażdżkę wybraliśmy się z Kasią innymi drogami, to jednak kilka razy udało nam się spotkać na szlaku.

Swoją podróż zaczęliśmy w miejscowości Giannella, gdzie zostawiliśmy samochód na poboczu drogi, skręciliśmy rowery i ruszyliśmy w kierunku podjazdów w Porto Santo Stefano (tutaj warto zwrócić uwagę na to, czy na pewno można postawić samochód w danym miejscu, bo przykro by było zaliczyć mandat tylko i wyłącznie dlatego, że nie postawiło się samochodu 5-6 metrów dalej).
Po rozgrzaniu się lekkim podjazdem dotarłem do miejscowości, gdzie zza zakrętu ukazał się piękny port otoczony miastem na zboczu góry.

Kołysane mocnym wiatrem łódki na tle kolorowych budynków nadawały temu obrazkowi sielankowy nastrój. Napawając się widokiem rozpocząłem wspinaczkę po zboczach, nierzadko o nachyleniu przekraczającym 10%. Ciężkie „ściany” wzniesień do pokonania były po stokroć wynagradzane widokami zobaczonymi ze szczytów.



Kierując całą swoją siłę w nogach do Cala Moresca i Cala Piccola cieszyłem oczy widokiem spokojnego Adriatyku po prawej i monumentalnych skał po lewej. W całym tym pięknie uporczywie próbowałem ominąć coraz większe dziury w drodze, o której świat raczej zapomniał. I dobrze, że zapomniał, bo jedynie kogo mogłem spotkać to innych kolarzy i kilka Vesp pokonujących ten „dziurawy slalom gigant”. A tak to spokój. Nieopisany spokój.


Im głębiej zanurzałem się w szlaku, tym bardziej droga asfaltowa ustępowała szutrom i kamienistym wertepom. Można by kląć w niebogłosy, że kierownica ucieka, że kurz wciska się w usta i nos. Można by… ale po co, gdy robi się to dla tych cudnych widoków.

Zasada robienia pętli jest taka, że suma podjazdów musi się równać sumie zjazdów. I tu rozpoczęła się początkowa, nierówna walka ze zjazdem kamienistą drogą tuż przed Porto Ercole, by zamienić się w cudowny zjazd po znakomicie płaskim asfalcie. Było to niezaprzeczalną nagrodą za trud włożony w te wszystkie podjazdy i nierówności po drodze.

Pęd powietrza opływający całe ciało koił rozpaloną słońcem skórę, a czas siesty, gdzie wszyscy pochowali się w domach, pozwolił pędzić środkiem szosy łapiąc ostanie obrazki tej pięknej podróży. I tak w tych niesamowitych okolicznościach przyszło mi dojechać do samochodu. Kasia dojechała parę minut później, pewnie byłaby wcześniej, gdyby nie to, że chciała przekazać Wam to piękno na zdjęciach.

Podsumowując:

Droga wymagająca, ale przepiękna.
Podjazdy wyczerpujące, ale satysfakcjonujące.

Czy przejadę kiedyś tę trasę jeszcze raz?
O ile nogi dadzą radę i żona pozwoli – TO TAK!

Kasia i staś.

Włoska Droga… CHIOGGIA


(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Rozpoczynając naszą podróż do Włoch mieliśmy szczerą ochotę dojechać na południowo zachodni kraniec Toskanii „na strzała” i potem leniwie włóczyć się po tej cudownej krainie…
i jak zwykle coś poszło nie tak  🙂

Powodem naszych pozytywnych skądinąd perypetii jest cudowny krajobraz, któremu nie sposób się oprzeć.  I tak od słowa do słowa jadąc samochodem zamiast przelecieć przez część Włoch autostradami i zatrzymując się dopiero w Albinii postanowiliśmy odpocząć ciut w ‘małej Wenecji’.

