Kraków – 9 miejsc, które trzeba zobaczyć za pierwszym razem.

Wybierając się pierwszy raz do Krakowa trzeba mieć świadomość, że nie da się tego miasta zwiedzić w jeden dzień. To miasto trzeba doświadczać i odkrywać. I tego odkrywania nie ma końca. Za każdym razem, gdy byliśmy w dawnej stolicy Polski próbowaliśmy ułożyć jak najszybszą i najbardziej atrakcyjną trasę na jeden dzień, co zwykle kończyło się fiaskiem.
Są jednak miejsca, które trzeba zobaczyć, bo są na liście obowiązkowej do odwiedzenia. I dziś, mimo że pogoda całkowicie nie sprzyja spacerom, na taką trasę chcemy Was zaprosić.
Mały Wypad czas start!

(na końcu artykułu znajdziesz film z tego wypadu)

Na zobaczenie wszystkich atrakcji zawartych w artykule dobrze jest mieć cały dzień. Trasa nie jest wymagająca i skupia się tylko na Starym Mieście. Szlak jest naszym zdaniem najbardziej podstawowym szlakiem i z całą pewnością nie wyczerpuje pełnej wspaniałości tego miasta. Naszą wyprawę zaczynamy od symbolu, przy którym każdy powinien mieć zdjęcie.

Smok Wawelski – 6 metrowy pomnik smoka cieszy oczy turystów od 1972 roku. Wykonana z brązu rzeźba jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów miasta. Legenda głosi, że stwór mieszkał w smoczej jamie u podnóża wzgórza zamkowego i stamtąd terroryzował lud. Żadnemu z rycerzy nie udało się zgładzić potwora, lecz na ratunek mieszkańcom miasta ruszył Szewc, który baranią skórę wypchał siarką i podrzucił pod jamę śpiącemu smokowi. Po zjedzeniu swojej ofiary smok poczuł palenie w gardle, i by ugasić ból zaczął pić wodę z Wisły tak długo, aż pękł.

Pozostawiając zionącego, co jakiś czas, ogniem smoka swoje kroki kierujemy na Zamek Królewski.

Zamek Królewski – jeden z najważniejszych zabytków w Polsce symbolizujący tysiącletnią historię kraju. Jego początki sięgają IX wieku, lecz obecny wygląd to efekt wielowiekowych przebudów. W zamku znajdują się insygnia królewskie, relikwie i liczne zbiory sztuki. W Katedrze zaś odbywały się koronacje królewskie, pogrzeby i inne najważniejsze uroczystości. Zamek Królewski w 1978 roku został wpisany na Listę Światowego dziedzictwa UNESCO. Jest zazwyczaj oblegany przez turystów, więc bilety warto kupić z wyprzedzeniem.

Chcąc z lekka uciec od gwaru na dziedzińcu Zamku i tłumu turystów (mimo pogody) swoje kroki kierujemy w stronę plantów, przez które przejdziemy do kolejnych urzekających atrakcji miasta.

Planty – założony w latach 20-ych XX wieku park miejski otaczający Stare Miasto. Jego długość to około 4 km, a powierzchniowo zajmuje 21 ha. Powstał w miejscu, gdzie jeszcze w XIX wieku  znajdowała się fosa i mury miejskie. Spacerując chodnikiem łatwo zobaczyć, że asfalt jest poprzecinany kamiennymi konturami o regularnych kształtach. W tych miejscach znajdowały się baszty, które były ściśle wpisane w fortyfikacje miasta. Dziś niewiele po nich pozostało, ale wystarczy sobie wyobrazić potęgę fortyfikacji, gdyż wszystkich baszt było 47. Chcąc odpocząć wśród drzew można usiąść na ławce choćby w towarzystwie dwóch wybitnych matematyków – Stefana Banacha i Ottona Nikodyma.

Skręcając z Plantów w ulicę Jagiellońską warto swoje kroki pokierować w stronę Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego – powstały w XIX wieku skarb historii pierwotnie musiał nosić nazwę Gabinetu Sztuki i Archeologii. Było to związane z zakazami zaboru austriackiego. Muzeum mieści się w najstarszym budynku Uniwersytetu, który to został przekazany na rzecz Uniwersytetu przez króla Władysława Jagiełłę w 1400 roku. Zbiory muzeum w ciągu lat się powiększały dzięki licznym donatorom. Niestety podczas wojny wiele cennych eksponatów zostało ukradzionych. Dziś w budynku muzeum można podziwiać liczne instrumenty naukowe, kolekcje fotografii, rzeźb i grafik. Budynek przechodził wiele przemian, lecz po wojnie wrócił do cudownego wyglądu sprzed 1840 roku, który cieszy oko każdego turysty.

Skrywając się znów wśród drzew na Plantach powoli swoje kroki kierujemy w stronę najbardziej wysuniętej ceglanej budowli fortyfikacyjnej miasta – Barbakanu.

Barbakan – najbardziej wysunięta część fortyfikacji Starego Miasta, która ostała się z całego kompleksu. Wybudowany na kształt barbakanów toruńskich w końcówce XV wieku na zlecenie Króla Jana Olbrachta w obawie przed najazdem wołosko-tureckim. Ta imponująca budowla z murami szerokimi na 3 metry i o średnicy wewnętrznej ponad 24 m była niegdyś połączona z Bramą Floriańską. Zarys murów łączących można zobaczyć na chodniku. Tuż obok Barbakanu można podziwiać pomnik Jana Matejki.

Wychodząc spod Barbakanu kierujemy się przez jedną z ośmiu bram obronnych miasta (Bramę Floriańską) w stronę Rynku. Już od początku ulicy Floriańskiej możemy zobaczyć wyróżniające się dwie strzeliste wieże. O nich jeszcze opowiemy później. Zacznijmy od budynku w samym centrum placu – Sukiennic.

Sukiennice – budowla, którą widzimy obecnie dalece odbiega od ich pierwowzoru. Na początku były to drewniane kramy, które po licznych pożarach postanowiono zastąpić murowanymi. Sukno – czyli wełniana tkanina, która miała ogromną wartość nadała nazwę budynkowi. Sukiennice były budowane w wielu miastach na głównych szlakach handlowych. Dzięki nadanemu przez króla przywilejowi, zwanemu prawem składu, handel w Krakowie wszedł na wyższy poziom. Przywilej oznaczał, że każdy kupiec wjeżdżający do miasta miał obowiązek zatrzymać się i wystawić swoje towary. Dziś w Sukiennicach można kupić wiele pamiątek. Znajduje się tu również oddział Muzeum Krakowa i Podziemia Rynku Głównego, które naszym zdaniem naprawdę warto odwiedzić.

Jeśli uważasz, że ten materiał pomoże Ci stworzyć swój własny, wymarzony wypad, to możesz nas wesprzeć. Wystarczy, że klikniesz w obrazek(powyżej), a on przeniesie Cię na odpowiednią stronę! Dzięki! 🙂

Wieża Ratuszowa – wieża z XV wieku to jedyny fragment Ratusza, który zachował się do naszych czasów. Cały Ratusz przez wieki był przebudowywany i modernizowany. Niestety na skutek zaborów podupadł i zarządzono rozbiórkę części budynków. Niefortunnie prace były wykonywane na tyle niestarannie, że ucierpiała główna bryła Ratusza, który w konsekwencji też trzeba było wyburzyć. W pozostałości jaką jest 70 metrowa wieża obecnie znajduje się oddział Muzeum Krakowa, z którego można podziwiać między innymi piękną panoramę miasta z najwyższych pięter budynku.

Kościół Świętego Mikołaja – mały kościół w stylu barokowym (pierwotnie romańskim) powstał w XI wieku, na miejscu gdzie według tradycji św. Wojciech głosił kazania. Patrząc z bliska na kościół można zobaczyć jakby był wkopany w ziemię. Tak naprawdę wgłębienie przy kościele przedstawia ówczesny poziom gruntu Krakowa. Kiedyś nie wywożono gruzów po wyburzeniach, przez co poziom miasta stopniowo się podnosił. W podziemiach budynku znajduje się wystawa dotycząca historii Rynku Głównego. Kolejną ciekawostką jest to, że jest to jedna z dwóch budowli zakłócająca porządek miasta idealnego na prawie magdeburskim. Powód jest prozaiczny – kościół został wzniesiony blisko 250 lat przed aktem lokacyjnym miasta.

Bazylika Mariacka – powstała na początku XIII wieku świątynia przechodziła wiele przemian. Związane to było z rozrostem miasta, a co za tym idzie – wiernych. Obecne w pierwszej połowie XV wieku trzęsienie ziemi mocno nadszarpnęło budowlę, która również po tym wydarzeniu przeszła kolejne przemiany. Najbardziej charakterystyczne dla Bazyliki są dwie wieże. Wieża Wyższa, zwana Hejnalicą ma 82 m wysokości i jest wyższa od Wieży Niższej o 13 metrów. Druga wieża została przeznaczona na dzwonnicę kościelną. We wnętrzu bazyliki szczególną uwagę trzeba zwrócić na piękny ołtarz autorstwa Wita Stwosza, który przyciąga tysiące turystów. Wychodząc z Kościoła warto zerknąć na kunę, którą zakładano na szyję skazanym. Ówcześnie była ona na takiej wysokości, by pokutnik nie mógł się wyprostować ani klęknąć. To również pokazuje jak poziom rynku podniósł się przez wieki. Bazylika jest drugim budynkiem, który wyróżnia się z planu architektonicznego miasta.
Warto pod Bazyliką być punktualnie o 12:00, wtedy właśnie można posłuchać hejnału Mariackiego z wieży.

Pomnik Mickiewicza – potocznie zwany przez mieszkańców „Adasiem” został odsłonięty 26 czerwca 1898, w setną rocznicę urodzin polskiego wieszcza. Podczas wojny został zniszczony przez hitlerowców okupujących miasto. Po wojnie został zrekonstruowany i wystawiony na widok publiczny pod koniec 1955 roku. Jest to częste miejsce spotkań mieszkańców miasta jak i świetny punkt orientacyjny na Rynku Głównym.

Powoli kończymy naszą wyprawę po pięknym, deszczowym Krakowie zdając sobie sprawę z tego, że przedstawiliśmy tylko kroplę w morzu tego, co można tu zobaczyć. Za każdym razem, gdy tu jesteśmy odkrywamy coś innego. Błądząc uliczkami miasta natykamy się na coraz to ciekawsze budynki, zagłębiamy się w zaułki historii i będąc pewnymi, że wiemy całkiem sporo odkrywamy, że jeszcze wiele drogi przed nami.


Takie właśnie jest podróżowanie.
To ciągłe odkrywanie i doświadczanie.
Czego sobie i Wam życzymy.


Kasia i staś.

Syrakuzy – 6 miejsc, które warto zwiedzić.

Miasto o tak bogatej historii, że jego pełne poznanie zająć może kilka dni. My wybraliśmy się do niego na jeden dzień i staraliśmy się wyłuskać z tego dnia jak najwięcej. Oto … miejsc które naszym zdaniem warto zobaczyć.
Mały Wypad czas start!

