Bóbrka – Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowniczego im. Ignacego Łukasiewicza

Film z tego miejsca możesz obejrzeć na końcu artykułu 🙂

Podkarpacie kojarzy się nam zazwyczaj z połoninami Bieszczadów, dziką przyrodą i drewnianymi cerkwiami. Jednak w sercu Beskidu Niskiego, niedaleko Krosna, skrywa się miejsce o znaczeniu globalnym. To tutaj, wśród gęstych lasów wsi Bóbrka, narodził się przemysł, który na zawsze odmienił oblicze cywilizacji. Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowniczego im. Ignacego Łukasiewicza to nie jest zwykły skansen – to najstarsza na świecie kopalnia ropy naftowej, która wciąż pozostaje czynna.


Człowiek, który podarował nam światło

Zanim zagłębimy się w leśne alejki muzeum, musimy zrozumieć postać, bez której to miejsce by nie istniało. Ignacy Łukasiewicz – farmaceuta, chemik, społecznik i wielki patriota. Choć historia ropy naftowej kojarzy się nam dziś z teksańskimi potentatami, to właśnie skromny Polak w 1853 roku we Lwowie przeprowadził pierwszą na świecie frakcjonowaną destylację ropy, uzyskując naftę.

Łukasiewicz nie był jednak typowym biznesmenem nastawionym wyłącznie na zysk. Gdy 31 lipca 1853 roku w lwowskim szpitalu przeprowadzono pierwszą operację przy świetle jego lampy naftowej, świat wkroczył w nową erę. Kilka lat później, w 1854 roku, wraz z Tytusem Trzecieskim i Karolem Klobassą-Zrenckim, założył w Bóbrce pierwszą na świecie spółkę naftową.

Warto wiedzieć: Łukasiewicz był postacią wyjątkowo szlachetną. Finansował budowę dróg, szkół i szpitali, walczył z alkoholizmem wśród robotników i stworzył pierwszy system ubezpieczeń społecznych dla pracowników kopalni. Mówiono o nim, że „drogi na Podkarpaciu brukowano jego groszem”.


Spacer wśród „kopanek” – co zobaczymy w Bóbrce?

Muzeum w Bóbrce to przestrzeń unikalna, ponieważ łączy w sobie urok spaceru po lesie z surowością technologii przemysłowej. Teren obejmuje ponad 20 hektarów, na których rozmieszczono historyczne i nowoczesne urządzenia.

Szyby, które pamiętają XIX wiek

Największą atrakcją muzeum są dwie oryginalne kopanki (ręcznie kopane szyby naftowe) z połowy XIX wieku:

  • Kopanka „Franek” – powstała około 1860 roku, o głębokości 50 metrów.
  • Kopanka „Janina” – pogłębiana do dziś, sięgająca 156 metrów.

To, co najbardziej uderza zwiedzających, to fakt, że obie te „studnie” są wciąż aktywne. Zaglądając do wnętrza szybu „Franek”, możemy zobaczyć na dnie taflę czarnej, gęstej cieczy i poczuć charakterystyczny, ostry zapach ropy, który towarzyszy nam podczas całego zwiedzania.

Biały Dworek i laboratorium

W centrum muzeum stoi klasycystyczny dworek, w którym mieszkał sam Łukasiewicz. Wewnątrz możemy przenieść się w czasie – odtworzono tam aptekę z epoki, laboratorium chemiczne oraz salonik, w którym zapadały kluczowe decyzje dla rozwoju przemysłu naftowego. Ekspozycja multimedialna pozwala „spotkać się” z Ignacym, który w formie hologramu opowiada o swoich badaniach.