Pisząc ‘Mała Wenecja” mam na myśli, cudownie kolorową miejscowość o nazwie Chioggia, która swoim portowym klimatem przyciąga entuzjastów owoców morza (To tutaj jest największy targ rybny w regionie). Wydaje się być małym miasteczkiem na skraju Morza Adriatyckiego, a tym czasem jej powierzchnia jest większa od powierzchni Lublina. 

Za dnia spokojna i wywarzona, by móc po zachodzie słońca przerodzić się w tętniące nocnym życiem miasto. Te kontrasty nadają niesamowitego efektu. My jako widzowie tego „dobowego” spektaklu byliśmy urzeczeni jak szybko ten świat się zmienia.
Opuszczając spacerem nocną wrzawę wróciliśmy następnego ranka w to miejsce na rowerach.

Wyjątkowe mosty i wąskie uliczki przypominają z lekka Wenecję, lecz taką fajną, mniej tłoczną. Intensywniejsze zapachy mogliśmy poczuć jedynie na rynku rybnym. Kanały i mosty były czyste. Zadbane uliczki nawet te mniejsze i cichsze również były czyste, co zaowocowało masą cudnych zdjęć.

W mieście warto zwrócić uwagę na najbardziej okazały marmurowy most – Ponte di Vigo, który był niejako bramą miasta od strony wody. To właśnie tędy wpływali wszyscy, którzy chcieli odwiedzić miasto.

Kolejnym miejscem wartym zobaczenia i poczucia się jak w Wenecji jest Corso del Popolo – najważniejsza ulica. Jej urok jest zapierający dech, lecz największe uniesienia przeżyliśmy wchodząc w boczne uliczki stykające się z Tą główną.

Ważnym elementem miasta, który witał przybywających od strony lądu jest XIV wieczna Porta Garibaldi. Warto choć na chwilę przenieść się w czasie i choćby zbliżyć się do tej pięknej bramy.


Choć kolorowe budynki kontrastują z odrapanymi kamienicami, a łodzie ‘na bogato’ z małymi łódeczkami do połowu kilkunastu ryb dziennie, to nigdzie nie da się wyczuć jakiegoś podziału…
No chyba że chodzi o korek… wtedy jak się siedzi w nowym BMW to się siedzi, a stara podrapana Vespa pierdzi radośnie nie zważając na nic.

I takie to Włochy są.
W takich właśnie ludzie się zakochują.

Przeczytaj kolejny wpis z naszej podróży.
A może chcesz odkryć ciut z nami PÓŁNOCNE WŁOCHY?

Do zobaczenia,
Kasia i staś.

Auto przed trasą – o tym się zapomina!

Szykując walizki, mapy i przewodniki na wyprawę życia często zapomina się o sprawdzeniu podstawowych rzeczy w aucie, które w konsekwencji mogą prowadzić do niepotrzebnych stresów na wyjeździe. A wakacje przecież mają być luzem i oddechem od codziennego stresu. Sprawdźmy zatem auto razem!

O obowiązkowym wyposażeniu auta podczas wyjazdu czy to po Polsce, czy zagranicą pisaliśmy już –>tutaj <–. Warto by jednak uzupełnić ten artykuł o to, co warto sprawdzić w aucie przed wyjazdem. Zdaję sobie sprawę, że na ten „banalny artykuł” wielu popuka się w głowę twierdząc, że to oczywiste, ale jeśli choć jedna osoba czytając go stwierdzi „No! Faktycznie!” to ja już będę szczęśliwy.