LOGISTYKA

               Dotrzeć do miasta można na kilka sposobów. My naszą bazę noclegową mieliśmy w Katanii i to z niej wyruszyliśmy w podróż. Tak samo jak w przypadku Taorminy wybraliśmy autobus, który zawiózł nas niemal do centrum Syrakuz. Bilety kupiliśmy wcześniej, korzystając ze strony internetowej OMIO. Bilet można również kupić w kasach biletowych przy dworcu autobusowym (Jako że kasa biletowa jest w innym miejscu niż odjazd autobusów zamieszczamy mapkę z instrukcją).

Oczywiście można wybrać inne środki transportu. Do wyboru jest jeszcze pociąg i wynajem samochodu. Przy wynajmie samochodu warto pamiętać o dodatkowym ubezpieczeniu na wypadek zarysowania auta.

Bilety do Syrakuz kupiliśmy za ok. 7 euro na osobę w jedną stronę. Jako, że ruch turystyczny w styczniu jest dość mały, to zdecydowaliśmy się kupić bilety powrotne przez Internet w momencie zakończenia zwiedzania.  To zdecydowanie dobra opcja jeśli nie ma się pewności, ile czasu poświęci się na zwiedzanie danego miejsca. ALE, ale!! W sezonie odradzamy takie zabiegi. Może się okazać, że bilety już się wyprzedały i będziemy zmuszeni szukać innych opcji. Bilety powrotne były w podobnych cenach (ok. 7-8 euro).

HISTORIA

               Tutaj zanim wejdziemy w opisy miejsc, które warto odwiedzić chcielibyśmy zatrzymać się na chwilę nad fragmentem historii, która nakreśli znaczenie i potęgę tego miasta na mapie Sycylii.
               Założone przez Greków w VIII w. p.n.e. miasto początkowo znajdowało się jedynie na małej wyspie. Idealna lokalizacja pozwoliła stworzyć port handlowy, który przyczynił się do szybkiego rozwoju zarówno miasta, jak i całej Sycylii. Przez wieki miasto rozwijało się w imponującym tempie, co zaowocowało rozrostem się z wyspy na część lądową Sycylii. Każdy medal ma jednak dwie strony. Rozwój handlu i dogodna lokalizacja nie oszczędziła Syrakuz pod względem licznych najazdów.  Idealna lokalizacja do handlu okazała się również idealną lokalizacją do „parkowania” statków podczas wojen i bitew na lądzie i wodzie. Z tego powodu powstał również drugi port typowo wojenny. Przez wieki spuścizna kulturowa mieszała się ze spustoszeniem militarnym. I właśnie takie – przesiąknięte szeroko pojętą kulturą, zbrukane bitewną krwią – są dziś Syrakuzy.

ZWIEDZANIE

               Naszą wyprawę zaczęliśmy od przejścia małymi uliczkami z przystanku autobusowego na wyspę. Chcąc kupić po drodze dwie pomarańcze, spotkaliśmy się z roześmianą twarzą sprzedawcy, który łamanym angielskim powiedział, że dwie to my możemy sobie wziąć, a nie kupić, co utwierdziło nas w przekonaniu, że to będzie dobry dzień. Po podziękowaniu i odwzajemnieniu uśmiechu ruszyliśmy, by zwiedzić jak najwięcej na Wyspie.

Wyspa Ortygia, nazywana starym miastem, jest połączona z lądem dwoma mostami (Ponte Santa Lucia i Ponte Umberto I). Wyspa została wpisana w całości na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 2005 roku. Na znacznej większości wyspy obowiązuje jedynie ruch pieszy, co pozwala czuć się naprawdę swobodnie podczas spaceru po mieście. Mimo że jej powierzchnia to tylko 1,7 km2 to dokładne zwiedzenie całości zajmuje dobrych kilka godzin. Swoją wprawę zaczęliśmy przechodząc na wyspę Mostem świętej Łucji i kątem oka spoglądając na Archimedesa. To postacie bezapelacyjnie mocno powiązane z Syrakuzami.

Ruiny świątyni Apollina – zbudowana w VI w. p.n.e. swoją wielkością (ok. 60 metrów długości) zasłużyła sobie na jedną z największych takich budowli na Sycylii. Dziś do zwiedzania nie pozostało wiele, lecz kolumny i pozostałości ścian nakazują pochylić głowę nad budowniczymi tamtych czasów. Warto zatrzymać się choć na chwilę przy tym, co pozostało, by zdać sobie sprawę z tego, z jakim rozmachem budowali ponad dwadzieścia pięć wieków temu!

Piazza Archimede – Plac Archimedesa noszący nazwę od słynnego mieszkańca Syrakuz jest urzekający. Otoczony barokowymi fasadami budynków nadaje blasku miejscu, które z racji swojego piękna i jednego z głównych traktów komunikacyjnych przyciąga tysiące turystów. W centralnym punkcie placu znajduje się okazała fontanna poświęcona bogini Dianie z początku XX wieku autorstwa słynnego rzeźbiarza, którym był Giulio Moschetti. W gorące dni turyści mogą poczuć lekkie ukojenie od palącego słońca, dzięki delikatnej bryzie fontanny.

Piazza Duomo – Plac Katedralny to miejsce, które nie sposób przeoczyć podczas spaceru po mieście. Kolorowe witryny sklepów witają swoich gości, a stoliki i parasole dają schronienie i wytchnienie podczas zwiedzania. Bezapelacyjnie Katedra jest punktem centralnym. Budowla w obecnym kształcie pochodzi z VI wieku, ale została zbudowana na fundamentach świątyni Ateny z V w. p.n.e. Co ciekawe, badania z początku XX wieku wykazują, że świątynia Ateny również nie była pierwszą budowlą o charakterze sakralnym w tym miejscu. Dla fanów architektury jest to nie lada gratka. Fasada budynku charakteryzuje się porządkiem korynckim. Kolumny we wnętrzu natomiast to starożytne kolumny porządku doryckiego. Sprawne oko dojrzy jeszcze okres hellenistyczny i normański.
               Kolejnym niepozornym budynkiem na placu jest Kościół św. Łucji.

Kościół św. Łucji – patronka Syrakuz, mieszkanka miasta, była męczennicą, która została ścięta w 304 roku (13 XII). Jej kult jest bardzo widoczny zarówno w kościele jak i w kulturze mieszkańców Syrakuz. Sam kościół w obecnej formie powstał na przełomie XVII i XVIII wieku na gruzach poprzedniego kompleksu po trzęsieniu ziemi. Jest to mały kościół, mimo że stojący raczej w cieniu katedry, to często odwiedzany przez turystów i mieszkańców miasta. Warto wejść do kościoła, by zobaczyć fotograficzne odwzorowanie z 2017 r. obrazu Caravaggio „Pogrzeb św. Łucji”

Źródło Aretuzy – jest ciekawym miejscem do zwiedzenia, ponieważ źródło słodkiej wody na skraju morza jest dość nietypowym zjawiskiem. Dodatkową ciekawostką jest to, że jest to jedno z trzech miejsc na Sycylii i Europie, gdzie rośnie papirus. Budowla w obecnym kształcie (półokrągły basen otaczający źródło) powstała w 1843 roku. Źródło nie jest tylko niesamowitą atrakcją turystyczną, ale było też ratunkiem dla mieszkańców Syrakuz, szczególnie podczas oblężeń, gdyż zaopatrywało miasto w czystą, słodką wodę.

Zamek Maniace – Powstały w XIII wieku fort jest imponującą budowlą, która przez wieki pełniła różne funkcje. Oczywistym jest, że położony na ostrym, klifowym zboczu zamek, w najbardziej wysuniętym miejscu wyspy pełnił przede wszystkim funkcję obronną. Był on również siedzibą królów, wiezieniem i miejscem przechowywania skarbów. Jego nazwa pochodzi od bizantyjskiego dowódcy, który pomógł odbić Syrakuzy z rąk Arabów. Dziś udostępniony do zwiedzania oferuje głównie widok na Morze Śródziemne. Jest to z całą pewnością cieszynka dla miłośników fortyfikacji. Niestety z racji małej ilości plansz i informacji jest to jedynie ciekawy spacer. A szkoda, bo budowla ma naprawdę duży potencjał.

Z typowo zabytkowych miejsc uciekamy w plątaninę wąskich uliczek, by na chwilę zauroczyć się w tym miejscu z zupełnie innej perspektywy. Każdemu też polecamy taką chwilową odskocznię, by naładować akumulatory do dalszego zwiedzania.  

I tym cichszym akcentem bocznych uliczek kończymy naszą podróż po Syrakuzach, a właściwie jedynie po części – wyspie.

Do zobaczenia na szlaku.

Kasia i staś.

Wrocławskie ZOO – miejsce, które trzeba zobaczyć

               Ponad 12 000 zwierząt na przestrzeni 33 hektarów. Do tego siatka ścieżek wypełniona wieloma planszami dydaktycznymi, zagadkami dla najmłodszych i miejscem do wypoczynku. Jest to jeden z najczęściej odwiedzanych ogrodów w Europie. Kupując bilet nie zdawałem sobie sprawy na jaki spacer się piszę i jaki bagaż wiedzy będę miał okazję zdobyć.
Mały Wypad czas start!
Zapraszam.

DATA I GODZINA

O wrocławskim ZOO słyszałem dużo dobrego i nareszcie w drugiej połowie stycznia (26.01) miałem okazję go odwiedzić. Wiele osób wybiera cieplejsze dni (a nawet upalne) na taką rozrywkę twierdząc, że mało można zobaczyć, gdy jest zimno. Nic bardziej mylnego. Gro zwierząt nienawidzi upałów i zdecydowanie lepiej czują się, gdy jest chłodno, niż w letnim skwarze. A dla tych zwierząt, które cenią sobie ciepełko są zbudowane specjalne ocieplane boksy i to właśnie tam można je podziwiać.

Jeśli chodzi o porę dnia to wybrałem 9:00, czyli godzinę otwarcia. Z jednej strony wtedy jeszcze nie ma tłumów i bez problemu można zwiedzić (poniekąd prowadząc cały peleton) sporą część ZOO, z drugiej zaś, o czym nie wiedziałem, wiele zwierząt miało z rana czas karmienia. Szedłem więc za meleksem, który rozwoził śniadanie i miałem okazję zobaczyć mnóstwo gatunków na porannej wyżerce. Póki co – same plusy.

CZAS ZWIEDZANIA

               Żeby zatrzymać się i przez chwilę podziwiać zwierzęta trzeba dużo czasu. Żeby przyswoić ogrom wiedzy zamieszczony na planszach potrzeba jeszcze więcej czasu. Mi zwiedzanie zajęło lekko 4 godziny, a nie robiłem sobie przerw podczas oglądania i ścieżkami chodziłem w miarę możliwości szybko. Nie skłamię twierdząc, że ta wyprawa może być całodzienną przygodą. Na szczęście ogród przygotował świetne zaplecze rekreacyjno – wypoczynkowe. Nie brakuje ławek, na których można odpocząć, a w sezonie działa również pełna gastronomia rozsiana na trasie zwiedzania (teraz całość jeszcze jest uśpiona przed wiosennym szturmem). Jest to naprawdę fajnie rozplanowany teren. Nawet toalety są super rozmieszczone, tak żeby nie trzeba było ich szukać… no właśnie, co do „szukać.”

