Wrocławskie ZOO – miejsce, które trzeba zobaczyć

               Ponad 12 000 zwierząt na przestrzeni 33 hektarów. Do tego siatka ścieżek wypełniona wieloma planszami dydaktycznymi, zagadkami dla najmłodszych i miejscem do wypoczynku. Jest to jeden z najczęściej odwiedzanych ogrodów w Europie. Kupując bilet nie zdawałem sobie sprawy na jaki spacer się piszę i jaki bagaż wiedzy będę miał okazję zdobyć.
Mały Wypad czas start!
Zapraszam.

DATA I GODZINA

O wrocławskim ZOO słyszałem dużo dobrego i nareszcie w drugiej połowie stycznia (26.01) miałem okazję go odwiedzić. Wiele osób wybiera cieplejsze dni (a nawet upalne) na taką rozrywkę twierdząc, że mało można zobaczyć, gdy jest zimno. Nic bardziej mylnego. Gro zwierząt nienawidzi upałów i zdecydowanie lepiej czują się, gdy jest chłodno, niż w letnim skwarze. A dla tych zwierząt, które cenią sobie ciepełko są zbudowane specjalne ocieplane boksy i to właśnie tam można je podziwiać.

Jeśli chodzi o porę dnia to wybrałem 9:00, czyli godzinę otwarcia. Z jednej strony wtedy jeszcze nie ma tłumów i bez problemu można zwiedzić (poniekąd prowadząc cały peleton) sporą część ZOO, z drugiej zaś, o czym nie wiedziałem, wiele zwierząt miało z rana czas karmienia. Szedłem więc za meleksem, który rozwoził śniadanie i miałem okazję zobaczyć mnóstwo gatunków na porannej wyżerce. Póki co – same plusy.

CZAS ZWIEDZANIA

               Żeby zatrzymać się i przez chwilę podziwiać zwierzęta trzeba dużo czasu. Żeby przyswoić ogrom wiedzy zamieszczony na planszach potrzeba jeszcze więcej czasu. Mi zwiedzanie zajęło lekko 4 godziny, a nie robiłem sobie przerw podczas oglądania i ścieżkami chodziłem w miarę możliwości szybko. Nie skłamię twierdząc, że ta wyprawa może być całodzienną przygodą. Na szczęście ogród przygotował świetne zaplecze rekreacyjno – wypoczynkowe. Nie brakuje ławek, na których można odpocząć, a w sezonie działa również pełna gastronomia rozsiana na trasie zwiedzania (teraz całość jeszcze jest uśpiona przed wiosennym szturmem). Jest to naprawdę fajnie rozplanowany teren. Nawet toalety są super rozmieszczone, tak żeby nie trzeba było ich szukać… no właśnie, co do „szukać.”

LOGISTYKA

Teren ogrodu jest cały czas modernizowany i unowocześniany. Powstają nowe budynki i ścieżki dydaktyczne, które są naprawdę dobrze oznaczone. Słupki kierunkowe z całą pewnością ułatwiały mi poruszanie się po całym obszarze, a mapy znajdujące się przy głównych skrzyżowaniach rozwiązują wszelkie wątpliwości. Podczas przechodzenia z punktu w punkt dokładnie wiedziałem gdzie iść, a gdzie już byłem.

Z perspektywy czasu ciężko mi określić, czy mój kierunek zwiedzania był najbardziej optymalny. Ja zacząłem od zagród, kierując się po kolei z miejsca w miejsce. Moim planem było zostawienie Akwarium i Afrykarium na drugą połowę zwiedzania. Z jednej strony pomyślałem, że najpierw wszyscy po wejściu mogą pójść tam chcąc uniknąć tłumu, a potem będą zwiedzali resztę, z drugiej strony chciałem zostawić sobie taką wisienkę na torcie na koniec zwiedzania. Czy moja logika byłaby powtarzalna to ciężko stwierdzić, ale tłumów nie było zarówno przy zagrodach jak i w budynkach. Czyli 1:0 dla mnie 🙂