Do dzieła… : )

  1. NAPOMPOWANE koło zapasowe/Zestaw naprawczy (aktualny) – to dość przykra część przygody, bo nie dość, że często z bagażnika trzeba wytargać całego tetrisa, którego zrobiliśmy z walizek, to jeszcze się okazuje, że powietrza w kole nie ma, a zestaw naprawczy dawno stracił swoją ważność. Trwałość pianek/płynów uszczelniających według producenta to 2-3 lata.
  2. Lewarek – jeśli jakimś trafem mamy lewarek niewiadomego pochodzenia to sprawdźmy czy oby na pewno będzie pasował do naszego auta (ja wiem, lewarek jak lewarek, ale jeśli się okaże, że jego zakres nie podnosi auta w celu wymiany koła to klops).
  3. Klucz do kół – pasujący do naszych śrub/nakrętek. Warto to sprawdzić czy nasadka klucza odpowiada rozmiarowi śruby/nakrętki.
  4. Adapter do „złodziejki” – 4 śruby do odkręcenia -3 takie same, a jedna ma nietypowy kształt. Niektórzy stosują śruby/nakrętki antykradzieżowe do kół. Warto sprawdzić czy nasze auto ma takie zabezpieczenie. Jeśli tak, to powinno się mieć adapter na taką śrubę nakrętkę w celu odkręcenia koła.
  5. AKTUALNA gaśnica – w wielu krajach jest obowiązkowa, ale nie chodzi żeby mieć ją „na sztukę” tylko nie może być przeterminowana.
  6. AKTUALNY przegląd pojazdu.
  7. Dowód rejestracyjny (do zabrania ze sobą za granicę).
  8. AKTUALNE ubezpieczenie (do zabrania ze sobą za granicę) – warto go rozszerzyć na czas podróży.
  9. ’Ścieżka zdrowia’ – my taką ścieżkę robimy na stacji diagnostycznej co jakieś 3 miesiące za około 50-100 zł. Dzięki temu wcześniej możemy zareagować na ewentualne zużycie części w pojeździe. Takie częste sprawdzanie i tak jest dużo tańsze niż laweta i naprawa gdzieś na trasie (warto zrobić taką ścieżkę na 2-3 tygodnie przed wyjazdem, żeby mieć czas na ewentualne naprawy).
  10. Płyny eksploatacyjne – stan/kiedy wymiana?
    • olej
    • płyn chłodniczy
    • płyn do spryskiwaczy
    • płyn wspomagania
    • Adblue
    • itd.
  11. Drugi komplet kluczy – warto zabrać ze sobą wcześniej sprawdzając, czy np. bateria w karcie kluczyka się nie rozładowała.
  12. Kabel USB – warto sprawdzić czy na pewno jest w dobrym stanie (nie przeciera się itp.). Nawigacja w telefonie zeżre baterię i klops… jesteśmy w polu. W przenośni, a czasem i dosłownie : )

To jest całkiem podstawowa lista oczywistych rzeczy i czynności do sprawdzenia. Mamy jednak cichą nadzieję, że ten artykuł nigdy się nikomu nie przyda, bo każdy ma auto, które się nie psuje, tym bardziej na wyprawie życia!!!!

Do zobaczenia na szlaku !

Kasia i staś.

Dawaj na Kaszuby! – rowerem po Szwajcarii Kaszubskiej.

To, że Kaszuby są miejscem tak uroczym, że nie sposób się nie zakochać w nich od pierwszego wejrzenia, wie chyba każdy, kto choć raz tu był. My spędziliśmy tu ledwo kilka dni, a już tyle wystarczyło, by rozstawać się z tą krainą z wielkim żalem.

Zanim przejdziemy do pełnego opisu naszej jednodniowej wycieczki rowerowej chciałbym się pochylić na chwilę nad ukształtowaniem terenu. Dzięki jęzorowi lodowca, który był na tych terenach wiele, wiele lat temu, pozostały tu cudowne wzgórza morenowe, które będą nie lada gratką dla tych, którzy uwielbiają podjazdy i ciekawe zjazdy. Amplituda wysokości jest naprawdę duża i warto to wziąć pod uwagę, choćby po to, żeby zabrać ciut więcej wody na drogę. Nie chcę tu zniechęcać rodziców, którzy ciągną za sobą przyczepkę z pociechami, bo Kaszuby świetnie rozwiązały ten temat. Faktycznie trzeba pod stromą górę wjechać, ale każdy agresywniejszy podjazd ma „na stanie” ścieżkę rowerową, na której możemy się zatrzymać i chwilę odpocząć, nie bacząc czy ktoś nie zacznie na nas trąbić. A nie zacznie tak czy siak – ale o tym za chwilę ; )

Ruszajmy na szlak….