LOGISTYKA

Teren ogrodu jest cały czas modernizowany i unowocześniany. Powstają nowe budynki i ścieżki dydaktyczne, które są naprawdę dobrze oznaczone. Słupki kierunkowe z całą pewnością ułatwiały mi poruszanie się po całym obszarze, a mapy znajdujące się przy głównych skrzyżowaniach rozwiązują wszelkie wątpliwości. Podczas przechodzenia z punktu w punkt dokładnie wiedziałem gdzie iść, a gdzie już byłem.

Z perspektywy czasu ciężko mi określić, czy mój kierunek zwiedzania był najbardziej optymalny. Ja zacząłem od zagród, kierując się po kolei z miejsca w miejsce. Moim planem było zostawienie Akwarium i Afrykarium na drugą połowę zwiedzania. Z jednej strony pomyślałem, że najpierw wszyscy po wejściu mogą pójść tam chcąc uniknąć tłumu, a potem będą zwiedzali resztę, z drugiej strony chciałem zostawić sobie taką wisienkę na torcie na koniec zwiedzania. Czy moja logika byłaby powtarzalna to ciężko stwierdzić, ale tłumów nie było zarówno przy zagrodach jak i w budynkach. Czyli 1:0 dla mnie 🙂

O ZOO

Wrocławski ogród zoologiczny położony na 33 hektarach jest mieszkaniem dla ponad 12 tysięcy zwierząt. Jest najstarszym ogrodem w Polsce i działa od 1865 roku prężnie do dziś z dwoma małymi przerwami. Na terenie parku oprócz różnorodnych gatunków zwierząt turyści mogą podziwiać wiele zabytkowych budowli, które pełniły bądź nadal pełnią funkcję schronienia dla zwierząt. Wiele z budynków zmieniło swoje przeznaczenie, jak na przykład Baszta Niedźwiedzi, którą obecnie zajmują sowy. Jest też domek nutrii – jedno z nielicznych drewnianych mieszkanek, które pozostało ok. 1890 i pełni swoją rolę do dziś. Na terenie parku nie brakuje też nowoczesności. Największą atrakcją ogrodu cieszy się Afrykarium z tunelem, przez który można przejść podziwiając różne gatunki ryb. Mi osobiście się podobał, ale mnie nie porwał. Ale za to cała reszta Afrykarium niemalże wyrywa z butów. Naprawdę.

Motylarnia, Żyrafiarnia, Terrarium, Odrarium i wiele innych to z całą pewnością miejsca, które na długo zapadają w pamięci. Ranczo pozwala poznać niedaleką historię, o której wielu najmłodszych nie ma pojęcia. Przykłady chomąt z pewnością pomogą uświadomić najmłodszym, że traktory nie zawsze „rządziły” polami 🙂

Ogród pod swoje skrzydła przyjął wiele gatunków zwierząt z nielegalnych hodowli, przemytu czy z terenów szczególnie zagrożonych dla danych gatunków.

PODSUMOWANIE

               Osobiście uważam, że będąc we Wrocławiu i nie zahaczyć o ZOO byłoby sporym błędem. Nie jest to jednak miejsce na dwie godziny, więc dobrze jest zaplanować przynajmniej pół dnia na zwiedzanie.  Warto pamiętać o tym, by w ciepłe dni zabrać jakieś nakrycie głowy i choćby butelkę na wodę (na terenie ogrodu znajdują się kraniki z wodą). 

Normalny bilet wstępu kosztuje 70 zł, natomiast ulgowy 60 zł. Dostępne w sprzedaży są jeszcze bilety rodzinne i roczne. Nie jest to najmniej, ale biorąc pod uwagę ilość atrakcji, możliwość aktywnego spędzenia całego dnia połączonego z nauką i dobrą zabawą jest to kwota, którą naprawdę warto wydać.

ZOO (piszę tu o wszystkich ogrodach) ma swoich zwolenników i przeciwników. Zgadzam się bezapelacyjnie z tym, że takie miejsca nie są środowiskiem naturalnym dla wielu gatunków zwierząt. Warto jednak pamiętać o tym, że wiele gatunków jest na skraju wymarcia ze względu na brak swojego naturalnego środowiska czy szeroko pojętego „handlu i postępu”.
Za takim obrotem spraw stoi najgroźniejszy i najgorszy z gatunków – My, ludzkość.
Zatem czy takie miejsca są więzieniem czy ostatnią chronioną ostoją?
Każdy kij ma dwa końce. Zawsze.

Londyn – 10 miejsc, które są symbolami miasta.

Londyn jest miejscem, którego nie sposób w całości odkryć, choć trzeba odkrywać. Miejscem, które wciąga w zaułki historii, przenikające się i uzupełniające. Zakamarki szeroko pojętej kultury obejmują swoimi mackami każdego kto tylko zechce. Nowoczesność współgrająca z wiktoriańskim stylem.
Taki właśnie jest Londyn naszymi oczami.

Ilekroć pomyślę o Londynie i zdjęciach przychodzi mi na myśl najlepszy deszczowy październik jaki śmiem sobie wyobrazić. Skąpani w strugach wyspiarskiego deszczu, z żałosną nadzieją na lekki przebłysk, spacerowaliśmy ulicami i alejami zachodząc od czasu do czasu do muzeum. Aparaty otulone w gęstych kroplach i wyczekiwanie w kałużach tego najlepszego.
Każdy, kto dotarł do tego momentu tekstu, nie będąc w stolicy, pomyślał pewnie „No debil”. Każdy, kto tam był z lekką ekscytacją w głosie zapyta „Czułeś to? Czułeś?”
Z delikatnym uśmiechem odpowiadam „Czułem i Kasia też to czuła”
I teraz chcemy Was zabrać w podróż by podsycić Waszą chęć na Mały Wypad.
W drogę!

KOMUNIKACJA

               Choć Londyn jest trzecim co do wielkości miastem Europy, to podróżowanie po tej ogromnej aglomeracji to czysta przyjemność. Bardzo dobra komunikacja kolei naziemnej połączona z gęsto usianą pajęczyną metra pozwala przemieścić się z punktu w punkt w krótkim czasie. Podczas ostatniej podróży korzystaliśmy z Oyster card, którą można kupić i doładować w kiosku na peronie. Koszt samej karty to 7 funtów + doładowanie najczęściej 23 funty. Pieniądze za kartę (te 7 funtów) po roku przechodzą na konto do wykorzystania. Inną opcją jest płacenie zbliżeniowe, które również jest bardzo popularne i nawet polecane. Czytaliśmy jednak, że czasem występuje problem z autoryzacją, dlatego my zdecydowaliśmy się oszczędzić sobie stresu i płacić klasycznie.
Karta obowiązuje na metro i kolej naziemną więc „jakby luksusowo”.

Każda stacja metra jest dobrze opisana dzięki temu naprawdę ciężko się zgubić, a jeżdżąc kolejką mieliśmy do dyspozycji na peronie mapę i dokładny rozkład.
Dużym plusem jest też korzystanie z map Google i nawigowanie się transportem publicznym dzięki aplikacji (Pamiętać trzeba jednak o kosztach związanych z transmisją danych zagranicą).

W Londynie obowiązuje ruch lewostronny i warto o tym pamiętać wchodząc na przejście, albo choćby wychodząc z metra. O ile samochody i rowery zachowują tę zasadę, o tyle ludzie już jakoś nie. Londyńczycy są przyzwyczajeni do tego, że większość świata porusza się inaczej (kiedyś ruch lewostronny był w wielu krajach), ale warto pamiętać o tym, że to my tam jesteśmy gośćmi i wypada przestrzegać zasad danej społeczności.

WAŻNE

               Przed planowanym wylotem do Wielkiej Brytanii trzeba pamiętać o tym, że nie jest ona już w Unii Europejskiej. Co za tym idzie dokumentem umożliwiającym podróż jest paszport. Poza sezonem wyrobienie paszportu to okres maksymalnie paru tygodni. W sezonie ten czas może wydłużyć się do miesięcy. Warto więc pomyśleć o tym wcześniej, żeby nie przegapić biletowej okazji życia.

Wielka Brytania posiada również własną walutę, jaką są funty. Warto pamiętać o tym, że jeśli byliśmy np. w Londynie parę lat temu i zostało nam parę zaskórniaków to raczej nimi nie zapłacimy, ponieważ jest na nich wizerunek Królowej Elżbiety II (UWAGA!! Te banknoty nie stracą swojej wartości. Można je nadal wymienić w każdym banku). Większość miejsc akceptuje jednak płatności kartą.

               Rzeczą, o której będziemy powtarzali uparcie do znudzenia jest wykupienie ubezpieczenia podróżniczego. Zazwyczaj kosztuje grosze, a może naprawdę uratować skórę w krytycznej sytuacji.

ZWIEDZANIE

                Jako że większość wybiera się na Mały Wypad, a nie na roczne zwiedzanie Londynu, to wybraliśmy jedynie kilka pozycji na 2-3 dniowy wyjazd. A naszą podróż zaczniemy od muzeum. Tutaj warto pamiętać o tym, że wiele muzeów w Londynie jest za darmo. Ważne jest również to, żeby dokonać rezerwacji przez Internet (oddzielne wejścia dla posiadających bilety). To zaoszczędzi naprawdę dużo czasu (kolejki są ogromne).

Science Museum  – muzeum nauki to nie lada gratka dla wszystkich. Nawet jeśli ktoś nie był orłem w szkole to z całą pewnością znajdzie coś dla siebie. Powstało w 1857 roku. Całe spektrum od matematyki, fizyki, poprzez medycynę i na kosmosie kończąc mogą przyprawić o zawrót głowy. Nie sposób obejrzeć całość i całość zapamiętać. Jest to jedno z tych miejsc, do których trzeba wracać. Rozkoszować się postępem jaki wydarzył się na przestrzeni wieków i docenić odkrycia dokonane przez największych tego świata.

Natural History Museum – kolejna świetna pozycja, która na nas zrobiła spektakularne wrażenie. Zbiory w ilości ponad 70 milionów eksponatów jest potęgą samą w sobie. Oficjalne otwarcie odbyło się w 1881 roku i od tego czasu uczy swoich gości. Na szczególną uwagę zasługuje szkielet płetwala błękitnego, który wisi w holu głównym. Ponadto plaster sekwoi o średnicy 6 metrów robi niesamowite wrażenie. Warto też zajrzeć do galerii z dinozaurami, można bowiem tam zobaczyć ryczącego, ruszającego się dinozaura.

              

Z doświadczenia wiemy, że najlepszą opcją zwiedzania tych muzeów jest podzielenie tych atrakcji na oddzielne dni. Wtedy zdecydowanie więcej zostanie w pamięci i nie padniemy wyczerpani gdzieś pomiędzy piętrami ze zmęczenia i przesytu informacji.