Najciekawsze fakty i ciekawostki o muzeum

Bóbrka to miejsce pełne anegdot i faktów, które potrafią zaskoczyć nawet największych miłośników techniki. Oto zestawienie najciekawszych z nich:

CiekawostkaOpis
Najstarsza na świecieChoć Amerykanie szczycą się szybem Drake’a w Pensylwanii (1859), kopalnia w Bóbrce działała już 5 lat wcześniej (1854).
Wizyta RockefellerówPodobno przedstawiciele Standard Oil (firmy należącej do Johna D. Rockefellera) odwiedzili Bóbrkę, by podpatrzeć metody wydobycia i organizacji pracy stosowane przez Łukasiewicza.
Zapach sukcesuW Bóbrce ropa naftowa znajduje się tak płytko, że po ulewnych deszczach charakterystyczne „tłuste oczka” można czasem dostrzec bezpośrednio w kałużach na leśnych ścieżkach.
Obelisk upamiętniającyNa terenie muzeum znajduje się kamienny obelisk ustawiony przez samego Łukasiewicza w 1872 roku z napisem: „Dla utrwalenia pamięci założonej kopalni oleju skalnego w Bóbrce”.
Ropa jako lekarstwoZanim nafta stała się paliwem, ropa naftowa (zwana olejem skalnym) była używana przez miejscowych jako lekarstwo na choroby skóry u bydła oraz do smarowania osi wozów.

Dlaczego warto tu przyjechać?

Muzeum w Bóbrce to nie tylko lekcja historii, ale przede wszystkim inspirująca opowieść o polskiej pomysłowości. To tutaj narodził się nowoczesny świat – bez nafty nie byłoby lotnictwa, nowoczesnego transportu ani plastiku.

Atmosfera tego miejsca jest niezwykła. Stare, drewniane kieraty, kuźnie i wieże wiertnicze idealnie komponują się z otaczającym je lasem. Spacerując alejkami, mamy wrażenie, że czas się zatrzymał, a jedynym sygnałem postępu jest nowoczesna sala multimedialna, która w przystępny sposób wyjaśnia, jak dziś wydobywa się gaz i ropę.

Wizyta w Bóbrce to obowiązkowy punkt na mapie każdego, kto chce zrozumieć, jak wielki wpływ na losy świata mieli polscy odkrywcy. To podróż do źródeł energii – dosłownie i w przenośni.

Do zobaczenia na szlaku!

Kasia & staś

Jesienne Bieszczady (Rabia Skała i szlak graniczny)

Czołem załoga!

Dzisiaj zabieram Was w bieszczadzkie góry, gdzie spróbuję przejść kawałek szlaku z Wetliny przez Rabią Skałę na Małym Jaśle kończąc. Początek listopada w górach to cała plejada atrakcji, a ja uwielbiam takie „wyzwania”. Deszczowa pogoda poprzednich dni poprzecinała trasę błotnistymi przeszkodami więc bierzcie dobre buty i ruszajcie ze mną!
W drogę!

Swoje wejście zacząłem w miejscowości Wetlina i wspinałem się żółtym szlakiem, aż do Rabiej Skały. Trasa ta jest trochę wymagająca, a miejscami podejście może przysporzyć kłopotu. Z jednej strony trzeba zwrócić uwagę na nachylenie terenu podczas wspinaczki, ale też na liście szczelnie pokrywające niczym dywan wszelkie nierówności terenu oraz liczne kałuże i grzęzawiska.
W warunkach, których szedłem warto mieć ze sobą kije, które bardzo ułatwiają marsz. Cały opis wyposażenia w góry znajdziecie w tym artykule.

Krajobraz z opadających liści i złotego poszycia niemal całego lasu wynagradza trudy, które można napotkać na drodze. Lśniące liście mieniące się w opadającej lekkiej jesiennej mgle zachęcają do ciągłych przystanków i chwili wytchnienia. Pamiętajcie jednak, że Bieszczady to góry i  zwiększające się nachylenie skutecznie może zniechęcić i spowolnić wielu turystów, którzy twierdzą, że Bieszczady jednak górami nie są. Ten szacunek do terenu warto okazać już w momencie planowania trasy, by nie trzeba było wracać po zmroku, narażając się na niepotrzebne niebezpieczeństwo.

Odcinek Wetlina – Jawornik pokonałem w czasie 60 minut. Jest to blisko 4 km, które na mapach jest wyliczone na 1 h 40 min do przejścia. Podejście było w miarę proste bez większych utrudnień co widać po nadrobieniu aż 40 minut. Pamiętajcie o zakupie biletu do Parku, ponieważ szlak na Rabią Skałę prowadzi granicą Parku Narodowego.  A jak już jesteśmy przy Parku to warto się na chwilę nad nim pochylić.