Swoją przygodę rozpoczęliśmy od miejscowości Węsiory i kamiennych kręgów, do których udaliśmy się jeszcze przed wskoczeniem na rowery. Parking, na którym się zatrzymaliśmy był dopiero w trakcie procesu tworzenia, ale już można było znaleźć miejsce na kilkanaście pojazdów. Czysta przenośna toaleta i szczegółowa mapa z instrukcją jak się dostać na miejsce daje wrażenie, że będzie to fajne zadbane miejsce. Pani, która zbierała opłaty za parking służyła radą i krótką opowieścią o kurhanach, do których zmierzaliśmy. Ponadto samochód mogliśmy zostawić na cały dzień i to było również super sprawą, ponieważ stamtąd rozpoczęliśmy naszą całodniową przygodę.

Po przejściu kilkuset metrów przez las dotarliśmy do kurhanów, kamiennych kręgów i wielu grobów. Jest to miejsce pochówku ludu Gotów, którzy zamieszkiwali te tereny w okolicy I wieku n.e. Wiele osób uważa, że miejsce to ma tajemniczą, magiczną moc, co zachęca wielu turystów do odwiedzin. Trzeba jednak pamiętać, że po pierwsze jest to wielkie cmentarzysko, wiec należy się w tym miejscu odpowiednio zachowywać (nie biegać po kamieniach, nie wskakiwać na kurhany itp.), a po drugie jest to rezerwat (od 1958r.), który ma na celu ochronę nie tylko tego archeologicznego obiektu, ale i ochronę kilkudziesięciu rodzajów porostów, które znajdują się na głazach.

Po tej krótkiej edukacyjnej podróży wróciliśmy na parking i wskoczyliśmy na rowery. Zaplanowaliśmy luźną przejażdżkę na nie więcej niż 60 km z dwoma celami do odwiedzenia. Wyjeżdżając z lokalnej drogi wskoczyliśmy na drogę wojewódzką nr 228 i od samego początku zaczęliśmy się zakochiwać w tych malowniczych terenach. Mimo że doskonale wiedzieliśmy, że czoło lodowca zrobiło tu swoje z ukształtowaniem terenu, to jednak nie obyło się bez zaskoczeń. Przyjemne przewyższenia, które zawsze dobrze spinają nogi i spłycają oddech są dla mnie miodem na serce. Kasia raczej w tych sytuacjach jest ciut bardziej stonowana i jej faworytem jest prosta albo lekko w dół. Śmiem twierdzić, że przy takim ukształtowaniu terenu każdy znajdzie coś dla siebie i to jest właśnie urok tego miejsca.

Ogromną zaletą podróży po tym regionie jest stosunek kierowców do rowerzystów i rowerzystów do kierowców. Każdy tu jedzie z należytym szacunkiem do drugiej strony. Samochody mijają cyklistów w dużej odległości, nie na lusterka, a rowerzyści zawsze sygnalizują gdzie chcą jechać. (przynajmniej my to tak widzieliśmy).

Po zjechaniu z drogi nr 228 w drogę nr 214 przeskoczyliśmy jeszcze przez parę pagórków aż dostaliśmy się do naszego pierwszego celu – Kaszubskiej Wieży Widokowej. Wieża znajduje się na szczycie najwyższej góry pasma Wzgórz Szymbarskich – Wierzycy (328,7 m n.p.m.)

Tutaj istotną kwestią jest to, że szczerze zachęcali nas do pozostawienia rowerów na parkingu na dole, ale nasz upór wpychania rowerów na szczyt wygrał i w sumie słusznie, bo okazało się, że ze szczytu da się zejść drugą ścieżką, bardziej malowniczą i co ważniejsze skracającą drogę o dobrych parę kilometrów.