Picadilly cirrus – ikona, jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Londynie. Wielu miało okazję oglądać to spektakularnie oświetlone reklamami skrzyżowanie na niejednym filmie, ponieważ często miejsce to jest planem zdjęciowym. W centralnej części placu stoi pomnik Erosa otoczony fontanną, który jest popularnym miejscem spotkań i wieców. Ponadto plac otoczony teatrami i sklepami pełni rolę rozrywkową i handlową. Nie trzeba wspominać, że najlepiej zwiedzać to miejsce to wieczorową porą.

Big Ben – bezapelacyjny symbol miasta i kraju. Usytuowany przy zachodnim skrzydle Parlamentu Wielkiej Brytanii został ukończony w 1859 roku. Początkowo nazwa ta odnosiła się do 13 tonowego dzwonu umieszczonego wewnątrz wieży zegarowej, której faktyczna nazwa to Elizabeth Tower. Obecnie jednak, każdy bardziej kojarzy wieżę jako Big Ben. Blisko 100 metrowy (96,3m) budynek jest punktem orientacyjnym na mapie Londynu i jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w mieście. Ci, co łakną zwiedzania wieży ucieszą się, że po czteroletnim remoncie wnętrza Big Bena znów zostały oddane „w ręce” zwiedzających.

London Eye – popularna nazwa jednego z największych diabelskich młynów na świecie. Znajdujący się na brzegu Tamizy kolos ma ponad 135 metrów wysokości. Powstał w 2000 roku z okazji nowego tysiąclecia i miał być instalacją czasową, jednak na prośbę wielu mieszkańców został na stałe. Nadal jest kością niezgody wśród mieszkańców Londynu. Jedni mówią, by iść z duchem czasu, drudzy natomiast twierdzą że to szkaradny element zupełnie nie wpisujący się w zabudowę miasta. Ciekawostką jest, że kapsuł jest 32, lecz numery są od 1 do 33. Spowodowane jest to tym, że pominięto pechową 13. Podróż diabelskim młynem trwa około 30 minut, a bilety zaczynają się od 20 funtów.

Trafalgar Square – jest jednym z najważniejszych placów w Londynie. Swoją nazwę nosi od miejsca zwycięskiej bitwy floty brytyjskiej nad flotą francusko-hiszpańską w 1805 roku. W centralnym punkcie stoi pomnik poświęcony admirałowi Nelsonowi. Nieopodal placu znaleźć można między innymi budynek National Gallery. Jest to miejsce szczególnie często wykorzystywane do organizacji wydarzeń kulturalnych, obchodów, koncertów i demonstracji.

Tower Bridge – charakterystyczny i rozpoznawalny na całym świecie most łączący brzegi Tamizy jest niewątpliwie unikatem. Otwarty w 1894 został skonstruowany tak, by umożliwić żeglugę wyższym statkom o dużej masie. Składa się z dwóch wież i zwodzonego przęsła. Chętni mogą zwiedzić wnętrze mostu i dowiedzieć się jak działa, poznać jego historię oraz przejść się górnymi przejściami, co z całą pewnością pozostanie w pamięci na lata. Koszt zwiedzania zaczyna się od 6 funtów.

Hide park – uciekając od ruchu ulicznego i wszechobecnego tłumu schronienie można znaleźć w stworzonym w 1637 roku parku. Na 140 hektarach zieleni można odpocząć i zaczerpnąć świeżego powietrza. Park posiada również wiele placów i boisk, na których mieszkańcy rozgrywają między innymi mecze piłki nożnej i siatkówki. Jest to idealne miejsce na aktywny wypoczynek jak i na leniwy odpoczynek wokół natury. Warto pamiętać, że jeśli mamy w planie leniuszkowanie to niektóre leżaki są płatne. Ciekawym miejscem jest speakers corner– miejsce, w którym każdy bez względu na wiek, płeć, wyznanie czy narodowość może wygłosić swoje zdanie bez konsekwencji. Jedynem, o czym nie można mówić negatywnie to rodzina królewska. To miejsce wolności słowa i szeroko pojętej dyskusji  powstało w XIX wieku. Warto przybyć tu na chwilę i wsłuchać się w zażarte dyskusje, które trwają niemal nieprzerwanie.

Pałac Buckingham – zbudowany w 1703 roku pałac od czasów królowej Wiktorii jest główną siedzibą rodziny królewskiej. Obecnie jest to symbol, który trzeba zobaczyć będąc w stolicy. Najlepszym czasem do odwiedzenia tego miejsca jest zmiana warty, która odbywa się o 11:30. W sezonie (kwiecień – lipiec) można ją podziwiać codziennie, w resztę roku, co drugi dzień. Po obejrzeniu okazałej budowli i zmiany warty warto przejść się alejkami jednego z dwóch pobliskich parków.

Harrods – jeden z najbardziej znanych domów towarowych na świecie. Założony w 1834 roku od samego początku miał oferować szeroką gamę artykułów. Dziś jest symbolem brytyjskiego luksusu i tradycji handlowej. Unikalne produkty, kolekcje znanych marek rozmieszczone na 90 000 m2 prezentują szyk, splendor i bogactwo. Zanim jednak wybierzecie się do Harrodsa pamiętajcie, że aby tam wejść trzeba być ubranym elegancko (Goście w japonkach, shortach i ubraniach odkrywających dużą część ciała mogą nie zostać wpuszczeni).

Fish and chips – ryba z frytkami to z całą pewnością nie miejsce. To klasyk kuchni w Londynie. Uważamy, że jest to nieodzowny element wyjazdu i ilekroć będziemy tu wracali to będziemy jedli tę tłustą rybę z głębokiego oleju, frytki i puree z zielonego groszku. Żeby zjeść dobrze i nie wyczyścić kieszeni warto odejść parę kroków od centrum i poszukać małej knajpki. Przy odrobinie szczęścia i sprawdzeniu opinii w internecie doznacie raju dla podniebienia.

I z rozpalonym apetytem do zwiedzania i zjedzenia małego „co nieco” postanawiamy Was zostawić. Mamy nadzieję, że już powoli pakujecie plecaki i szykujecie się na podbój Londynu.

Do zobaczenia na uliczkach miasta,

Kasia i staś.

Rzym – 9 miejsc, które warto zobaczyć.

(na końcu artykułu znajdziesz odnośnik do filmu – przewodnika po tych miejscach)

Największym błędem, który można popełnić jadąc do Wiecznego Miasta jest chęć zobaczenia…. wszystkiego. Jedynie, co z takiego wyjazdu pozostanie, to ból głowy, oczopląs i odciski. Dlatego śpieszymy z przewodnikiem po 9 miejscach, które warto zobaczyć w Rzymie.
Mały Wypad czas start!

WSTĘP

               Zanim przejdziemy do pełnego opisu chcemy nakreślić, że nie da się opowiedzieć kilku tysięcy lat historii w paru zdaniach i to co opisuje ten artykuł, to jedynie wierzchołek góry lodowej 🙂 Możecie nam wierzyć lub nie, ale każdy kolejny krok, który stawialiśmy, prowadził nas do nowych odkryć niekoniecznie opisanych w przewodnikach. Zatem jadąc na Mały Wypad nie smućcie się, że coś pominęliście. Do tego miasta trzeba wracać i za każdym razem odkrywać coś nowego, zaskakując się coraz bardziej i bardziej. Nie mniej jednak mamy dla Was propozycję 9 miejsc, które są jednymi z „ciasteczek” na mapie Rzymu.

O tym jak dostać się z lotniska Campino do centrum możesz przeczytać tutaj.

(link otworzy się w nowym oknie)

LOGISTYKA

Niezbędne w podróżowaniu po Rzymie będą na pewno wygodne buty. To one pozwolą nam zrobić wiele kroków przechadzając się kamiennymi ulicami czy parkami. Jeśli będziecie w mieście w ciepłe dni to koniecznie zabierzcie nakrycie głowy i okulary przeciwsłoneczne. Dobrym planem jest też krem z filtrem. Nie zapominajcie o wodzie lub choćby butelce (dość gęsto usiane kraniki z wodą na ulicach pozwolą uzupełnić zapasy). I tutaj warto się pochylić na chwilę nad tematem toalet. Jest ich zdecydowanie mniej niż w czasach starożytnych, co może z lekka rozbić podróż. Jeśli już jesteśmy przy toaletach to warto pamiętać, by mieć w kieszeni parę drobnych. W wielu miejscach nie zapłacimy kartą (choćby w toalecie).
We Włoszech obowiązuje siesta, dlatego warto wcześniej zaplanować sobie jedzenie lub drobniejsze zakupy, żeby się nie nadziać (My podróżując po Włoszech zawsze ustawiamy budzik na ok. 12:30, żeby w ferworze zwiedzania nie przegapić ostatniego momentu, żeby coś kupić przed zamknięciem – Polecamy!)
              
Bilety wstępu do różnych atrakcji warto kupić z wyprzedzeniem. Z jednej strony będziemy mieli pewność, że w ogóle wejdziemy, a z drugiej unikniemy stania w długich kolejkach (w sezonie zwykle warto rezerwować bilety z kilkudniowym wyprzedzeniem).

ZWIEDZANIE

Uzbrojeni w wodę, czapkę i przewodnik ruszamy w drogę, a zaczynamy od Circus Maximus, poprzez Fontannę Di Trevi, na schodach hiszpańskich kończąc.

Circus Maximus – był to najstarszy i największy cyrk starożytnego Rzymu. Jego początki sięgają III w. p.n.e. Był on wielokrotnie przebudowywany i modernizowany. Wiązało się to z rozwojem, jak i z licznymi pożarami, które trawiły okazałe budowle, w tym cyrk.  W swoim ostatecznym, murowanym kształcie był w stanie pomieścić blisko 250 tys. osób (Warto zauważyć, że Rzym wtedy miał około 1 miliona mieszkańców).  Głównym celem budowli było oglądanie wyścigów rydwanów, które cieszyły się w starożytnym Rzymie ogromną popularnością. Dziś można oglądać jedynie skromne pozostałości, ale ukształtowanie terenu pozwala sobie wyobrazić wielkość budowli przed wiekami.

Łuk Konstantyna – jeden z najmłodszych łuków tryumfalnych powstał w 315 roku, w trzy lata po zwycięskiej bitwie Konstantyna nad cesarzem Maksencjuszem. Zaznaczający się swoją obecnością, stojący w otoczeniu Koloseum i Forum Romanum, łuk powstał z wcześniejszych budowli. Taki zabieg spowodował, że zbudowano go szybciej i taniej. Miejsce to jest nie tylko świetnym punktem orientacyjnym wśród zabytków, ale też miało swoje uzasadnienie. To tędy prowadził antyczny szlak procesyjny. Konstantyn odegrał też kluczową rolę w historii rzymskiego chrześcijaństwa, zatem według wielu źródeł mówi się, że łuk symbolizuje również początek przemian.