Park jest jednym z 23 Polskich Parków Narodowych. Jest czwartym co do wielkości parkiem w Polsce i największym Parkiem w polskich górach. Powstały w 1973 roku w Bieszczadach Zachodnich jest ostoją miedzy innymi dla 58 gatunków ssaków, w tym rysia który jest wpisany w herb Bieszczadzkiego Parku Narodowego.  Teren posiada całą siatkę pieszych szlaków turystycznych, które można dostosować do swoich możliwości. Ja przechodząc szlak, który opisuję chcę pokazać, że Bieszczady to nie tylko połoniny i Tarnica ale też wiele pięknych miejsc, które również są warte zobaczenia.

Często (co widać na filmie na kanale) zmieniam czapkę na Buffa i odwrotnie. To nie dlatego, że nagrywałem przez kilka dni, ale dlatego, że chodzę w dość szybkim tempie i na podejściach w czapce jest mi za gorąco, a bez czegokolwiek obawiam się przeziębienia zatok. Często też zakładam lub zdejmuję bluzę, a po dużych podejściach mam na zmianę koszulkę żeby nie przewiało mnie na otwartej przestrzeni. Moim zdaniem jest to najlepsza opcja żeby nie zagotować się podczas dłuższego spaceru.

Na Rabią Skałę z Wetliny dotarłem w czasie 2 godzin i 20 minut wliczając w to wszystkie przerwy na jedzenie i przebieranie się. Jest to dobry czas patrząc na to że jest to 8 kilometrów, a Aplikacja „Trasy turystyczne” pokazuje grube 3 godziny i 15 minut. Z czasu jestem bardzo zadowolony i mogę iść spokojnie dalej szlakiem granicznym.

Szlak graniczny miejscami  jest ciut bardziej widokowy. Z widokiem jednak wiąże się wiatr, który hula jak chce i mimo umiarkowanego zmęczenia przez szybkie tempo nie pozwala na dłuższe postoje. Na szczęście na trasie jest parę kamieni, które osłaniają od wiatru i można się zatrzymać, żeby zjeść kanapkę i choć na chwilę rozpłynąć się nad widokami majestatu tego miejsca.

Po 4 godzinach i 45 minutach od rozpoczęcia trasy dotarłem na Okrąglik. To całkiem dobry czas bo odczyt z map pokazuje około 6 godzin i 15 minut. Jestem zadowolony z tego czasu, obłędnych widoków i tej wolności. Zawsze chodząc po górach wpadam na nowe pomysły i oprócz bagażu nowych doświadczeń wyniesionych z trasy w plecaku mam parę planów na przyszłość. To jest to co uwielbiam w tym wszystkim najbardziej. Ale szlak się jeszcze nie kończy. Idę w stronę Małego Jasła – mojego ulubionego szlaku rozgrzewkowego, który nie raz dał mi się we znaki podczas zimowych wyjść w góry.

Powoli kończę swoją przygodę i dziękuję Wam za wspólnie spędzony czas. Mam nadzieję, że ten i inne artykuły będą dla Was inspiracją i spotkamy się niedługo na szlaku!

Do zobaczenia!
staś!
Cześć!

#wetlina #rabia_skala #bieszczady

Krzyżtopór i  Jezioro Tarnobrzeskie

Czołem Załoga!!

Pragniemy Was zaprosić na mały wypad, w którym odwiedzimy Zamek Krzyżtopór, zobaczymy co kryje dawna osada nieopodal zamku i poszukamy atrakcji nad Jeziorem Tarnobrzeskim. Następnego dnia zabierzemy Was na krótką, rowerową wycieczkę do Sandomierza.

No to co? W drogę!

PONIŻEJ ZNAJDZIESZ FILM Z TEGO WYPADU! : )

Naszą przygodę rozpoczynamy od monumentalnej budowli w miejscowości Ujazd. Zamek Krzyżtopór to XVII wieczna budowla w stylu palazzo In forte zza, czyli rezydencja łącząca wygodę mieszkańców z funkcjami obronnymi. Fundatorem tego przyćmiewającego inne zamki dzieła był Krzysztof Ossoliński, a inspirację do swojego pomysłu zaczerpnął ze swojej podróży do Rzymu, gdzie zachwycił się jedną z najpiękniejszych Włoskich rezydencji –  zamkiem Caprarola.  