Z samej wieży rozpościera się widok na całe Kaszuby, a doskonała przejrzystość powietrza dała nam szansę na podziwianie całej krainy w pełnej okazałości. Uważam, że naprawdę warto było wprowadzić te rowery tak wysoko, żeby choćby na chwilę zobaczyć to miejsce zupełnie z innej perspektywy. Bilety normalne za wejście na wieżę to 10zł i 7zł – ulgowe.

Po zejściu malowniczą ścieżką ruszyliśmy w stronę naszego drugiego celu jakim była Brama Kaszubska. Przewyższenia wyciągnęły z nas sporo energii i gdy dojechaliśmy na miejsce po kilku wcześniejszych przystankach, stwierdziliśmy, że przy bramie też należy nam się chwila wytchnienia.

Jeśli mam być szczery to w pierwszej chwili tą całą bramą to ja byłem rozczarowany…. bo bramy nie było!!!

Jedząc kanapki na ławce puściliśmy w powietrze drona i wtedy WOW! Oczom naszym ukazała się BRAMA!! Całą drogę jadąc do tego celu myślałem, że będzie to jakaś architektoniczna cieszynka, a tym czasem zobaczyliśmy TO! Szczerze byliśmy urzeczeni i obserwując okolice z lotu ptaka zakochiwaliśmy się w tym miejscu jeszcze bardziej! Widoki zapierały nam dech w piersiach.

Po naładowaniu żołądków kanapkami i oczu pięknymi widokami czas było powoli wrócić do naszego mobilnego domku, by wyruszyć następnego dnia do Skansenu we Wdzydzach. (<- artykuł tutaj)
Na sto procent wrócimy w to cudowne miejsce, żeby przynajmniej raz jeszcze nacieszyć oczy tymi niesamowitymi obrazami.
Po tym dniu wniosek mamy jeden…. KASZUBY SĄ PIĘKNE!!!!

My,
Kasia i staś.

Taras na vanie, by być bliżej gwiazd

(Dane tarasu i instrukcja krok-po-kroku na dole artykułu)

Od paru miesięcy powtarzam sobie, Kasi i wszystkim znajomym, że Precel jest już na finiszu, że prawie wszystko tam zrobiliśmy i koniec jest naprawdę bliski… I wiesz co? Nieśmiało stawiam kropkę nad naszym projektem 🙂

Taras, balkon, 'pięterko’ czy jakkolwiek to nazwiemy już jest. I było to moim marzeniem od samego początku. Marzyłem o tym, żeby położyć się dwa metry nad ziemią z kawą i patrzeć na leniwie płynące chmury. I teraz pisząc ten wpis leżę sobie tak właśnie.

Ale jak ta cudna przestrzeń powstała?! Śpieszę wyjaśnić. 🙂

Zacznijmy od tego, że podczas samego projektu biłem się z myślami czy zastosować deski tarasowe kompozytowe czy zwykłe drewno (deski tarasowe). No i padło jednak na świerk. Przyczyna jak dla mnie była błaha…. mniej działania przed wyjazdem na wakacje i jakoś tak bardziej mi się to podoba – drewno!

Co prawda desek tarasowych kompozytowych nie trzeba zabezpieczać, ale jako że są puste w środku (o profilu komorowym), to żeby ich nie zgnieść przykręcając do belek poprzecznych na dachu, należałoby dać tulejki dystansujące zapobiegające zgniataniu. Z drewnem jest ciut więcej pracy – fakt, bo trzeba go przeszlifować i pomalować, ale odpadł mi proces przygotowania tulejek do mocowań.