Koloseum – a tak dokładniej to Amfiteatr Flawiuszy powstał w ciągu dekady między 70 a 80 rokiem n.e.  Jego nazwa nie pochodzi od wielkości budowli, ale od ogromnego posągu Nerona z brązu, który stał nieopodal. Swoją wielkość budowla zawdzięcza doskonałym architektom i inżynierom tamtych czasów. Poprzez wykorzystanie betonu, który z resztą Rzymianie wynaleźli, można było budować wyżej i donioślej. Doniosłość ta miała pokazywać potęgę cesarstwa, a odgrywane na arenie walki gladiatorów sugerowały, że cesarstwo nie cofnie się przed niczym. Z drugiej strony taka rzeź była ulubioną rozrywką Rzymian. Miejsca w Koloseum odpowiadały hierarchii struktur w Rzymie. Na samym dole siedział Cesarz i senatorowie, wyżej arystokracja, potem lud i żołnierze, następnie niewolnicy, a na samej górze siedziały kobiety.

Forum Romanum – pierwotnie błotniste tereny nienadające się do użytku zostały osuszone przez Etrusków. To tam znajdował się plac targowy. Z chwilą rozwoju miasta i coraz większej potęgi handel na placu został wyparty przez ośrodki kulturalne. Mówi się, że było to serce religijne, polityczne i społeczne imperium Rzymskiego. Mimo upływu lat i licznym zniszczeniom jest to świetnie miejsce do zwiedzenia i uświadomienia potęgi jaką był Rzym.

Ołtarz ojczyzny – usytuowany na Placu Weneckim pomnik Wiktora Emanuela II zwany również Vittoriano został wybudowany w latach 1885 – 1911. Biały marmurowy kompleks w stylu neoklasycystycznym z całą pewnością zaprze dech w piersiach i na długo zostanie w pamięci. Trzeba jednak pamiętać, że jest on kością niezgody przez wielu nazywany nawet katastrofą architektoniczną. Wiąże się to z jego monumentalnością i bielą, co skutecznie przyćmiewa okalające go zabytki. Jakby tego było mało, to podczas budowy „maszyny do pisania” (złośliwa nazwa pomnika) zniszczono część Kapitolu i wiele cennych budynków mieszkalnych. W budynku znaleźć można Grób Nieznanego Żołnierza, punk widokowy oraz Muzeum Zjednoczenia Włoch.

Fontanna czterech rzek – znajdująca się na środku Piazza Navona fontanna charakteryzuje się wysokim, egipskim obeliskiem z czterema posągami charakteryzującymi rzeki czterech kontynentów: Nilu, Gangesu, La Platy i Dunaju. Fontanna jest uważana za jedno z największych osiągnięć rzeźby barokowej i świetny punkt orientacyjny na mapie Rzymu. Warto zwrócić uwagę, że plac na którym stoi był kiedyś stadionem Domicjana. Ciekawostką jest to, że obecny plac powstał DOKŁADNIE na ruinach stadionu „lekkoatletycznego”.

Panteon – jedna z wizytówek miasta, którą nie sposób pominąć w zwiedzaniu. Wybudowana w 125 r. n.e. przez cesarza Hadriana ku czci wszystkich bogów do tej pory olśniewa swym kunsztem. Rozpiętość kopuły to 43,6 m. Cały ciężar przenoszony jest na 8 szerokich kolumn, a kasetonowe sklepienie nadaje bryle lekkości. W środku można podziwiać liczne rzeźby i zdobienia. Warto zwrócić uwagę na 16 kolumn stojących przed wejściem. Zostały one przywiezione w CAŁOŚCI!!! z Egiptu. 

Fontanna di Trevi – jedna z najbardziej rozpoznawalnych fontann na świecie. Zbudowana w drugiej połowie XVIII wieku urzeka swoim kunsztem do dziś. Zasilana jest wodą z akweduktu, który został wybudowany w 19 r. p.n.e. Fontanna przedstawia greckiego boga, największego z tytanów Okeanosa i dwa trytony (hybrydy człowieka i ryby). Bóstwo stoi na rydwanie zaprzęgnięte w dwa hipokampy (hybryda ryby i konia). Jedno burzliwe, drugie natomiast spokojne – mają być alegorią stanów mórz. Ponad wszystkim stoją cztery rzeźby przedstawiające 4 pory roku.
(Wiem, wiem dużo się tu dzieje, ale nie bez kozery jest to jedna z najwspanialszych fontann na świecie). Ważne by pamiętać o tym, żeby przez ramie wrzucić pieniążek do fontanny. Mówi się, że dzięki temu na pewno wróci się do wiecznego miasta.

Schody Hiszpańskie – Wybudowane w pierwszej połowie XVIII wieku miały na celu połączyć kościół Trinita dei Monti z Placem Piazza di Spagna.  Charakterystyczne 135 stopni o kształcie łuków upodobali sobie zarówno Włosi jak i turyści. Tam przez długi czas można było spotkać znajomych siedzących na schodach i uciąć sobie miłą pogawędkę. Obecnie jest zakaz siadania na nich, a za łamanie tego przepisu grożą srogie kary. U stóp schodów znajduje się Fontanna Barcaccia. Upamiętnia ona moment, w którym Tyber wylał i opadająca woda pozostawiła w tym miejscu łódkę. Warto wejść po schodach na samą górę, żeby zobaczyć panoramę miasta.

PODSUMOWANIE

               Ta krótka przygoda, którą odbyliśmy w styczniu 2023 jest dosłownie zalążkiem zwiedzania miasta. Zawarliśmy w artykule i w filmie jedynie najważniejsze informacje i gwarantujemy Wam, że jeśli tylko byśmy na moment zboczyli z zaplanowanej przez nas trasy zwiedzania, to do tej pory błąkali byśmy się po uliczkach odkrywając coś nowego. Z całą pewnością nie jest to miejsce na jeden weekend. Jest to miasto do odkrywania i poznawania. Zwiedzania i doświadczania.

Togo właśnie chcemy Wam życzyć podczas małego wypadu do Rzymu.

Do zobaczenia gdzieś pośród uliczek wiecznego miasta.

Kasia i staś.

CASTELMOLA – ścieżką saracenów

Ci, którzy uwielbiają podróże.
Ci, którzy cenią widoki.
Ci, którzy łakną aktywności.
                              Zakochają się tu.

Bo być w Taorminie i nie zobaczyć widoków z Castelmola, to jak być w Rzymie i nie zobaczyć Koloseum.

Przed wejściem na szlak

               Zanim wyruszymy, by podziwiać malowniczy krajobraz, warto pamiętać o paru kwestiach, żeby nie nabawić się problemów. Trzeba przyznać, że szlak jest raczej szlakiem średniozaawansowanym.

Odpowiednie obuwie – w większości przeważa ścieżka kamienista, lecz zwarta (początek trasy). Następnie szlak zmienia się w wybrukowany trakt spacerowy.  
Nakrycie głowy – szlak położony jest na południowo zachodnim zboczu, jedynie fragmentami zacieniony.
Woda – mimo że szlak nie należy do długich, to warto mieć ze sobą butelkę wody (na szlaku nie ma sklepu!). Nachylenie i ekspozycja słońca robią swoje.

(TUTAJ UWAGA!!!  W żaden sposób powyższy opis nie miał na celu zniechęcenia do podróży. Uważamy, że szlak jest prześliczny i warto go pokonać. Uczulamy jednak na to co może, w ferworze zwiedzania, umknąć)

Koniecznie zerknij: Taormina – 8 miejsc wartych zobaczenia!

link otworzy się w nowym oknie.

Droga na szczyt

Podróż można zacząć, tak jak my, od Porta Catania, kierując się w prawo lekkim podejściem Via Sesto Pompeo. Już tutaj, z każdym krokiem można doświadczyć „zmieniającego się krajobrazu”.  Z typowo turystycznego klimatu Corso Umberto, z metra na metr wchodzi się we włoską sielankę, a jest to urzekające. Wychodząc na Via Leonardo Da Vinci kierowaliśmy się w górę. Ta ulica jest bardziej ruchliwa, więc biorąc pod uwagę styl jazdy Włochów warto mieć oczy dookoła głowy 🙂 Jeśli ktoś zapomniał o śniadaniu lub po prostu zapomniał zaopatrzyć się w małe „co nieco”, to idąc drogą na zakręcie jest cudowna piekarenka, w której można kupić choćby kawałek pizzy. My musieliśmy się zatrzymać. Nie to, że zapomnieliśmy zjeść, ale ja jestem z tych co lubią jeść, a jeśli nie ma jedzenia to jestem nieznośny. Także jeśli chodzi o jedzenie, to zawsze jestem na „tak”: )
Po małych zakupach, kierując się dalej w górę, weszliśmy w Via dei Saraceni, by tu rozpocząć naszą przygodę.

Wejście na ścieżkę znajduje się po prawej stronie drogi, a początek jest oznaczony kolorowym znakiem, który w gruncie rzeczy ciężko przeoczyć. Już po kilku krokach ścieżka zaczyna ukazywać swoje piękno. Kamienista, zwarta droga nie jest zbyt wymagająca, choć może nie być najłatwiejsza jeśli chciałoby się podróżować z małym dzieckiem w wózku. Samo podłoże drogi nie powinno sprawiać większych problemów. Większym wyzwaniem mogą być dla niektórych przewyższenia.

Kierując się powoli w górę mieliśmy spory problem na to by patrzeć na ścieżkę. Powodem tego był widok, który zapierał dech w piersiach. Krajobraz z widokiem na wulkan i panorama Taorminy były po prostu zniewalające. A z każdym krokiem było jeszcze lepiej. Tarasowane pola i serpentyny lokalnych dróg przecinające góry nadają im cudowny charakter. Osobiście wiem, że wrócę w te okolice, by spalić nogi na podjazdach rowerem i włosy czesać wiatrem przy zjazdach. Istne piękno!

Dochodząc do miasteczka weszliśmy jeszcze do małego kościoła San Biagio z I wieku, który powstał z inicjatywy świętego Pankracego. Kościół ma typowy kształt budowli południowych Włoch. Przez lata niszczony przez żywioły został odrestaurowany w latach 90-tych ubiegłego wieku. Podczas prac odkryto między innymi XVIII wieczny fresk Madonny z Dzieciątkiem. Z placu przed kościołem można podziwiać panoramę Taorminy, Etnę i bezkres Morza Jońskiego.

Jeszcze parę kroków i docieramy do Castelmoli. Miasteczko przywitało nas wąskimi uliczkami, sielankowym klimatem włoskiej siesty i lekkim poszczekiwaniem kundelków wychylających swoje pyszczki z otworów w bramach i płotach.  Po pokonaniu paru stopni w górę i niezliczonej liczbie zdjęć, dotarliśmy do kościoła świętego Mikołaja z Bari. XVI-wieczny kościół wielokrotnie przebudowywany jest mieszanką stylów – od romańskiego, przez gotycki i arabski na normańskim kończąc.  Już ten początkowy akcent uświadamia, że miejsce to ma wiele do zaoferowania.

My wybraliśmy się  na zwiedzanie wąskimi uliczkami starając się unikać ruchu turystycznego. Z jednej strony to było łatwe, ponieważ w styczniu miasteczko nie jest oblegane, z drugiej strony jest ono na tyle małe, że nie sposób nie przecinać uliczek, którymi szło się wcześniej. I tak siłą rzeczy odkryć można kolejne atrakcje takie jak Castello di Mola i popularną knajpę Turrisi.

