Jeśli szukacie miejsca, które wyrwie Was z jesienno-zimowej szarugi i wciągnie w świat baśni to mamy dla Was wspaniałą informację! Atrakcja znajdująca się w Ogrodzie Botanicznym UMCS w Lublinie co roku wywiera ogromne wrażenie na zwiedzających, a nam w tym sezonie odpięła wrotki!
W drogę!
Tę zapierającą dech w piersiach atrakcję można zobaczyć codziennie od godziny 16 do 21, przy czym trzeba pamiętać, że ostatni zwiedzający są wpuszczani o godzinie 20. I w sumie słusznie, bo żeby zobaczyć ten niezwykły spektakl gry świateł dokładnie potrzeba było nam około godziny.
Nam udało się zaparkować na bezpłatnym parkingu pod samym wejściem, które znajduje się od ulicy Willowej. Miejsca do zostawienia samochodu jest sporo, a wszyscy, którzy obawiają się, że po zmierzchu ominą tę atrakcję zapewniamy, że neon przy samym wejściu jest tak duży, że ominąć się jej nie da : )
Jeśli chodzi o bilety to najlepiej zakupić je na oficjalnej stronie, do której link znajdziesz >tutaj<.
Tegoroczny spektakl zabierze Was w świat Alicji z Krainy Czarów i możemy Was zapewnić, że nie będziecie zawiedzeni tą przygodą. Dodatkową atrakcją jest aplikacja z zadaniami do wykonania. Po udzieleniu wszystkich odpowiedzi, przy wyjściu otrzymacie mały podarunek.
Jeśli mam być szczery to osobiście byłem sceptycznie nastawiony do tego widowiska i gdzieś głęboko, w środku Staszka, kręciłem nosem na tę przygodę. I biję się w pierś, że tak myślałem, bo było naprawdę epicko.
A mieliśmy przyjemność z Kasią być członkami zacnej Ekipy, w której były jeszcze nasze wybitne ziomki – Ola i Bartek.
Całą czwórką gorąco Wam polecamy tą atrakcję. Bo warto!
Acha, jeśli wcześniej padało to nie siadajcie na tronie, serio : )
Dziś zabieram Was w miejsce, które tętni zielenią, rozpycha się cudowną architekturą i zaprasza wszystkich tych, którzy chcą choć na chwilę odetchnąć od zgiełku wielkomiejskich ulic. Zobaczymy pierwszą w Polsce bibliotekę, kościół podobny do rzymskiego Panteonu i na ochłodę skoczymy do muzeum badań polarnych. Jest to idealne miejsce na parę godzin albo jako baza wypadowa zwiedzając zachodnią Lubelszczyznę, a mowa … jak się pewnie domyślacie o Puławach!
W drogę!
Dlaczego polskie Ateny?
W telegraficznym skrócie pierwsze wzmianki o miejscowości pochodzą z 1489 roku. Położenie, nazwa i główne funkcje są związane z rzeką, nad którą miasto leży. Początkowo była to mała osada handlowo-rybacka, a historycy jej nazwę wiążą ze staropolskim wyrazem „plawy” co miało oznaczać przeprawianie się przez rzekę. W drugiej połowie XVII wieku Stanisław Lubomirski zaczął wznosić na skarpie wiślanej obronny pałac, który niestety nie przetrwał długo, bo 30 lat później został spalony przez wojska szwedzkie. Będąc w rękach Sieniawskich został odbudowany, a gdy Zofia Sieniawska wyszła za Augusta Czartoryskiego Puławy przeszły w ręce Czartoryskich. O i wtedy zaczęły się cuda! Bo za sprawą tego rodu Puławy stały się znanym ośrodkiem życia politycznego i kulturalnego kraju zyskując miano Polskich Aten. Co ciekawe miasto od 1846 roku przez 72 lata funkcjonowało pod nazwą Nowa Aleksandria. Ale ten wątek rozwiniemy potem.
1. Pałac Czartoryskich
Serce Puław i symbol ich dawnej świetności. Barokowo-klasycystyczna rezydencja rodu Czartoryskich była nie tylko domem, ale też politycznym i kulturalnym centrum kraju.
Spotykali się tu wybitni malarze, architekci, pisarze oraz muzycy. To miejsce było przesycone sztuką najwyższych lotów, aż do upadku powstania listopadowego. Za pomoc w powstaniu Adam Czartoryski został skazany na śmierć, przez co musiał się salwować ucieczką do Paryża, a dobra rodu zostały skonfiskowane przez władze carskie. Chwilę potem Puławy na cześć żony cara, Aleksandrze Teodorównie, zmieniły nazwę na Nowa Aleksandria. Obecnie część wnętrz i piękny dziedziniec są udostępnione zwiedzającym. Warto zatrzymać się na chwilę, by w zadumie wsłuchać się w rytm czasów świetności osady pałacowej.