Kolejnym punktem przemawiającym za drewnem było to właśnie, że jest pełne w środku. Z doświadczenia wiem, że zostawienie jakiegoś otworu w konstrukcji platformy czy bagażnika daje świst nie do zniesienia. Jeśli nie wierzysz, to przewieź na dachu aluminiową drabinę, albo jakieś profile 🙂

Ostatnim punktem, lecz nie mniej ważnym jest dla mnie estetyka…. drewno jest po prostu ładne; )

Dane techniczne:

Wymiary: 125 cm (wzdłuż samochodu) x 145 cm (w poprzek)
Materiał: deski tarasowe świerkowe – 5 szt. (250 cm /14,5 cm / 2,5 cm)
(tak dokładnie to wykorzystaliśmy 4,5 deski)
Farba: Lakier jachtowy bezbarwny półmat
Malowanie: Pędzel. Położyliśmy 2 warstwy.
Mocowanie: do belek platformy o profilu 40×20 mm, nitonakrętki M6, Śruby M6 nierdzewne, z szerokim, płaskim łbem na imbus.

Całkowity koszt: około 300 zł

Przyjemność z picia kawy na dachu: bezcenne!


Plan działania:

  1. Zebranie wymiarów, projekt na papierze w skali, zakupy;
  2. Wstępne docięcie drewna (ja zostawiłem zapas 1 cm – na wszelki);
  3. Ułożenie na dachu, ustawienie odpowiednich odległości (u nas przerwa między deskami to 17 mm);
  4. Zwymiarowanie miejsc na otwory;
  5. Ustabilizowanie deski ściskami, nawiercenie otworów pilotujących (zarówno w desce jak i w belkach);
  6. Powiększenie otworu odpowiednio w drewnie i odpowiednio w stali;
  7. Obsadzenie nitonakrętek w metalowych profilach;
  8. Przykręcenie deski:) Powtórzyć odpowiednią ilość razy – ilość desek : )
  9. Demontaż (Ważne!!!! – każdą odkręcaną deskę należy ponumerować w mało widocznym miejscu – to ułatwi późniejszy montaż);
  10. Ewentualne docinanie (o ile potrzeba);
  11. Szlifowanie, usunięcie pyłów, odtłuszczenie;
  12. Malowanie – schnięcie – malowanie – schnięcie;
  13. Montaż;
  14. Kawa na dachu!!!!

Takich spełnionych marzeń,
sobie i Wam.
My, Kasia i staś.

Rowerowy niezbędnik – co trzeba, a co dobrze mieć.

Wybierając się na krótką przejażdżkę, czy też większą wyprawę rowerową, należy się do niej dobrze przygotować. O ile jeździmy „dookoła komina” to przebita opona jedynie przysporzy nam dłuższego spaceru z rowerem u boku, o tyle brak podstawowego wyposażenia może prowadzić do mandatu, który często nie jest mały.

Zatem zanim wsiądziemy na rower, żeby zwiedzić nieznane, warto sprawdzić niezbędne wyposażenie roweru, aby uniknąć przykrych konsekwencji.

A na to wyposażenie składają się:

  • z przodu – co najmniej jedno światło pozycyjne barwy białej lub żółtej selektywnej;
  • z tyłu – co najmniej jedno światło odblaskowe barwy czerwonej o kształcie innym niż trójkąt oraz co najmniej jedno światło pozycyjne barwy czerwonej;
  • światła, jeżeli konstrukcja roweru lub wózka rowerowego uniemożliwia kierującemu sygnalizowanie przez wyciągnięcie ręki zamiaru zmiany kierunku jazdy lub pasa ruchu;
  • co najmniej jeden skutecznie działający hamulec;
  • dzwonek lub inny sygnał ostrzegawczy o nieprzeraźliwym dźwięku.

Te wyżej wymienione rzeczy są niezbędne, by uniknąć mandatu, ale ja osobiście dodałbym jeszcze 3 pozycje, które poprawiają bezpieczeństwo i osobiście nie wyobrażam sobie bez nich jazdy.