Posiadłość w Ujeździe była budowana w latach 1621-1644 i do 1631 była zwana Krzysztopór od imienia fundatora. Następnie przemianowano ją na Krzyżtopór. Było to związane z umieszczeniem nad bramą wjazdową krzyża i toporu. Krzyż symbolizował gorliwość wiary fundatora, topór natomiast był herbem rodu.

Świetnie zachowana bryła udostępniona zwiedzającym w postaci 5 oddzielnych tras daje poczucie przeniesienia się w czasie. Obecnie zamek jest w gruntownym remoncie i część pomieszczeń nie jest udostępnionych do zwiedzania, ale i tak przejście wszystkiego zajęło nam blisko dwie godziny.

 

Ciekawostką jest, że Zamek swoją bryłą nawiązuje do kalendarza. Cztery baszty odpowiadają porom roku, 12 wielkich sal to miesiące, 52 komnaty odpowiadają tygodniom, a 365 okien odpowiada liczbom dni. Dla dociekliwych pytających o lata przestępne również jest ciekawostka. W jednej z baszt jedno okno było zamurowane i mówi się, że raz na 4 lata wykuwano go, by wszystko się zgadzało.

Zamek warto zwiedzać z rana, gdy jeszcze nie ma tłumów, ale świetną opcją cieszącą się niesamowitym zainteresowaniem jest zwiedzanie nocne z przewodnikiem. Warto również pobrać aplikację na telefon, by zwiedzaniu dodać więcej koloru.

Archeopark

By zasięgnąć jeszcze więcej wiedzy historycznej warto udać się do Osady Neolitycznej w Kopcu, która znajduje się zaledwie półtora kilometra od zamku jadąc drogą 758. Jest to świetna opcja szczególnie dla dzieci, ponieważ już na wejściu będą mogły postrzelać z łuku przenosząc się tym samym w czasie.

Świetnym rozwiązaniem jest audio przewodnik w każdej z chat, gdzie można zaczerpnąć skondensowanej wiedzy o konkretnych ekspozycjach. Dzięki rekonstrukcji osady z przed tysięcy lat możemy choć na chwilę przenieść się do neolitu i zobaczyć historię osadnictwa i początków rolnictwa na tych żyznych sandomierskich ziemiach.
Oprócz zwykłego zwiedzania warto zapisać się na warsztaty prowadzone w osadzie.

Chodząc po obiekcie warto zwrócić uwagę, że całość została stworzona w ciągu dwóch lat przez trzy osoby.

Jezioro Tarnobrzeskie

Choć przyznam szczerze, że głównym powodem przyjechania nad jezioro był zjazd tyrolski zwany potocznie tyrolką, bo Kasia jest ogromnym fanem tych zjazdów, to nie ograniczyliśmy się tylko i wyłącznie do tej aktywności.

Jezioro Tarnobrzeskie oferuje mnóstwo możliwości, zaczynając od spacerów promenadą, przez kąpiele na plażach w czyściutkiej wodzie, po wiele sportów wodnych. Żeglarstwo, nurkowanie, dmuhańce i kajakarstwo to tylko garstka z wielu opcji. My postanowiliśmy na kajak i w ten sposób przepłynęliśmy kawał akwenu. Infrastruktura wokół jeziora bardzo miło zaskakuje. Darmowe przebieralnie i toalety, czysta 2 kilometrowa plaża i ogromny parking, który pomieści mnóstwo odwiedzających.

Dodatkowo bardzo dobrze zachowane ścieżki rowerowe pozwalają nacieszyć się widokiem wody również z pozycji siodełka. Na zachód warto wybrać się właśnie w okolice parkingu przy tyrolce. Widok jest naprawdę obłędny i jest to wyjątkowo dobre zakończenie dnia.

Obejrzyj film, łap inspirację i podróżuj!