Castello di Mola – ciężko określić dokładną datę budowy zamku, ale kroniki podają, że fortów obronnych w tym miejscu na przestrzeni wieków było kilka. Pierwsze konkretniejsze wzmianki sięgają IX wieku. Kamienna tablica na fasadzie katedry miejskiej świadczy, że zamek powstał za czasów Konstantyna, choć historycy są zgodni, że zamek istniał wcześniej. Obecnie można zwiedzać jedynie ruiny, które pozostały po okazałym zamku. Warto stanąć przy fragmentach murów obronnych, by uzmysłowić sobie idealną lokalizację obronną zamku z widokiem na Półwysep Apeniński.

Tirrisi – jest to z pewnością lokal oryginalny i nietuzinkowy. Wszędzie, gdzie tylko poniesie wzrok, można się natknąć na… kutasa. Kształt dowolny, rozmiar też. Jest to niemalże kutasowe imperium, które z całą pewnością utkwi każdemu w pamięci. Choć knajpa na samym początku budziła mnóstwo kontrowersji w końcu się przyjęła i teraz ściąga do siebie tłumy z Taorminy. Napędzając turystykę w miasteczku.

Z Castelmola można zejść do Taorminy w taki sam sposób, czyli Ścieżką Saracenów lub w drugim kierunku kierując się ścieżką nieopodal drogi SP10. Jest dość stroma i mocno czuć nogi przy schodzeniu, ale trud wynagradza panorama Taorminy z widokiem na turkusowe Morze Jońskie.

Z całą pewnością wrócimy tu po kolejną garść wspomnień.

Mamy nadzieję, że rozpaliliśmy w Was chęć do odwiedzenia tego niesamowitego miejsca.

Do zobaczenia,

Kasia i staś.

Taormina – 8 najciekawszych miejsc do zwiedzenia.

Miasto, które przez wielu jest nazywane perłą Sycylii. Skrywające wiele pomiędzy wąskimi uliczkami. Czarujące i urzekające. Wykute w skale miasto, choć przesiąknięte wymagającymi przewyższeniami, widokiem swoim wynagradza wszystko. Pojawiają się jednak głosy, że jest mocno przereklamowane i zupełnie niewarte odwiedzenia. Czy oby na pewno?
Zapraszamy Was w podróż, by odkryć to miejsce.
Mały Wypad czas start!

Zanim wyruszymy na dobre do Taorminy trzeba zadać sobie pytanie, jak chcemy ją zwiedzić.
Czy leniwie poszwendać się po Corso Umberto I, zasiadając od czasu do czasu na kawę i przyglądając się witrynom z sycylijskimi upominkami? Czy raczej wspiąć się do pobliskiej miejscowości Castelmola i popatrzeć na wszystko z góry?
My lekko spięliśmy nasz grafik i ogarnęliśmy lekki spacer i skromną „wspinaczkę”.
Za długo tego wstępu!
W drogę!

Zerknij na artykuł o Castelmola, by dowiedzieć się jak wejść 🙂

link otworzy się w nowym oknie.

Jak dojechać?

Naszą bazą wypadową była Katania (o której możecie przeczytać tutaj)  i to z niej przyjechaliśmy autobusem do Taorminy. Kursują tutaj również pociągi

My wybraliśmy autobus z dwóch głównych powodów:

cena biletów! W jedną stronę zapłaciliśmy po 10,2 euro (czasem można dorwać je nawet po 5-6 euro) 

– stacja kolejowa (choć ponoć śliczna) znajduje się u podnóża miasta, a autobus wjeżdża dużo wyżej (niemal do centrum). To duży plus dla wszystkich, którzy podróżują z dziećmi, mają ograniczony czas na zwiedzenie całego miasta lub po prostu ich kondycja nie pozwala na pokonywanie trasy w górę, a potem w dół 🙂

Co do zakupu biletów, my korzystamy najczęściej z OMIO. Strona jest przejrzysta i szybko się ładuje. Oferuje wielu przewoźników, zarówno koleją jak i autobusami.
Oczywiście można kupić bilet w kasie na przystanku początkowym korporacji, z którą chcemy podróżować lub u kierowcy. W przypadku kierowcy nie zawsze jest tak kolorowo, bo jeśli ma w tablecie wpisany komplet, to prawdopodobieństwo zabrania z przystanku jest nikłe.  Nasz kierowca w drodze powrotnej otworzył drzwi i powiedział do stojących na przystanku „TICKET”. Na próbę tłumaczenia, że jeszcze nie mają, skwitował „NO TICKET, NO PARTY”. Po czym pomachał, zamknął drzwi i odjechał. Także tu uczulamy, żeby nie zostać na lodzie 😉

Co zwiedzić ?

Corso Umberto I – malownicza ulica, którą śmiało możemy nazwać sercem tego miasta. To wokół niej toczy się życie i to na niej można spędzić cały dzień. Knajpki, kawiarenki, gwar Włochów i turystów przyprawiać będzie o dreszcze tych, którzy kochają ciszę i spokój. Ci jednak, którzy uwielbiają jak dużo się dzieje, poczują się w tym miejscu jak ryba w wodzie. Corso prowadzi nas od budynku pierwszego parlamentu (Palazzo Corvaja), przez piękny plac IX Kwietnia z małymi kościółkami Sant’Agostino i di San Giuseppe do placu katedralnego. Ulica kończy swój bieg u bramy Katanii.
Jak sami widzicie szlak ten nie sposób jest zrobić „po łepkach”. Warto wygospodarować na niego trochę czasu, by naprawdę zagłębić się w piękno skryte w każdym zakamarku.

Piazza Duomo – plac katedralny mimo niewielkich rozmiarów prezentuje kilka ciekawostek: fontannę, ratusz i oczywiście katedrę. Minotaur (hybryda człowieka i konia) strzeże placu i mieszkańców ze szczytu fontanny. Żeńska postać trzyma w dłoniach symbole mocy królewskiej –  berło i jabłko. Rzeźba jest symbolem miasta i spacerując uliczkami trudno się na nią nie natknąć.   Katedra św. Mikołaja powstała w XIII wieku, lecz to, co widzimy obecnie, najbardziej zbliżone jest do przebudowy z XVI i  XVII wieku. Znacząco odróżnia się od większości katedr, które możemy spotkać podróżując po włoskich miasteczkach. Swój surowy i masywny kształt zawdzięcza temu, że pełniła funkcję katedry i fortecy.   Nie sposób jednak nie zwrócić uwagi w całej tej surowej bryle na cudowną rozetę na wzór renesansu. Została ona odrestaurowana w 1936 roku.

Teatr Antyczny – jest to punkt obowiązkowy na liście miejsc do zobaczenia w mieście. Wykuty w skale w IV wieku p.n.e. przez Greków z oszałamiającym widokiem na morze i wizytówkę całej Sycylii, czyli Etnę. Na początku była tam wystawiana sztuka wyższych lotów. Potem, za czasów rzymskich lud żądał krwi i teatr przebudowano i stworzono arenę dla gladiatorów. Dziś już tam nikt nikogo nie zjada, ani nie zabija. Odbywają się tu koncerty i wydarzenia kulturalne. Ale kto wie, kto wie… Historia lubi zataczać koło i może za jakiś czas znowu ktoś tu chwyci za szabelki albo puszą zwierzęta. Póki co były tylko spokojne koty.
Teatr najlepiej oglądać, gdy niebo jest czyste. Widok Etny siedząc w teatrze zapiera dech w piersiach. My mieliśmy jedynie tego namiastkę, ponieważ stożek schował się za chmurami, ale i tak widok był obłędny.

Parco Villa Comunale – park w stylu angielskim jest idealnym miejscem, by skryć się przed promieniami słońca lub zrelaksować się oglądając Etnę w zachodzącym słońcu. Pełny jest upamiętnień z Wielkiej Wojny oraz budynków w stylu azjatyckim. Powstały w XIX wieku z inicjatywy angielskiej (z lekka ekstrawaganckiej) arystokratki Florence Trevelyan. Widok płynących chmur i zachodu jest obłędny, a plac zabaw dla najmłodszych będzie świetną przerwą w zwiedzaniu.

Grobowce Taormina Tombe Bizantine – Cmentarzysko zostało odkryte „przed chwilą”, bo dopiero w latach 60 ubiegłego wieku przez całkowity przypadek – przez budujących drogę pracowników. Grobowce sięgają czasów Bizancjum i są świetnym dowodem na to, że jeszcze sporo przed nami do odkrycia. Choć położone niedaleko tarasu widokowego Belvedere di via Pirandello, są z reguły pomijane przez turystów, ale i w przewodnikach. Faktem jest, że nie prezentują się jak Teatr, ale warto zatrzymać się tu i na tablicy przeczytać nieco o historii.

Isola Bella – malownicza wysepka, która niegdyś należała do Lady Florence Trevelyan. Otrzymała ona ją w prezencie od męża – lokalnego lekarza o bardzo dobrej renomie.  Obecnie jest rezerwatem przyrody w dużej części udostępnionym do zwiedzania. Jej piękno najlepiej prezentuje się z góry, gdzie można ją podziwiać kontrastującą z turkusem wody i złotym piaskiem plaży. Przez wielu nazywana perłą Taorminy i słusznie, bo ten obrazek zostanie w naszych wspomnieniach na zawsze 😉

Kościół Madonna della Rocca – wykuta w skale kaplica sięga XIII wieku. Jej położenie u podnóża zamku Castello Saraceno Casteltaormina pozwala obejrzeć krajobraz Taorminy w pełnej krasie. Przebudowa kościoła, który możemy oglądać obecnie odbyła się w pierwszej połowie XVII wieku. Legenda głosi, że przestraszony pasterz podczas burzy skrył się w skałach wraz ze swoimi owcami. Wtedy objawiła mu się Madonna z Dzieciątkiem uspakajając, że wszystko dobrze się skończy.
Kościół stworzony jest w surowym rustykalnym stylu.

Taras widokowy Belvedere di via Pirandello – świetnym pomysłem na to, by spojrzeć na Isola Bella z góry, jest przejście na darmowy taras widokowy znajdujący się nieopodal stacji kolejki linowej i głównego parkingu autobusowego. Widok z niego zapiera dech w piersiach. Spojrzenie na głęboką zieleń wysepki połączoną z turkusem morza powoduje zawrót głowy. Natomiast przy dobrej widoczności można bez większych problemów zobaczyć Półwysep Apeniński. Cały ten spektakl inspiruje do kolejnej podróży.

I z tym obrazkiem pozwalamy sobie Was zostawić, niejako zachęcając do podróży.

Do zobaczenia na szlaku,

Kasia i staś.

Katania – 10 miejsc wartych zwiedzenia.

Na samym końcu artykułu znajdziesz film o Katanii.

             

  Katania leży na wschodnim brzegu Sycylii i jest to idealne miejsce jako baza wypadowa do zwiedzenia okolicznych miast i miasteczek, wyprawy na Etnę, czy po prostu szybkiego weekendowego wypadu na kawę, cannolo i dobrą pizzę. Ale czy jest to miasto na dłużej? Jak zaplanować podróż? I co zwiedzić? O tym właśnie jest ten artykuł. W drogę!