2. Świątynia Sybilli
Zbudowana przez Izabelę Czartoryską w 1801 roku, to pierwsze muzeum narodowe w Polsce. Powstała, by chronić pamiątki po wielkich Polakach i przypominać o chlubnej historii ojczyzny. Składa się z dwóch okrągłych sal. Nad drzwiami jednej widnieje napis „Przeszłość – Przyszłości”, a wejścia do niej strzegą dwa kamienne lwy ustawione obok schodów. Wejście do drugiej sali znajduje się poniżej, od strony skarpy. Rotunda nawiązuje do klasycznej świątyni Westy z Tivoli, a jej symbolika do dziś robi ogromne wrażenie.
3. Domek Gotycki
Urokliwy, czerwony budynek w stylu neogotyckim był drugim obok Świątyni Sybilli muzeum Izabeli Czartoryskiej. Gromadzono tu pamiątki z całej Europy – m.in. po Napoleonie, Sobieskim czy Kościuszce. Domek został pieczołowicie odrestaurowany i dziś można w nim zobaczyć część dawnych zbiorów. Warto tu zajrzeć bo jest to autentyczny ślad pasji kolekcjonerskiej jednej z najbardziej wpływowych kobiet epoki oświecenia.
4. Park Pałacowy
Nie jest tylko tłem dla pałacu, ale samodzielną atrakcją. Pomniki przyrody i wiele akcentów architektonicznych skradną serca wielu osób pragnących chwilkę odpocząć od zgiełku. Został założony w stylu angielskim, co nadaje mu dzikości i odrobinę nonszalancji. Jest świetnym miejscem na spacer z aparatem lub kawę i dobrą książkę na jednej z ławek wzdłuż alejek. Osobiście uważam, że najpiękniejszy jest wiosną i jesienią gdy mieni się milionem barw.
5. Kościół Wniebowzięcia NMP
Wzniesiony w 1803 roku, jest kolejną perełką architektoniczną miasta. Często niesłusznie pomijany podczas zwiedzania, gdyż leży lekko na uboczu zachwyca turystów prostą, klasycystyczną fasadą. Wzorowany na rzymskim Panteonie, ma wyjątkową kopułę i portyk z kolumnadą. Wnętrze jest jasne i dostojne, zachęcające do chwili zadumy. Warto poszukać tablic upamiętniających Czartoryskich i wielu dekoracji o symbolice patriotycznej.
6. Pałac Marynki
Zbudowany pod koniec XVIII wieku dla Marii Czartoryskiej, córki Izabeli i Adama Kazimierza, pałacyk jest perłą klasycyzmu. Córka Czartoryskich mieszkała w nim rzadko, częściej był on wykorzystywany dla gości książąt. W przeszłości mieścił bibliotekę, dziś pełni funkcje reprezentacyjne. Położony na uboczu może zostać ominięty przez turystów, lecz jest on ciekawym dopełnieniem osady pałacowej.
7. Muzeum badań polarnych
Świetnym pomysłem na spędzenie czasu jest odwiedzenie Muzeum Badań polarnych w Puławach. Muzeum cały czas się rozwija, a jego zbiory z dnia na dzień się rozrastają.
Podsumowanie
Puławy to nie tylko atrakcja dla pasjonatów historii, ale i dla każdego, kto szuka miejsca z duszą. Spacer po parku, odwiedziny w Świątyni Sybilli czy chwila zadumy w kościele – to doświadczenia, które zostają w pamięci na długo. Jeśli planujesz weekend w województwie lubelskim – zacznij od Puław. I zostań na dłużej, bo jest to świetna baza wypadowa do Kazimierza Dolnego, Dęblina, Janowca, Nałęczowa czy Gołębia.
„W czasie deszczu dzieci się nudzą…” tekst polskiej piosenki z lat 60 ubiegłego wieku zna chyba każdy. Wiemy doskonale jak słaba pogoda może popsuć plany naprawdę dobrze zapowiadającego się weekendu. Ale czy jesteśmy skazani na siedzenie w domu i smutne patrzenie w ścianę marudząc na nudę?
Niekoniecznie!!!
Oto kilka przykładów na to co robić w mieście gdy pogoda nas nie rozpieszcza.