  • KASK – moim zdaniem obowiązkowy. Argumenty, że „nie pasuje do stylówki”, „wyglądam jak przerośnięta pieczarka” czy „jest mi w nim za gorąco” są błahe przy spotkaniu głowy z asfaltem, kamieniem czy drzewem.
  • KAMIZELKA ODBLASKOWA – po prostu zwiększa bezpieczeństwo. Ja osobiście używam pasków (szelek) odblaskowych, które idealnie przylegają do ubrania.
  • LUSTERKO – wiem co się dzieje za mną, jak szybko zbliża się jakieś auto bez odwracania się nawet na moment. A każdy obrót, nawet krótki powoduje, że tracę kontakt z torem jazdy… a nawet przy 20 km/h nie jest to zbyt bezpieczne.

To są podstawy podstaw. W następnym artykule opiszę, co warto mieć, żeby nie zaskoczyć się podczas zarówno krótkiej jak i długiej wyprawy.

Do zobaczenia na szlaku,
staś.

Bezpłatny bagaż podręczny – wymiary, waga, co można spakować?

Czy to pierwsza podróż służbowa czy raczkujemy w małych weekendowych wypadach do Rzymu czy Rygi to często pojawia się wątpliwość….

Czy nie cofną mnie na bramce?
Czy mogę to mieć?
Czy ten plecak nie jest za duży i będzie trzeba płacić za nadbagaż?

Na te nurtujące wielu pytania spróbuję teraz udzielić odpowiedzi.

A tak spakowaliśmy się na 6 dniowy wypad do Neapolu. (zerknij tutaj)

Zacznijmy od wymiarów i wagi bagaży podręcznych.

Ryanair:

Wymiary bagażu: 40 cm x 20 cm x 25 cm
Maksymalna waga: 10 kg

Wizzair:

Wymiary bagażu: 40 cm x 30 cm x 20 cm
Maksymalna waga: 10 kg

LOT:

Wymiary bagażu: 35 cm x 20 cm x 10 cm
Maksymalna waga: 8 kg

Lufthansa:

Wymiary bagażu: 40 cm x 30 cm x 10 cm
Maksymalna waga: 8 kg.

W kwestii rzeczy dozwolonych wszystkie 4 linie lotnicze są zgodne, a są to:

  • Ubrania
  • Kosmetyki w opakowaniach o pojemności do 100 ml (w jednym plastikowym, przezroczystym worku i ponownie zamykanym [worek strunowy] o pojemności do 1 litra)
  • Elektronika
  • Dokumenty podróży
  • Jedzenie i napoje zakupione na lotnisku po odprawie bezpieczeństwa.

Tutaj jest też dobra informacja dla tych, którzy cierpią na „małego głoda”. Otóż żadna linia lotnicza nie zakazuje przewożenia własnego jedzenia (kanapek, świeżych owoców itp.) o ile podróżujemy w obrębie UE. W przypadku podróżowania spoza kraju członkowskiego przepisy są już bardziej restrykcyjne.  Mięso, nabiał, owoce i warzywa zostaną skonfiskowane.

Pamiętajmy jednak o tym, że jeśli już mamy pewność, że bez małego „co nieco” się nie obejdzie, to jednak zrezygnujmy z wątpliwych zapachów typu: kanapeczka z cebulką itp. Uszanujmy naszych współpasażerów i obsługę. : )

Na koniec krótka lista rzeczy niedozwolonych…

  • Nożyczki, noże, ostrza do golenia
  • Łuki, strzały, pistolety, naboje i !!! HARPUNY! Nie można wziąć harpunów! Nawet małych! Szok.
  • Substancje łatwopalne, materiały pirotechniczne, gazy.
  • Materiały radioaktywne i kwasy.

To jest taka podstawa podstaw, ale jeśli ktoś wpadł na pomysł, żeby jednak zabrać coś z zakazanej listy, to może lepiej niech posiedzi w domu, ochłonie i poczyta gazetę. : )

Do zobaczenia na lotnisku,

Kasia i staś.


(Dynamiczne zmiany powodują, że czasem nie zdążę zaktualizować danych zaraz po ich zmianach dlatego potraktuj ten artykuł jak dobrą ściągę i sprawdź też czy nic nie uległo zmianie)