Jak się dostać do Katanii?

               Najlepszym sposobem dotarcia na samą wyspę jest wybranie jednego z wielu lotów z różnych zakątków Polski. My wybraliśmy lot z Krakowa linią Ryanair. Ceny za bilety zaczynają się od kilkudziesięciu złotych i często można dorwać naprawdę ciekawą okazję. Będąc na lotnisku w Katanii mamy kilka opcji dojechania do centrum.

Alibus – kursuje co 20-25 minut, a koszt przejazdu to 4 Euro

Autobus miejski 524/538 – kursuje średnio co 30 minut. Koszt przejazdu to 1 Euro. Bilet należy kupić w automacie przy lotnisku, albo w sklepie z tytoniem oznaczonym „T” Tabacchi. Do autobusu trzeba się przejść ok. 300 metrów od wyjścia z lotniska.

Taksówka – tutaj koszt waha się między 10-20 Euro.

Spacer – dojście do placu katedralnego to około 50 minut spacerem. Tę opcję polecamy każdemu, kto chce zobaczyć nie tylko kolorową otoczkę turystycznego miasta, ale i jego suburbia, które dają szersze spojrzenie na lokalne życie (my często wybieramy tę opcję choćby w jedną stronę).

Wynajem samochodu – wynajem samochodu na Sycylii jest tani, co może być kuszącą opcją. My osobiście polecamy go tylko w sytuacji, gdy nie mamy zamiaru mieszkać w Katanii, albo tam gdzie mieszkamy jest opcja parkingu. W innym przypadku pół wyjazdu spędzimy w samochodzie szukając miejsca parkingowego. Wąskie uliczki sprzyjają też zarysowaniom, dlatego niewykupienie dodatkowego ubezpieczenia naraża nas na większe koszty przy zwrocie auta.

Jeśli jednak postanowicie wynająć auto to pamiętajcie, że jazda po mieście i przepisy są delikatnie ujmując… umowne. Nie zniechęcamy, ostrzegamy. Katania jest też świetnie skomunikowana (autobusy i kolej) z popularnymi miejscowościami – warto o tym pamiętać 😉

Co zwiedzić?

Piazza Duomo – plac katedralny jest tym miejscem, od którego najprawdopodobniej większość rozpocznie swoją wyprawę po mieście. I słusznie, bo znajduje się na nim całkiem sporo do zobaczenia [tutaj skupię się na zarysie placu, pełen opis tego, co znajduje się na placu bądź do niego przylega przeczytacie poniżej].  W jego centralnym punkcie znajduje się fontanna słonia, który na grzbiecie ma słup. Wschodni bok placu zajmuje Katedra św. Agaty, północny bok to Pałac Słoni i wyjście na Via Etna, gdzie przy bezchmurnym niebie można zobaczyć czynny wulkan w pełnej krasie. Zaś w północno-zachodnim narożniku placu znajduje się Fontanna dell’Amenano.

Katedra św. Agaty – jest to budowla niesamowicie okazała, pełna doniosłości i potęgi. Barokowa fasada z białego marmuru i kolumny korynckie nadają katedrze blasku, najważniejsza jest jednak rzeźba św. Agaty. Historia katedry sięga 1094 roku, w którym okazały obiekt z bloków skały wulkanicznej (no bo z czego innego?:)) olśniewał okolice.  Wiele razy ją przebudowywano. Spowodowane to było licznymi kataklizmami. W styczniu 1693 roku poprzez trzęsienie ziemi i późniejsze tsunami katedra zmieciona została z powierzchni ziemi.  Została ona odbudowana, w do dziś zachowanym kształcie, w 1711 roku.
Sama święta jest patronką miasta -chroni mieszkańców przed „ogniem” Etny. 5 lutego (w dzień wspomnienia świętej) przez ulice miasta przechodzi wielka procesja.

TARAS WIDOKOWY!!!! – by spojrzeć z góry na Katanię, podziwiać morze Jońskie i przy bezchmurnym niebie móc podziwiać potęgę Etny, warto wejść na taras widokowy znajdujący się opodal katedry. Koszt biletu to 5 Euro. W cenie są dwa tarasy widokowe. Jeden – niższy, z bardzo przyjemnym wejściem, gdzie można zobaczyć z lekka panoramę miasta. I drugi – wyższy, na który wiodą kręte schody w górę [osobiście nie mam większego lęku wysokości, ale takich schodów szczerze nienawidzę].  Na drugim tarasie wieje, wiec lepiej zabrać czapkę. I tutaj warto też dodać, że widok jest obłędny!

Fontanna słonia – znajdujący się na środku placu katedralnego posąg słonia z obeliskiem w stylu egipskim jest bezapelacyjnie symbolem. Symbolem placu i miasta (od 1239r.).  Fontanna stworzona po trzęsieniu ziemi w 1693 roku. Prace ukończone zostały w 1737 roku. Dzisiejsza fontanna to efekt wielu renowacji i przebudów, które miały miejsce na przestrzeni wieków. Był nawet plan przeniesienia fontanny, ale z racji powstania ludowego w 1862 roku pomysł upadł. Słoń wykuty z kamienia lawowego, stojąc skierowany trąbą w stronę katedry, „dźwiga” 3,66 metrowy obelisk ozdobiony figurami egipskimi. Słoń jest częstym punktem orientacyjnym dla wycieczek oraz mieszkańców umawiających się na spotkanie.



Fontanna dell’Amenano – jest z całą pewnością unikatowa. Osadzona nieprzypadkowo w północno-zachodniej części placu stanowi niejako „bramę” do targu rybnego, który znajduje się za nią. Zbudowana w drugiej połowie XIX wieku przedstawia rzekę Amenano jako młodego mężczyznę trzymającego róg obfitości. Jest to jedyne miejsce, gdzie można zobaczyć tę rzekę, ponieważ obecnie jej bieg jest usytuowany 2 metry pod poziomem placu.

Targ rybny – jest to miejsce często odwiedzane przez turystów, którzy są złaknieni włoskiego przedstawienia gwaru i pełnej emocji atmosfery. Mieszkańcy natomiast zaopatrują się tu w lokalne specjały na obiad.  Targ znajdował się kiedyś na skraju morza, ale przez erupcje Etny i zastygłą lawę teren miasta znacznie się powiększył.  Na targ warto przyjść wcześnie rano, by zobaczyć w pełni rozemocjonowanych Włochów. Po godzinie 10 rano sprzedawcy powoli ustępują miejsca stolikom okolicznych restauracji.  Jest to miejsce z pewnością oryginalne, choć nie każdemu zapachy i widoki przypadną do gustu. 

Via Etna – każde większe miasto ma swoją ulicę splendoru, przepychu i prestiżu, więc dlaczego Katania takiej ulicy miałaby nie mieć. Wybrukowana skałą wulkaniczną via Etna jest typowym deptakiem, który jest najdłuższą ulicą nie tylko w Katanii, ale na Sycylii. Najbardziej spektakularnym doznaniem jest spacer ulicą podziwiając szczyt wulkanu smagany chmurami. Ulica od Piazza Duomo kusi kawiarenkami i restauracjami, by po kilku krokach cieszyć oko witrynami butików przeróżnych marek. Powoli ‘zbliżając’ się do wulkanu gwar turystycznego miasta ustępuje życiu codziennemu Katanii. My spacer po ulicy skończyliśmy na Ogrodzie Botanicznym.

Ogród Botaniczny – uciekając od zgiełku miasta warto zajrzeć do ogrodu botanicznego, który został zainicjowany w 1847 roku. Przez wiele komplikacji pierwsze nasadzenia zostały poczynione dopiero w 1862 roku i powoli z roku na rok ogród się „rozrastał” o okazy z Francji, Szwecji, ale też rodzime gatunki. Pożoga II wojny światowej zniszczyła ogród, który potem został z sukcesem odbudowany. Dziś można podziwiać wiele rodzajów kaktusów, szklarnie z różnymi gatunkami roślin. Zachowany w pięknym stylu daje wytchnienie w szarży zwiedzania.
Wejście darmowe.

Teatr rzymski w Katanii – podróżując uliczkami Katanii w bardzo łatwy sposób ominąć ten zabytkowy okaz i nie ma w tym nic nadzwyczajnego, ponieważ „ukrywa się” między kamienicami. Rzymski teatr pochodzi najprawdopodobniej z II wieku naszej ery i składa się z teatru większego oraz Odeonu. Prace archeologiczne polegające na odkopaniu i zbadaniu teatru, który przestał działać w V wieku, rozpoczęły się w XVIII wieku. Ukończenie ich nastąpiło natomiast dopiero w 1959 roku. Koszt biletu to 7/3,5 euro. A na szczególną uwagę zasługuje fakt owego „wpasowania się” w otoczenie.

Zamek Ursino –został zbudowany  w pierwszej połowie XIII wieku i jako jeden z nielicznych budynków oparł się trzęsieniu ziemi z 1693 roku. Zachowany w bardzo dobrym stanie został udostępniony jako muzeum w 1934 roku. W muzeum znajdują się artefakty miejskie, jak i z szerszego obszaru Sycylii. Dla osób, które nie są fanami wszelkich muzeów, istotnym może być fakt, że w zamku organizowane są również wystawy artystyczne i liczne koncerty.

Naszym zdaniem są to miejsca godne uwagi. Mamy również nadzieję, że ten materiał pomoże Wam zaplanować kolejną podróż.

Do zobaczenia na małym wypadzie,

Kasia i staś.

Skąd pieniądze na podróże? 8 sposobów na oszczędność.

Im bardziej wypełniamy z Kasią kalendarz wyjazdami, tym częściej dociera do naszych uszu pytanie w stylu SKĄD ONI NA TO WSZYSTKO MAJĄ PIENIĄDZE??
I to pytanie zadają dwie grupy osób. Jednym odpowiadam, że mam bardzo bogatą żonę, która ma mnie, żebym jej woził ten hajs taczkami.
Tym Drugim, którzy faktycznie chcą się dowiedzieć jak to robimy, że tyle podróżujemy – dedykuję ten artykuł.

(przeczytaj od początku do końca, bo punkty przeplatają się ze sobą tworząc sieć)


Po pierwsze PLAN

               Zawsze na początku roku tworzymy kalendarz wyjazdowy, w którym zapisujemy gdzie możemy wyskoczyć. Czy to na weekend, czy to na jeden dzień, czy to na dwa tygodnie. To pozwala nam określić szacunkowe roczne koszty wyjazdów i co za tym idzie – możliwości. Na podstawie wielu wyjazdów i obecnej sytuacji gospodarczej przyjęliśmy maksymalną kwotę na jeden dzień 40-50 Euro na osobę (w tym jest jedzenie, zwiedzanie, nocleg,  podróż).

Po drugie CELE

               Mamy listę z celami i marzeniami do zobaczenia, którą stale rozszerzamy. To, co odhaczyliśmy: albo spada na dół listy (o ile chcemy odwiedzić to miejsce jeszcze raz) albo skreślamy. Lista podzielona jest na wypady jednodniowe, kilkudniowe, Polskie i zagraniczne. Z tej listy wybieramy pasujące nam ilością dni wypady korelując je z planem.
I tu jesteśmy na dobrej drodze.