Aqua Lublin – jeśli nie lubimy deszczu, ale woda w zupełności nam nie przeszkadza to idealnym miejscem będzie spędzenie czasu na basenie. Basen ten to nie tylko pływanie. W ofercie znajduje się również jacuzzi, rwąca rzeka, zjeżdżalnie, wodny plac zabaw oraz baseny zewnętrzne. Dla tych, którzy chcą odpocząć mniej aktywnie w ofercie znajduje się Saunarium. Adres: Al. Zygmuntowskie 4 20-101 Lublin https://mosir.lublin.pl/obiekty/aqua-lublin/
Cartmax – to idealne miejsce na mapie Lublina jeśli lubisz ścigać się, rywalizowac i wygrywać. Kryty tor gokartowy zapewni wszystkie te przyjemności w jednym miejscu. Do wyboru mamy pojazdy o różnej mocy. Dodatkowym atutem w ofercie są tandemy, które pozwolą dzielić się wrażeniami z drugą połówką : ) dla dzieci natomiast w ofercie są pojazdy elektryczne. Adres: GALERIA OLIMP (POZIOM 0 [parking]) Al. Spółdzielczości Pracy 32 20-147 Lublin https://cartmax.pl/
Laser City – jeśli z paczką znajomych nie wiesz co zrobić w paskudny dzień, a chcesz przetestować swoją sprawność, umiejętność pracy zespołowej i logicznego myślenia to jest to strzał w dziesiątkę. I to dosłownie. W ofercie jest miedzy innymi paintball laserowy, laserowa strzelnica, laserowy labirynt oraz wiele innych. Jest to miejsce stworzone idealnie dla małych i dużych graczy. Adres: LASER CITY Bursaki 6D 20-150 Lublin https://lublin.lasercity.pl/
Let me Out – jeśli rozwiązywanie zagadek i praca pod presją czasu w dobrym towarzystwie to Twoje atuty, to z pewnością odnajdziesz się w jednym z 5 Lubelskich pokoi z których będziesz miał jedynie 60 minut, żeby się wydostać. Na Twojej drodze stanie wiele zagadek do rozwiązania. To one powoli doprowadzą Cię do głównego rozwiązania i odnalezienia wyjścia. Będzie to idealnie spędzony czas z paczką znajomych gdy pogoda nie koniecznie będzie idealna. Adres: Let Me Out – Escape room Lublin ul. Złota 6 (1. Piętro) 20-112 Lublin https://lublin.letmeout.pl/
Strefa wysokich lotów – ten park trampolin jest idealnym miejscem, które sprawdzi Twoją kondycje i da wyrzut endorfin na długie godziny po wyjściu. Ten skaczący park rozrywki sprosta wymaganiom każdego, kto chce aktywnie spędzić czas. Baseny z gąbkami, ścianka wspinaczkowa, kosz do wsadów i równoważnia do walki na gabkowe belki to tylko niektóre atrakcje tego miejsca. Wchodząc na trampoliny należy mieć skarpetki antypoślizgowe, które można zakupić na miejscu. Adres: Strefa Wysokich Lotów ul. Cisowa 11 20-703 Lublin https://strefawysokichlotow.pl/lublin/
Warsztaty Ceramiki – jeśli chcesz stworzyć swój własny, wymarzony kubek możesz to zrobić na warsztatach ceramiki Bolesławiec. Jest to idealne miejsce dla wszystkich, którzy chcą sprawdzić swoje umiejętności artystyczne i przy okazji mieć świetną pamiątkę, którą będzie można się pochwalić znajomym lub podarować najbliższej osobie. Jeśli nie masz talentu do malowania to niczym się nie przejmuj. Możesz skorzystać z gotowych stempelków tworząc własne dzieło. Adres: Manufaktura Bolesławiec Al. Spółdzielczości Pracy 26 20-147 Lublin https://art.boleslawiec.pl/
Centrum wspinaczkowe Kotłownia – Twoim największym dziecięcym marzeniem było wspiąć się jak Tarzan na najwyższe drzewo? Tutaj będziesz się czuł jak ryba w wodzie! To świetna zabawa na aktywny wypoczynek dla każdego. Wspinaczkowe przeszkody dostosowane do możliwości każdemu pozwolą przekroczyć swoje własne granice. Dzięki dobremu sprzętowi i wykwalifikowanej kadrze na torach poczujesz się naprawdę bezpiecznie. Adres: Kotłownia ul. Cisowa 11 20-703 Lublin https://cwkotlownia.pl/
Masters Bowling & Bilard – bilard i kręgle to również ciekawa propozycja na mapie Lublina. Sieć ma aż 3 lokalizacje wiec łatwo będzie znaleźć dogodne miejsce dla siebie. Oprócz wyżej wymienionych atrakcji można również pograć na automatach oraz spróbować swoich sił w rzutkach. Na miejscu można zjeść i zorganizować małe przyjęcie po wcześniejszej rezerwacji miejsca więc jest to świetna opcja na spędzenie tam czasu. Wiele możliwości daje szanse znaleźć każdemu czegoś dla siebie. Adres: Masters Bowling & Bilard https://klubmasters.pl/ (po wyborze odpowiedniego klubu na dole można znaleźć adres)
Kino – Jeśli masz ochotę zaszyć się w kinowym fotelu i obejrzeć jakiś film chrupiąc popcorn to również możesz tak odpocząć w Lublinie. Repertuar często się zmienia więc zamieszczę tu jedynie odnośniki do kin w mieście.
Seanse filmowe można również zobaczyć między innymi w Centrum Kultury, Centrum Spotkania Kultu,r ale tutaj warto wejść bezpośrednio na stronę danego miejsca, ponieważ oferta tych miejsc jest dużo większa… o czym poniżej.