Dziękujemy Wam za tę podróż.
Do zobaczenia na szlaku.
Kasia i staś.

Wielka Pętla Bieszczadzka rowerem.

Ilość osób: 2

Ilość dni :1

Czas przejazdu brutto:8h

Długość trasy: 143 km

Kierunek: Lesko – Ustrzyki Dolne – Ustrzyki Górne – Cisna – Lesko

Koszty:

Jedzenie i napoje ok 45 zł /2 = 22,5 zł/os.

Transport: to jest kwestia indywidualna. My wybraliśmy samochód – mojego busa w którym mogliśmy się przespać po trasie i nie było konieczności wcześniejszych rezerwacji więc i u nam odpadło trochę kosztów.

Na pytanie jak można zjeść za 22,5 zł jeśli wydatkowanie mieliśmy na poziomie ponad 3000kCal odpowiadam – jedzenie kupiliśmy wcześniej i gotowaliśmy po przebytej drodze, na trasie dokupiliśmy wodę i jakieś batoniki.

Makarony, sosy, jajka i kiełbaski wliczamy nadal do kwoty całkowitej.

Naszą przygodę rozpoczęliśmy we trójkę wcześnie rano we wtorek. Z Lublina wyjechaliśmy ok 4 co pozwoliło nam być w Rzeszowie ok 7:15. Tam pozostawiliśmy Kasię i we dwóch z Bartkiem ruszyliśmy w stronę Leska. Jadąc jeszcze samochodem przez malowniczy krajobraz dogadywaliśmy resztę szczegółów naszej małej przygody. Kilka dni przed wyjazdem dobrze ogarnęliśmy mapy więc wiedzieliśmy jak chcemy jechać. To znaczy jak zaczniemy pętlę czy w stronę Cisnej czy w stronę Ustrzyk.

Na parking w Lesku dotarliśmy chwilę przed 10 co nie było najlepszym czasem, biorąc pod uwagę, że mamy jeszcze zjeść drugie śniadanie przed jechaniem. I dlatego właśnie wybraliśmy wcześniej że zaczniemy w kierunku Ustrzyk. Własnie ten odcinek to jazda krajówką, dużo większy ruch. Woleliśmy go zrobić na początku, gdzie nie było zmęczęnia, a po drugie dlatego by nie jechać po zmroku jakby coś nas zatrzymało na trasie.

BEZPIECZEŃSTWO NA PIERWSZYM MIEJSCU!!!

O 10:45 ruszyliśmy i jechanie we wrześniowy wtorek okazało się strzałem w dziesiątkę. Ruch mały, przyjemny. Trasa często uczęszczana przez rowerzystów więc samochody mijały nas szerokim łukiem. Krajową 84-kę do Ustrzyk postanowiliśmy potraktować jak dobrą rozgrzewkę, jadąc spokojnym lecz równym tempem między 24-29 km/h. Jedynie sam początek trasy z parkingu wymagał większego wysiłku bo od startu z zastanej nogi mieliśmy podjazd. Potem szło gładko.

Zjeżdżając w 896 w stronę Ustrzyk Górnych znacznie zwolniliśmy, nie było to spowodowane w żaden sposób zmęczeniem, a chęcią doświadczania tego co koło nas. Faktem jest, że pogodę trafiliśmy śliczną! Lekki powiew wiatru i ciepłe słoneczne 22’C dodawały klimatu całej wyprawie.

Jestem z tych co mając zadanie chcą je wykonać jak najszybciej, dlatego przez tydzień wmawiałem sobie, że mam jechać leniwe koło. I katowałem o to Bartka, żeby mnie hamował.

Chyba nie było takiej potrzeby. Każdy następny zakręt, podjazd i zjazd dawał nieocenioną frajdę.

Dojeżdżając do Ustrzyk Górnych miałem najszczerszą ochotę powiedzieć Bartkowi „Chrzanić tę pętlę, skręćmy i zobaczmy co jest na tej polnej drodze”, ale trzymałem się planu.

Ustrzyki Górne są mniej więcej połową przygody i od nich do Cisnej zaczynają się podjazdy. Jest kilka serpentynek i cudowne zjazdy, które z prędkością i widokiem na góry zabierają dech w piersiach.