Po trzecie GRAFIK WYJAZDOWY

               Jest połączeniem PLANU z CELAMI. Staramy się mieć grafik na cały rok. Każdy weekend. KAŻDY.  Wiadomo, że coś wypadnie, coś nie pójdzie po naszej myśli. Ale bez grafiku zazwyczaj wygląda to tak, że większość świata w piątek wieczorem zaczyna rozmyślać, co można by porobić w weekend. I na wertowaniu internetu schodzi pół wieczoru. Przychodzi sobota i to południe i nagle się okazuje, że cały misterny plan w Bieszczadach nie wypali, bo zostało półtora dnia, a to już się nie opłaca… Dlatego ładujemy się na miasto. Z pizzą, kilkoma piwkami w pamięci i rachunkiem za taksówkę w niedzielny poranek podziwiamy jak ktoś z naszych znajomych właśnie włazi na Świnicę.

TU WŁAŚNIE MAMY PIERWSZY GŁÓWNY ASPEKT OSZCZĘDZANIA – Kompletny plan pozwala stworzyć możliwości wyjazdu wcześniej. Jest duża szansa znaleźć tani bilet, darmowe zwiedzanie z przewodnikiem, degustacje win w dobrej cenie w okolicznej winnicy, czy nawet warsztaty robienia lokalnych potraw z degustacją.  W internecie jest wszystko, więc warto sprawdzić nasze pomysły podróżnicze z kalendarzem miasta i wybrać się na „Dni (tu wpisz interesujące Cię miasto)”.

(W żaden sposób nie neguję i nie oceniam wychodzenia na miasto. Chodzi mi o to, że często z braku opcji wyjazdowej wybieramy opcję, której byśmy nie wybrali mając gotowy plan. I tym sposobem pieniądze na wyjazd wydajemy na coś zupełnie innego, co potem powoduje lekkiego moralniaka).

ELASTYCZNOŚĆ

To kolejny punkt wynikający z poprzednich. Jeśli widzimy jakąś zaskakująco korzystną opcję wyjazdu bądź wylotu to zmieniamy nasz PLAN. Dzięki temu oszczędzimy na kolejny wyjazd. Warto mieć polubione parę stron z lotami i noclegami. To jest naprawdę niezła zabawa – wyszukiwanie najtańszych opcji. Jeśli nie możemy sobie pozwolić, czy finansowo, czy czasowo na daną okazję, to znaczy tylko tyle, że to nie jest okazja dla Nas i nie ma co wylewać rzewnych łez w poduszkę. Pogoda też z lekka zmusza do elastyczności grafiku. Czasem rower musimy zmienić na muzeum.

I po dość obszernym wprowadzeniu (bez którego cała reszta nie miałaby sensu) dochodzimy do listy możliwości oszczędzenia kapki pieniędzy.

 Kolacja w gronie znajomych.

Ciekawym pomysłem po powrocie z podróży jest spotkanie, w którym możemy się podzielić ze znajomymi wrażeniami z wyjazdu i przy okazji coś zjeść. Zazwyczaj staramy się przygotować przekąski z danego miejsca, w którym byliśmy. A już najlepszą opcją jest jak znajomi wpadają na wspólne gotowanie. Zapewniam, ta opcja jest o wiele, wiele tańsza, a z mojej perspektywy dużo bardziej atrakcyjna.

 Film w domu.

Szanuję i poniekąd podziwiam ludzi, którzy uwielbiają kino. 30 min reklam i chęć wyjścia siku w kulminacyjnym momencie zawsze mnie odciągało od pomysłu kina. I popcorn i to siorbanie Coli z pustego już kubeczka przez gościa za mną… Dlatego w 2018 roku na promocji dorwałem projektor, który zastępuje nam kino. Co do dźwięku… wystarczy dobre słuchawki/głośnik spiąć z projektorem

Wyjazdy poza sezonem.

Mniej ludzi, niższe ceny, więcej swobody, możliwość poznania kultury, a nie typowo turystycznej otoczki. Tu chyba nie trzeba pisać więcej (tutaj też zostawiam LINK do artykułu o kartach potrzebnych podczas podróży – wśród nich ACSI)

5 zł do słoika.

Choć rzadko płacimy już gotówką, to jak już coś jest, to każde 2 zł i 5 zł idzie do słoika wyjazdowego. Nie czujemy tej różnicy w portfelu, a po roku całkiem sporo się nazbiera.

Opcja na koncie „do pełnej kwoty”.

Każda transakcja naszego wspólnego konta jest zaokrąglana do pełnej kwoty (10 zł). To zaokrąglenie przeskakuje automatycznie na konto wakacyjne – oszczędnościowe. Wychodzi z tego (1800-2500 zł rocznie). Osobiście byłem tym przerażony na samym początku. Tyle hajsu idzie gdzieś… ale to jest naprawdę mało zauważalne.

Zakupy z listą.

Wchodząc do sklepu zawsze mamy listę rzeczy, które musimy kupić. Jeśli czegoś nie ma na liście to po prostu tego nie bierzemy. Możecie mi wierzyć lub nie, ale w naszym przypadku to bardzo duże oszczędności. Na przykład: batony przy ladach kasowych kosztują max 2-3 zł, co to jest za kwota jeśli mamy zakupy na 50 -100 zł?! Tylko ile razy w miesiącu robimy takie zakupy. A baton nam się przecież należy (kiedyś zapytałem pewnego bogatego Włocha o jego radę by być bogatym. Odpowiedział, żebym do sklepu chodził zawsze z własną siatką) – kropla drąży skałę. Wiem, że nie każdego tym przekonam, ale może kogoś.

Pasta do zębów? Tylko przez Internet.

Pasta, kapsułki do prania, szczoteczki, płyn do szyb, płyn do spryskiwaczy, worki do odkurzacza i wiele, wiele innych kupuję na początku roku (na rok) i wkładam do szafy. I przez cały rok nie muszę o tym pamiętać. Bo jest, nie psuje się, czeka. Tak samo można w maju kupić opony zimowe, albo w lipcu znicze. W lecie często kupujemy sprzęt zimowy, a w zimie sprzęt rowerowy.

Nie korzystam – sprzedaję.

Faktem jest, że bycie minimalistą jest pod tym względem pomocne. Jeśli przeczytałem już książkę i do niej nie wrócę, to wystawiam ją w internecie. Tak samo robię z czekanem, śpiworem, namiotem czy krzesłami. Kasia sprzedaje ubrania, w których już nie chodzi. Drugie życie. A przy tym parę złotówek do kieszeni.  

Ta sama sytuacja ma się do kupowania. Jeśli potrzebuję jakiejś książki, to pierwsze co robię, to szukam książki z drugiej ręki. Tak kupuję większość przewodników (te akurat kupuję prawie hurtem, bo nigdy nie wiemy gdzie trafimy).

I to ostatnie zdanie, zdaniem wielu będzie przeczyło minimalizmowi. Bo po co kupować tyle książek.
Minimalizm nie polega na tym, żeby nie mieć nic. Polega na tym, żeby zrezygnować z nadmiaru, z rzeczy niepotrzebnych. Jeśli ktoś ma bzika na punkcie kredek, albo kubków z Myszką Miki, to ja mam z tym luz. Każdy z nas ma „jedno uszko bardziej”.  : )

Reasumując, to plan jest ważny i cel, który czasem trzeba nagiąć, by móc wypełnić grafik jeszcze bardziej. Te rady to jedynie przykłady i podejrzewam, że każdy znajdzie coś więcej. Jeśli dopiero zaczynasz oszczędzać na wyjazdy to zacznij od małych kwot i sukcesywnie je zwiększaj. Wtedy nie będzie uczucia tracenia pieniędzy.

 I pamiętaj zabierz do sklepu swoją siatkę.

Do zobaczenia na szlaku,

Kasia i staś.

Włoska droga… Citta della Pieve

(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Włoska droga… Citta della Pieve

Najpiękniejsze w podróżowaniu jest to, że często przez przypadek odkrywamy miejsca, do których normalnie byśmy nie trafili. Suma takich momentów nierzadko jest dobrym uzupełnieniem całej opowieści, która bez nich byłaby jak „i” bez kropki. Pozwólcie, że zabierzemy Was na spacer po mieście, którego nie mieliśmy w planach. Citta della Pieve.

Szukając miejsca na nocleg wiedzieliśmy, że potrzebujemy tego dnia podpiąć się do prądu. Ładowanie laptopa, aparatów i lodówka pracująca na pełnych obrotach przy wrześniowych 33’C przez kilka dni  skutecznie uszczupliły zasoby naszych akumulatorów do tego stopnia, że nawet panele na dachu nie dawały rady. Szukając kampingów w jednej aplikacji odnieśliśmy fiasko. Druga aplikacja dawała jak sądziliśmy na początku wątpliwe światełko w tunelu. Ale cóż, jedziemy.



Okazało się, że miejscowość, w której dane nam było się zatrzymać dysponuje kilkoma miejscami dla kamperów w celu wypoczynku. Miasto postawiło na rozwój turystyki i stwierdziło, że wyznaczy plac i udostępni nieodpłatnie prąd, zrzut nieczystości i wodę pitną (cisza, spokój – jakby luksusowo!).
I to jest świetny pomysł!
Dlaczego?
A no dlatego, że my podróżując gotujemy sami. Ale tego wieczoru postanowiliśmy, że warto by było się odwdzięczyć i poszliśmy nawpychać się w lokalnej restauracji.
Tak się wspiera lokalny biznes, tak się promuje miasto.
Czapki z głów!

Miasto

Początki miasta nie są dobrze znane. Patrząc na układ urbanistyczny widać wyraźny wpływ etruski i rzymski. Niektóre budowle, jak wieża publiczna, charakteryzują się licznymi przebudowami co świadczyło niejednokrotnie o wzlotach i upadkach miasta. Jako że miasto leży praktycznie na trójstyku granic regionów Toskanii, Lacjum oraz Umbria można zobaczyć przyjemne przenikanie się tych kultur w mieście. Spacerowanie schludnie zachowanymi uliczkami „ceglanego miasta” (bo tak je nazwaliśmy) daje poczucie przeniesienia się po średniowiecznym mieście. I jest w tym dużo prawdy. Blisko 70 procent budynków jest zbudowanych z odkrytej cegły, które pochodzą z prężnie działającej od średniowiecza pobliskiej cegielni.


Jest to urokliwe miejsce, by spędzić tu parę chwil pijąc kawę i zajadając się ciastkiem. Po drobnym obżarstwie my spróbowaliśmy przecisnąć się przez (ponoć) najwęższą uliczkę we Włoszech, która wacha się miedzy 50 a 60 centymetrów…. Zmieściliśmy się!

I postanowiliśmy, że będziemy tu wracali, żeby sprawdzać czy będzie nam się udawało przecisnąć.
Dopóki przejście nie będzie sprawiało nam problemu, będziemy żarli ciastka bez opamiętania.

Taki właśnie mamy plan.

Do zobaczenia,
My – małe kuleczki

Kasia i staś.