GALERIE, SPEKTAKLE, KONCERTY – a może masz ochotę posłuchać dobrej muzyki, jesteś czuły na malarstwo, grafikę albo inny rodzaj sztuki? Świetnie się składa. Lublin ma w ofercie mnóstwo świetnych miejsc. Oto lista kilku z nich. Adresy:
Jeśli uzbieraliście już pakiet życzeń do spełnienia na ten rok i tylko czekacie, aż będziecie mogli je wypowiedzieć to nadarza się ku temu niesamowita okazja. Wystarczy zabrać ze sobą koc, kilka kanapek, jakąś herbatę i udać się z dala od świateł i łuny miejskiego światła. Nadchodzi noc spadających gwiazd.
Czy to na pewno są gwiazdy?
Perseidy, bo o nich mowa, to jeden z najbardziej spektakularnych rojów meteorów, który można obserwować każdego roku. Są pozostałością po okresowej komecie (jej okres to 133 lata) 109P/ Swift-Tuttle (nazwiska jej pierwszych obserwatorów w roku 1862.)
Co ciekawe nie mają one żadnego związku z gwiazdami. Potoczna nazwa zakorzeniła się jednak na tyle mocno, że nie sposób się jej pozbyć ; ) Gwiazdy są to olbrzymie rozgrzane kule plazmy znajdujące się od nas o miliony lat świetlnych. Perseidy natomiast to pył i drobne cząsteczki powstałe w skutek sublimacji lodowego ogona komety przelatującej stosunkowo blisko Słońca.
Kiedy spektakl?
Rój meteorów przypada na okres między 17 lipca, a 24 sierpnia. Kulminacyjny moment przypada na noc z 12 na 13 sierpnia i to właśnie wtedy można zobaczyć nawet 100 meteorów na godzinę.
Gdzie oglądać?
Kluczowym w oglądaniu jest nocne bezchmurne niebo. Drugim równie ważnym elementem składowym podziwiania jest brak skupisk światła w okolicy. Dobrze jest jak odjedziemy od miasta wystarczająco daleko, by nie było widać również łuny miejskiej. Otwarta przestrzeń bez drzew będzie kolejnym atutem, dzięki temu będziemy mogli zobaczyć cały pokaz w większej skali..
Świetnym miejscem na oglądanie tego zjawiska są między innymi Lutowiska (Bieszczady), ale z pewnością w okolicy znajdziecie wiele pięknych ciemnych miejsc gdzie można usiąść i podziwiać.
Co trzeba zabrać?
Nie trzeba się zbroić w lornetki czy lunety ponieważ bez problemu będziemy mogli zobaczyć spektakl gołym okiem. Dobrze zabrać ze sobą koc albo leżak, kilka kanapek, jakąś herbatę gdyby w nocy było jednak chłodno i trochę cierpliwości ponieważ oczy muszą się przyzwyczaić do ciemności.
Powodzenia w łapaniu „gwiazd”, które spełnią Wasze marzenia!
Ilekroć jeżdżę po tej okolicy czy to rowerem czy samochodem, to czuję się jakbym na te parę chwil przenosił się do Włoch. Tych spokojnych, prowincjonalnych.
Dzisiejszą wyprawę rozpocząłem z Puław. W moim przypadku był to dość łatwy wybór, bo w nich mieszkam, ale jeśli chcesz wyruszyć moim szlakiem, a nie mieszkasz w okolicy, to gorąco polecam pociąg. Bilet za rower to niecałe 10 zł, a koszt biletu dla pasażera jest zależny od długości trasy i ewentualnych zniżek. Tutaj polecam zawsze godziny poranne, bo jest nieco taniej…. a jak się da pojeździć w środku tygodnia to często można dorwać naprawdę tani bilet.
Ale wróćmy na szlak….
Trasa z Puław do Bochotnicy wiedzie wzdłuż wału, co daje bardzo przyjemny początek przygody w otoczeniu natury. Jest wyłożona kostką brukową co dla niektórych może być minusem, ale to już kwestia gustu. Na wysokości zjazdu na przeprawę promową Bochotnica -Nasiłów należy skręcić ze ścieżki w lewo i dojechać do głównej szosy łączącej Puławy z Bochotnicą. Na rozjeździe w prawo i po paruset metrach na rondzie w lewo.
Zanim prawdziwa przygoda się rozkręci warto uzupełnić płyny, bo przez następne kilometry sklepów jest jak na lekarstwo. Sklep popularnej sieci znajduje się po lewej stronie drogi tuż przed zjazdem na Opole Lubelskie i Annopol.