O ZOO

Wrocławski ogród zoologiczny położony na 33 hektarach jest mieszkaniem dla ponad 12 tysięcy zwierząt. Jest najstarszym ogrodem w Polsce i działa od 1865 roku prężnie do dziś z dwoma małymi przerwami. Na terenie parku oprócz różnorodnych gatunków zwierząt turyści mogą podziwiać wiele zabytkowych budowli, które pełniły bądź nadal pełnią funkcję schronienia dla zwierząt. Wiele z budynków zmieniło swoje przeznaczenie, jak na przykład Baszta Niedźwiedzi, którą obecnie zajmują sowy. Jest też domek nutrii – jedno z nielicznych drewnianych mieszkanek, które pozostało ok. 1890 i pełni swoją rolę do dziś. Na terenie parku nie brakuje też nowoczesności. Największą atrakcją ogrodu cieszy się Afrykarium z tunelem, przez który można przejść podziwiając różne gatunki ryb. Mi osobiście się podobał, ale mnie nie porwał. Ale za to cała reszta Afrykarium niemalże wyrywa z butów. Naprawdę.

Motylarnia, Żyrafiarnia, Terrarium, Odrarium i wiele innych to z całą pewnością miejsca, które na długo zapadają w pamięci. Ranczo pozwala poznać niedaleką historię, o której wielu najmłodszych nie ma pojęcia. Przykłady chomąt z pewnością pomogą uświadomić najmłodszym, że traktory nie zawsze „rządziły” polami 🙂

Ogród pod swoje skrzydła przyjął wiele gatunków zwierząt z nielegalnych hodowli, przemytu czy z terenów szczególnie zagrożonych dla danych gatunków.

PODSUMOWANIE

               Osobiście uważam, że będąc we Wrocławiu i nie zahaczyć o ZOO byłoby sporym błędem. Nie jest to jednak miejsce na dwie godziny, więc dobrze jest zaplanować przynajmniej pół dnia na zwiedzanie.  Warto pamiętać o tym, by w ciepłe dni zabrać jakieś nakrycie głowy i choćby butelkę na wodę (na terenie ogrodu znajdują się kraniki z wodą). 

Normalny bilet wstępu kosztuje 70 zł, natomiast ulgowy 60 zł. Dostępne w sprzedaży są jeszcze bilety rodzinne i roczne. Nie jest to najmniej, ale biorąc pod uwagę ilość atrakcji, możliwość aktywnego spędzenia całego dnia połączonego z nauką i dobrą zabawą jest to kwota, którą naprawdę warto wydać.

ZOO (piszę tu o wszystkich ogrodach) ma swoich zwolenników i przeciwników. Zgadzam się bezapelacyjnie z tym, że takie miejsca nie są środowiskiem naturalnym dla wielu gatunków zwierząt. Warto jednak pamiętać o tym, że wiele gatunków jest na skraju wymarcia ze względu na brak swojego naturalnego środowiska czy szeroko pojętego „handlu i postępu”.
Za takim obrotem spraw stoi najgroźniejszy i najgorszy z gatunków – My, ludzkość.
Zatem czy takie miejsca są więzieniem czy ostatnią chronioną ostoją?
Każdy kij ma dwa końce. Zawsze.

Londyn – 10 miejsc, które są symbolami miasta.

Londyn jest miejscem, którego nie sposób w całości odkryć, choć trzeba odkrywać. Miejscem, które wciąga w zaułki historii, przenikające się i uzupełniające. Zakamarki szeroko pojętej kultury obejmują swoimi mackami każdego kto tylko zechce. Nowoczesność współgrająca z wiktoriańskim stylem.
Taki właśnie jest Londyn naszymi oczami.

Ilekroć pomyślę o Londynie i zdjęciach przychodzi mi na myśl najlepszy deszczowy październik jaki śmiem sobie wyobrazić. Skąpani w strugach wyspiarskiego deszczu, z żałosną nadzieją na lekki przebłysk, spacerowaliśmy ulicami i alejami zachodząc od czasu do czasu do muzeum. Aparaty otulone w gęstych kroplach i wyczekiwanie w kałużach tego najlepszego.
Każdy, kto dotarł do tego momentu tekstu, nie będąc w stolicy, pomyślał pewnie „No debil”. Każdy, kto tam był z lekką ekscytacją w głosie zapyta „Czułeś to? Czułeś?”
Z delikatnym uśmiechem odpowiadam „Czułem i Kasia też to czuła”
I teraz chcemy Was zabrać w podróż by podsycić Waszą chęć na Mały Wypad.
W drogę!