Widoki Cudowne.

Trochę się bałem tych podjazdów, ale wolne miarowe koło w swoim rytmie szło do przodu. I to było piękne. Ani razu nie zastanawiałem się czy odpocząć na podjeździe bo szło gładko. Jedynie dwa czy trzy razy stanąłem na korbę obciążając bardziej łańcuch. Bartek tak samo.

Dobrze mi się jeździ z Bartkiem, bo każdy kreci swoją kadencję. Każdy z nas wie, że jakby kręcił z kadencją drugiego to by się zmęczył spuchł i cały pomysł na fajny wyjazd padłby. Bo byśmy się męczyli. A tak to luźno, koło za kołem w lekkim dystansie. Idealnie.

Choć było dużo czasu, żeby myśleć staraliśmy się w ogóle tego nie robić… Nie ma sensu rozmyślać nad światem gdy jest się w tak niesamowitych okolicznościach natury.

Najbardziej dłużył mi się etap ostatnich paru kilometrów przed Cisną. Nie był wymagający, a ja nie byłem zmęczony. Choć często jestem w Bieszczadach to zawsze mi się wydaje, że odcinek od ostatniego skrzyżowania dróg do Cisnej to tylko jeden zakręt i już się jest… zawsze mnie to rozczarowuje. Czy jadę samochodem, czy rowerem czy idę ze szlaku na piechotę. Zawsze.

Dojeżdżając do Cisnej zrobiliśmy mały postój. W lokalnym sklepie uzupełniliśmy wodę i kupiliśmy po batonie. Baton był dla mnie nagrodą za „ten jeden zakręt”.

Czekało nas ostatnie mocniejsze wzniesienie, a potem to już na luźnej nodze wykręcenie niecałych 40 km.

I fakt ten podjazd nas zmęczył. Nie był turbo wymagający, nie był nader stromy… ale przynajmniej ja o nim zapomniałem podczas planowania trasy i mega mnie zaskoczył.

Ale, ale pętla ma to do siebie, że suma podjazdów musi się równać sumie zjazdów, więc zaparliśmy się i cisnęliśmy z Cisnej w stronę Leska.

Faktycznie za wzniesieniem było już przyjemnie i z górki.

Do busa dojechaliśmy o 17:45. Równiutko w 8 godzin.

Dobry czas jako, że jechaliśmy na luzie.

Każdemu kto chce zrobić ten szlak po raz pierwszy polecamy właśnie ten kierunek..z Leska w stronę Ustrzyk.

Na nocleg zatrzymaliśmy się w Lutowiskach na parkingu gdzie pięknie widać gwiazdy. Bo noc też była idealna.

Omówiliśmy pokrótce szczegóły kolejnej wyprawy i położyliśmy się spać. Obudziliśmy się na wschód a potem przez cały dzień jeździliśmy samochodem po zakamarkach bieszczackich miejscowości.

Polecamy

ja, staś
no i oczywiście mój kompan przygody Bartek.

P.S. Dzięki stary za ten trip.

Bieszczady i Przemyśl(2020)

Bieszczady.
Nie tylko połoniny i Tarnica.


Zakwaterowanie camping – 3 dni(2 noclegi) 138,50 zł
Transport: (ok 640km) 148,14 zł
Bilety (3 muzea) 25 zł/ os. 50 zł
Bilety BPN 8zł/ os. 16 zł
Jedzenie camping (kuchnia własna) – 104,18 zł
Jedzenie Niedziela obiad ( 2x pizza, 2x kawa) – 45,50 zł
Koszt całkowity: 502,32 zł (251,16zł/os.) _ 83,72 zł/os/dzień

Pierwszego dnia po rozłożeniu się na campingu, który od wody (Solina) jest jakieś 30-50 metrów warto posiedzieć chwilę na skalistych plażach bądź wykapac się w ciepłej już wodzie. Należy jednak pamiętać że to góry i w wodzie ukształtowanie terenu też jest pod dużym kątem, zatem momentalnie można stracić grunt pod nogami…. dlatego!!… tylko sprawdzone kąpieliska i ratownik!!