To tu zaczyna się pierwsza wspinaczka, premia górska i koszulka w grochy na szczycie. I na tym szczycie właśnie powoli zaczyna się włoski klimat. Wąska droga z leniwie wleczącymi się samochodami i linią drzew aż po horyzont. Po obu stronach drogi znajdują się winnice i sady. Droga lekko meandruje i daje się odczuć kilkoma podjazdami i nielicznymi, ale szybkimi zjazdami. Typowy spokój. Po pokonaniu lekko ponad 34 kilometrów docieram do Opola Lubelskiego, w którym również można uzupełnić zapasy wody. W takie dni jak dziś, gdzie ostre słońce tnie od samego rana warto pamiętać (Ba!) trzeba! o dobrym nawodnieniu.
Trasa przez Opole przebiega w miarę gładko. W miarę, ponieważ ścieżka rowerowa jest współdzielona z pieszymi, co lekko spowalnia cały przejazd, ale za to pozwala popatrzeć na miasto z ponad 600 letnią tradycją. Po opuszczeniu granic miasta ścieżka się kończy i wrócić można na drogę, która prowadzi do miejscowości Łaziska. W niej właśnie skręcić trzeba na Wilków i dalej jechać drogą wśród pól i lasów zaciągając się zapachem lasu. W samym Wilkowie na rozjeździe dróg należy skręcić w lewo i tylko parę kilometrów dalej znajduje się kolejna okazja do „spalenia nogi”. Zaraz za miejscowością Dobre znajduje się srogi podjazd, który powoduje lekką spinkę na udzie (osobiście uwielbiam to uczucie).
Zaraz za podjazdem krajobraz zmienia się znów na sadowo-winnicowy, by już po kilku kilometrach wjechać do zatłoczonego przez turystów Kazimierza Dolnego. To miasteczko nad Wisłą przyciąga przez cały rok artystów i gro turystów z całej Polski (osobiście polecam zwiedzać poza sezonem).
Po wyjechaniu do Kazimierza dojeżdżając do ronda w Bochotnicy z bagażem pięknych „włoskich” obrazków zaczyna się powrót z wyprawy. Raczej leniwy, spokojny, niż mocny i wyciskający.
Po 83 kilometrach mogę powiedzieć jedno. Jeśli planujesz wypad rowerowy w góry czy do Włoch to jest to cudowne miejsce, by się do tego przygotować. Trasa jest przeznaczona dla średniozaawansowanych i raczej tak trzeba ją traktować. Brak pobocza w większości drogi (Bochotnica – Opole) może lekko zniechęcić do rodzinnej wycieczki. Ale za to trasa od Kazimierza do Łazisk (w drugą stronę) jest spokojna i powinna być bułką z masłem dla rodziców z wesołą gromadką czy to w przyczepce czy na własnych bolidach.
Spędzając wakacje na Roztoczu lub przyjeżdżając do Zamościa choćby na jeden dzień, warto wybrać się do miejsca, w którym spokojnie spędzimy parę godzin ucząc się o zwierzętach z różnych zakątków świata.
Nasz niedzielny poranek rozpoczęliśmy od zwiedzania ZOO w Zamościu. Celowo piszę o niedzielnym poranku, ponieważ najwięcej osób zwiedza takie miejsca w weekendy i chcieliśmy na własnej skórze się przekonać o tłumach napierających na kasy biletowe w pierwszy weekend wakacji. I tu przyjemne zaskoczenie, bo przyjechaliśmy ok 10:30, a na parkingu było kilkanaście samochodów.
Ogród Zoologiczny to całkiem spory obszar zajmujący 13,8 ha, gdzie mieszka ponad 2500 zwierząt z różnych zakątków świata. Ogród im. Stefana Milera jest jedynym takim ogrodem na Lubelszczyźnie i jednym z nielicznych na wschodzie Polski. Cieszy się ogromną popularnością, którą widać było jak już kierowaliśmy się ku wyjściu… ale po kolei : )
Przy kasie biletowej otrzymaliśmy mapkę ZOO ( dodatkowa duża znajduje się tuż przy wejściu), która zdecydowanie ułatwia zwiedzanie. Dodatkowo znaki przy ścieżkach pokazują, gdzie znajdują się konkretne zwierzęta. Jedynym minusem jest to, że nie ma oznaczonego kierunku zwiedzania. Choć jak później pomyślałem ma to też swoje plusy, bo po przejściu przez kasę każdy idzie w swoją stronę, co nie powoduje ogromnych kolejek przy początkowych wybiegach dla zwierząt. : )
Przechadzając się po ZOO, zmęczeni zwiedzaniem, czasem siadaliśmy na ławeczce i podziwialiśmy różne gatunki zwierząt. Zmęczyć się można, bo spędziliśmy tam 2,5 h, a podejrzewam, że moglibyśmy jeszcze tam posiedzieć. Dodatkowo dla najmłodszych są przygotowane place zabaw, gdzie mogą dać upust roznoszącej je energii. : )
Do dyspozycji zwiedzających są jeszcze knajpki, gdzie można kupić lody, napoje i skromny fastfood. Dla osób ceniących sobie swoje jedzenie lub coś zdrowszego jest też miejsce ze stołami gdzie można usiąść i zjeść własny posiłek. My wybraliśmy właśnie tę drugą opcję. Pod daszkiem, w cieniu. Przyjemnie.
Bardzo miłym akcentem jest wyjście naprzeciw rodzicom małych szkrabów, które trzeba przewinąć w najmniej oczekiwanym momencie, albo choćby nakarmić w zaciszu. W tym celu jest postawionych kilka domków „przyjaznych maluchom”, gdzie znajduje się kanapa, przewijak i kran. Super opcja!
Zamojskie ZOO jak i cały region Roztocza rozwija się w szybkim tempie i to widać. Jest to świetne miejsce dla dzieciaków, które oprócz poznawania nowych, nieznanych dotąd im gatunków mogą zbierać pieczątki ze swojej wyprawy. Nieco starsi z pewnością usystematyzują sobie wiedzę na temat bardziej czy mniej zagrożonych gatunków. 🙂
Z całą pewnością jest to miejsce, gdzie warto przyjechać i spędzić około 2-3 godziny ucząc się przy tym i dobrze bawiąc.
SUP poleca się na spływ (Małopolski Przełom Wisły) Janowiec-Puławy
Ilość dni: 1 Ilość osób: 2 Prowiant: ciastka, woda, 2 banany, 4 kanapki – 13,5 zł Transport: ok 180km ok 42 zł (Lublin-Janowiec-Puławy-Lublin) Koszt całkowity: 55,50 zł koszt na 1 osobę: 27,75 zł (w przypadku spływu kajakiem należy dodać koszt spływu, tutaj warto się do kogoś dołączyć lub popłynąc w grupie bo ceny spływu to ok 150zł, można też pożyczyć kajak lub dechę od znajomych za bombonierkę albo kawę z prądem
Naszą przygodę z deskami zaczęliśmy w Janowcu, a dokładnie przy przeprawie promowej na Wiśle. Pozwoliło to w bardzo przyjemny sposób przyzwyczaić się do nurtu i prędkości rzeki na tym odcinku przed podziwianiem widoków Kazimierza Dolnego zupełnie z innej perspektywy. Choć trasa, którą przebyliśmy nie była najdłuższa, bo jedynie 16 km to przepiękne pejzaże pozwoliły nacieszyć oko przez kolejne 4 godziny. Spływ na deskach potraktowaliśmy jak całkowity relaks i wiosła raczej pracowały na najmniejszych obrotach…. po co się spieszyć gdy na Wiślanych wyspach odpoczywają stada cudnych czapli, które co jakiś czas wzbijały się leniwie do lotu, przecinając łoskotem skrzydeł głuchą ciszę…
No właśnie ciszę… płynęliśmy królową polskich rzek, która dała nam widok na infrastrukturę miast i pobliskich dróg to jednak na środku było przyjemnie cicho. Choć moja przygoda z tą rzeką zaczęła się dawno temu to zawsze zaskakuje mnie fakt, że tak blisko można doświadczyć czegoś tak niesamowitego. Wcześniejszy rowerowy wypad po tej okolicy rozpalił na nowo ciekawość do tej rzeki, a sam spływ spowodował, że wrócimy tu znów, tyle że z namiotem, żeby móc od świtu do zmierzchu podziwiać to piękno.
Co do desek… bo przecież każdy normalny człowiek ma deskę gdzieś schowaną w szafie albo co lepsze śpi z nią w łóżku… Nie trzeba mieć desek…w samym Kazimierzu istnieje wypożyczalnia sprzętu wodnego. ( co prawda nie widziałem u nich desek, ale są kajaki i pontony, więc temat techniczny jakby z głowy).
A jest to świetny pomysł na spływ, bo mamy inne spojrzenie na miasteczka, na kamieniołomy, na naturę i na świat. A każdemu czasem przydaje się inne spojrzenie. Mi na przykład to pokazuje dystans do tego co się dzieje wokół. : )Jeśli masz jakieś pytania to śmiało pisz Do zobaczenia na wodzie, My mali żeglarze. Kasia i staś.
Ilość dni: 1 Ilość osób: 2 Prowiant: kanapki, woda – 14,39 zł Transport: ok 150 km ok 33 zł Koszt całkowity: 47,39 zł ; 23,69 zł/os.
Wyruszając w sobotnie popołudnie na zachód słońca z zamiarem spania, już po mapach pogodowych wiedzieliśmy, że dużo gwiazd to my tej nocy nie zobaczymy. Co nie odstraszyło nas choćby na chwilę i pełni energii ruszyliśmy w wyznaczone wcześniej miejsce. Po krótkich zakupach na kolacje i na śniadanie które kosztowały nas niecałe 15 zł byliśmy w trasie. Punkt który obraliśmy jest jednym z wielu możliwości patrząc z rzeki Wisły. Nieopodal Kazimierza Dolnego z widokiem na Zamek w Janowcu. No cudo!