Po chwilowym relaksie nad wodą można wskoczyć na rower i tam jeździć… MTB, przełajem czy szosówką. Jest tu duży respekt dla kolaży i nie spotkałem się z ciasnym wyprzedzaniem na lusterko. Bezpiecznie i miło. Jeśli ktoś woli unikać dróg to też znajdzie sporo tras rowerowych, niektóre są naprawdę przygotowane nawet pod rekreacyjne przejazdy bez uporczywych podjazdów. Ja osobiście wybrałem duży fragment Małej Pętli Bieszczadzkiej. Na trasie jest kilka sklepów, w których kupimy batona czy wodę na dalszą trasę. (można wszędzie płacić kartą) Mapy są czytelne a oznaczenia na drzewach lub słupach są odsłonięte tak żeby się nie zgubić. Ok 75 km po górach… Polecam.

Drugi dzień to spacer po górach. Tutaj oczywiście trasy dobieramy pod swoją sprawność, sprzęt, który mamy i warunki atmosferyczne. Sprzętu specjalistycznego nie trzeba, ale unikałbym coraz powszechniejszej praktyki torebek i trampek. Ponadto jeśli chcemy zobaczyć ostatki bieszczadzkich szlaków warto wybrać się na inne wzniesienia niż Tarnica czy połoniny. My wybraliśmy Bukowe Berdo- Halicz – Wołosate (24 km).

Wejście zaczęliśmy od miejscowości Widełki… mało osób i jest gdzie zaparkować za free. To dało szansę na przejście trasy obcując z naturą. Początek trasy to strome podejście, ale potem widoki rekompensują wszystko i idzie się w miarę gładko. Jedyne utrudnienie to schodki które są ustawione losowo albo na półtora albo na pół kroku 🙂 Trasa czysta, to zaczyna dobrze świadczyć o Nas – turystach. Powrót z Wołosatego to samochodu zaliczyliśmy autostopem.

Trzeci dzień to wylegiwanie się do świtu. Bo trudno jest spać dłużej gdy ma się z okna takie widoki. Cudowny wschód słońca z parującą Soliną budzi tak, że zapomnieliśmy wypić kawy. Leniwie pakując swój mały obóz ok 10 ruszyliśmy w trasę do Przemyśla. (Mieliśmy wybrać się na kajaki, ale chcieliśmy zwiedzić coś jeszcze, a słonce od rana paliło zatem typową wodę na desce czy kajaku odpuściliśmy). Przemyśl to cudne miasto w południowo-wschodniej Polsce. Wielokulturowość tego miasta przenika wszędzie, a mnogość kościołów i jednokierunkowych uliczek przyprawia o zawrót głowy.

Udało nam się pójść do 2 muzeów.
Pierwszy budynek(Muzeum Ziemi Przemyskiej) w zamyśle miał przypominać fragment przemyskiej twierdzy i wyodrębniając go z reszty jest naprawdę ładny… ale… zupełnie się nie komponuje z uliczkami i kamienicami tego miasta. Może za parę lat porośnie trochę bluszczem, to będzie jak znalazł.
Samo muzeum 3+. Oddzielne pomieszczenia są słabo połączone w logiczną całość, a na korytarzach brak strzałek wskazujących kierunek zwiedzania. Do eksponatów są opisy, lecz w innym miejscu gabloty. Jeśli ktoś nie wie co to rapier, albo jaka łuska była do jakiej broni to popatrzy, nie zapamięta i pójdzie.
Muzeum Dzwonów i Fajek robi ciut większe wrażenie, bo opisy są bardziej spójne. No i broni się tarasem widokowym, którego widok rozpościera się na miasto… za to plus. Na tarasie zdjęcia z oznaczeniem budynków, gdzie co się znajduje co pozwala bardziej poznać topografie miasta. To przyjemny akcent tego miejsca. To muzeum 4.
Szybki obiad i w trasę, żeby jeszcze zdążyć usiąść w fotelu przy wieczornej kawie na balkonie upajając się miejskim zachodem słońca.
Wróciliśmy!
My. staś i Kasia.