Dotrzeć na miejsce można na kilka sposobów. Na piechotę, rowerem albo samochodem, który ma wysoki prześwit, a najlepiej jest pędzony na cztery koła. (to akurat przydało się nam do dalszej zabawy). Nie rozkładaliśmy namiotu, postawiliśmy na spanie w samochodzie. Można by rzec, że z czystego lenistwa, ale po prostu nie chcieliśmy suszyć potem namiotu, wiedząc, że padać będzie na bank. A nie … to jednak lenistwo. Przed rozbiciem się w takim miejscu należy pamiętać, żeby wcześniej sprawdzić czy oby na pewno można się tam rozbić. Czy to choćby nie jest fragment rezerwatu lub parku, których pełno jest przy Wiśle. (Nie upieram się przy Wiśle, bo jest wiele cudnych miejsc na biwak, ja po prostu lubię tą rzekę)Tak czy inaczej, popijając wieczorną kawę i zajadając się biwakowymi kanapeczkami rozpoczęliśmy ucztę. Dla komarów i meszek, ale uczta to uczta. Cisza przed burzą nasiliła je nieznośnie i nawet specyfiki na insekty nie bardzo chciały działać. Nie trwało to jednak długo, bo wiatr który przyszedł z frontem skutecznie rozgonił całe chmary, a my rozkładając się na krzesełkach mogliśmy podziwiać na niebie świetliste błyskawice i przyjemne pomruki w leniwym tempie zbliżające się do nas. Widok który mieliśmy przed oczami z lekkim szumem liści i traw dodawał klimatu. Działa kojąco, a zarazem przerażająco pokazując naturę jako nieograniczoną potęgę. Noc przebiegła spokojnie. O ile ktoś uwielbia jak otacza go ściana deszczu, który w tej totalnej głuszy robi nieziemską melodię odbijając się o liście, pobliską wodę czy nawet maskę samochodu. Błogo. Poranek to już chyba standard… do przetarcia oczu i wyjścia na zewnątrz – tragedia, lecz uchylając drzwi atakuje świt w lekkiej mgle prezentując piękno natury. Niesamowity widok. Kawa z takim widokiem budzi wtedy bardziej. Powrót był gładki, choć nie zapomnieliśmy, że nasza dwudziestoletnia honda lubi błoto i umie w błocie. A że popadało to, żal było nie skorzystać. I tak to wróciliśmy bogatsi o parę wspomnień, wydając razem tyle co ja był zjadł wychodząc w sobotę na miasto. Takie wyjazdy choćby na chwilę uczą… pokory uczą i doceniania piękna wokół.
Bo nadejdzie taki dzień, gdy świat ogarnie, że markowe torebki czy znaczek na masce to tylko dodatek… że pościg był zupełnie w innym kierunku. Takich nocy, Takich poranków Takich kaw. My, Kasia i staś.
Ilość dni: 1 Ilość osób: 2 Prowiant: kanapki, woda, pizza, kawa – 46,29 zł Transport: ok 200 km 45,68 zł Bilet: 2x25zł. Koszt całkowity: 141,97 zł ; 70,99 zł/os.
Siedząc na balkonie mieszkania, próbuję odchylić się na fotelu jak najmocniej w tył, z jednej strony by leniwie sięgnąć po kubek kawy, który zostawiłem na nasłonecznionych płytkach, z drugiej by jeszcze choć ciut tego słońca zaznać zanim siądę do pisania. Z każdym skracającym się dniem czuję jakby moje wyjazdy były mniej pełne… jakby mi brakowało czasu na architekturę, na książkę w parku czy na pogawędki przy kawie w kawiarni. Ale za to docenić można często mokre od deszczu miasto nocą, gdzie kostka brukowa nadaje uliczkom blasku, a krople deszczu grają marsza na parapetach.
Całą wyprawę zaczęliśmy spontanicznie jak zawsze zresztą z Lublina. Budząc się o świcie lekko zaskoczeni. Zaskoczeni bo miał być pochmurny dzień, a pogoda miała być idealna na latawca, a nie na przechadzki po mieście. Pijąc poranną, budzącą kawę widziałem z okna jak budzi się reszta świata. Pogodnego, słonecznego świata. I tak to w drogę. Na Zamość, do twierdzy. Choć miasto znamy już dość dobrze to często wracamy do Arsenału. Tam znajduje się znakomita plansza z projekcją historii twierdzy i zmian, które jej dotyczyły. Przy Zakupie pełnego biletu można zwiedzić cały obiekt składający się jeszcze z dwóch wystaw. W obu jest broń, tylko że zgrabnie podzielona od siebie epokami. Na szczególną uwagę lekcji historii zasługuje pełne zestawienie o II Wojnie Światowej. Naprawdę ciekawa ekspozycja z klarownymi opisami. Po niespełna 2,5 godzinnej wizycie, naszym kolejnym celem był rynek, który swoim ratuszem i ormiańskimi kamienicami zachwyca stylem. Jeśli mam być szczery to gdybym nie znał całej historii twierdzy, to miejsce było by jedynie piękne architektonicznie. Ale historyczne smaczki nadają temu miejscu jeszcze więcej czaru. Pojecie szwedzkiego stołu, które jest nam tak dobrze znane ma korzenie właśnie w tym miejscu, a poczucie, że tym samym brukiem przechadzali się i przechadzają wciąż światowej sławy artyści pozwala mi uważać, że jest to prawdziwie wyszukane miejsce, zarówno na odpoczynek jak i na to by usiąść w zadumie i tworzyć. Rynek pełen gwaru z letnich ogródków przyciągnął nas na kawę i wiadomo … pizzę. Najedzeni i oczarowani miejscem wyruszyliśmy w stronę rotundy, którą niestety mogliśmy obejrzeć jedynie z zewnątrz z powodu remontu. Miejsce niesamowicie przygnębiające z racji jej historii… W czasie II wojny było to miejsce rzezi, a sama rotunda stała się swoistym pomnikiem osób pomordowanych. Wracając pod mury twierdzy odwróciliśmy się nieśmiało raz jeszcze w stronę rotundy, której remont ma się skończyć niebawem. Wiem, że będę musiał tu wrócić, zobaczyć jak wygląda pomnik, który nigdy nie powinien powstać… bo te czasy nie powinny mieć miejsca.
Coraz mniej się mówi o takich miejscach, o Dzieciach Zamojszczyzny, o historii.
A szkoda… bo historia miast to nie tylko architektura, czy jaki sławny w tej czy innej kamienicy mieszkał. To też jest ważne. Fakt. Lecz czasem warto popatrzeć na takie miejsca przez inny pryzmat.
Wejść w boczne uliczki czy podwórka w kamieniczkach… tam czasem zatrzymuje się świat.
I takich podróży, Nie tylko w hotelach, a takich by odkrywać, doświadczać i zwiedzać. My, Kasia i staś.
Ilość dni: 1 Ilość osób: 2 Prowiant: kanapki, woda – 12,45 zł Transport: ok 233 km ok 53,59 zł Koszt całkowity: 66,04zł ; 33,02 zł/os.
Siadając do pisania odurzony mocną sypaną kawą z kubka próbuję jeszcze skierować światło lampki prosto w twarz. Szukam nadaremnie jeszcze substytutu dnia, który właśnie chyli się ku końcowi. Mocne jesienne promienie słońca, które towarzyszyły nam podczas tej małej wyprawy, nie odpuszczały nas praktycznie na krok. Gdy tylko mgła postanowiła, że ustąpi wskoczyliśmy w samochód na zdjęcia.
Miał być miejski reportaż, architektura, lecz nie ta piękna tylko taka prosta przerośnięta kiczem i kilka innych tematów. Jednak natura wygrała. Wygrała zdecydowanie. Okolice przed Włodawą zawsze urzekały mnie swoim spokojem. Innym życiem, takim jakby bez zegarków… rytmem bliżej natury. Przejeżdżając przez spokojne miejscowości wyszukiwałem jeszcze na miejscu pasażera miejsca idealnego na zdjęcia… i wygrał Więzienny Rów. Meandrujący ciek wodny, który przecinał płaską okolicę na dwie części. Snując się między łąkami i konarami drzew, które dzielne bobry przytargały nad samą wodę. Widok bajeczny. Wjeżdżając na łąkę widzieliśmy w oddali jeden samotny domek. Przedwojenny, drewniany, pusty. Dowiedzieliśmy się, że wcześniej tu była wieś, cała ogromna osada… ale gdzie?! No właśnie na tej łące, na której właśnie staliśmy.
Urokliwe… urokliwe i zarazem przerażające. To jak to wszystko przemija, a potem ślad po tym wszystkim znika. Zostaje wspomnienie w opowiadaniach przekazywanych przy spacerze albo jakimś nudnym niedzielnym obiedzie. Smutne ciut, tak odejść w zapomnienie. Weselszy jest fakt, że ludzie po prostu się stąd przenieśli, szukając lepszego miejsca… nikt ich stąd ponoć nawet nie próbował przeganiać. Po tym dość specyficznym przeżyciu, szliśmy w dół, razem z prądem rzeki. Mieniące się, spadające liście i ciepła herbata na postawionej bez przyczyny ławce w takich warunkach smakowała najlepiej. Prawdziwie i zdrowo. I do tego powinniśmy dążyć wszyscy w czasie, gdy nieprzyjazny jest świat. Nie do centrum miast lecz zabrać rodzinę albo przyjaciół i naturalnie naturę choć trochę eksplorować. Odkrywać i doświadczać, patrzeć i doceniać. Uczyć się jak życie kreować, jak ciut do warunków się przystosować.
Tego na dziś, na jutro, na zawsze. Ja, staś i podróży tej kompan – Grzegorz.