KOMUNIKACJA

               Choć Londyn jest trzecim co do wielkości miastem Europy, to podróżowanie po tej ogromnej aglomeracji to czysta przyjemność. Bardzo dobra komunikacja kolei naziemnej połączona z gęsto usianą pajęczyną metra pozwala przemieścić się z punktu w punkt w krótkim czasie. Podczas ostatniej podróży korzystaliśmy z Oyster card, którą można kupić i doładować w kiosku na peronie. Koszt samej karty to 7 funtów + doładowanie najczęściej 23 funty. Pieniądze za kartę (te 7 funtów) po roku przechodzą na konto do wykorzystania. Inną opcją jest płacenie zbliżeniowe, które również jest bardzo popularne i nawet polecane. Czytaliśmy jednak, że czasem występuje problem z autoryzacją, dlatego my zdecydowaliśmy się oszczędzić sobie stresu i płacić klasycznie.
Karta obowiązuje na metro i kolej naziemną więc „jakby luksusowo”.

Każda stacja metra jest dobrze opisana dzięki temu naprawdę ciężko się zgubić, a jeżdżąc kolejką mieliśmy do dyspozycji na peronie mapę i dokładny rozkład.
Dużym plusem jest też korzystanie z map Google i nawigowanie się transportem publicznym dzięki aplikacji (Pamiętać trzeba jednak o kosztach związanych z transmisją danych zagranicą).

W Londynie obowiązuje ruch lewostronny i warto o tym pamiętać wchodząc na przejście, albo choćby wychodząc z metra. O ile samochody i rowery zachowują tę zasadę, o tyle ludzie już jakoś nie. Londyńczycy są przyzwyczajeni do tego, że większość świata porusza się inaczej (kiedyś ruch lewostronny był w wielu krajach), ale warto pamiętać o tym, że to my tam jesteśmy gośćmi i wypada przestrzegać zasad danej społeczności.

WAŻNE

               Przed planowanym wylotem do Wielkiej Brytanii trzeba pamiętać o tym, że nie jest ona już w Unii Europejskiej. Co za tym idzie dokumentem umożliwiającym podróż jest paszport. Poza sezonem wyrobienie paszportu to okres maksymalnie paru tygodni. W sezonie ten czas może wydłużyć się do miesięcy. Warto więc pomyśleć o tym wcześniej, żeby nie przegapić biletowej okazji życia.

Wielka Brytania posiada również własną walutę, jaką są funty. Warto pamiętać o tym, że jeśli byliśmy np. w Londynie parę lat temu i zostało nam parę zaskórniaków to raczej nimi nie zapłacimy, ponieważ jest na nich wizerunek Królowej Elżbiety II (UWAGA!! Te banknoty nie stracą swojej wartości. Można je nadal wymienić w każdym banku). Większość miejsc akceptuje jednak płatności kartą.

               Rzeczą, o której będziemy powtarzali uparcie do znudzenia jest wykupienie ubezpieczenia podróżniczego. Zazwyczaj kosztuje grosze, a może naprawdę uratować skórę w krytycznej sytuacji.

ZWIEDZANIE

                Jako że większość wybiera się na Mały Wypad, a nie na roczne zwiedzanie Londynu, to wybraliśmy jedynie kilka pozycji na 2-3 dniowy wyjazd. A naszą podróż zaczniemy od muzeum. Tutaj warto pamiętać o tym, że wiele muzeów w Londynie jest za darmo. Ważne jest również to, żeby dokonać rezerwacji przez Internet (oddzielne wejścia dla posiadających bilety). To zaoszczędzi naprawdę dużo czasu (kolejki są ogromne).

Science Museum  – muzeum nauki to nie lada gratka dla wszystkich. Nawet jeśli ktoś nie był orłem w szkole to z całą pewnością znajdzie coś dla siebie. Powstało w 1857 roku. Całe spektrum od matematyki, fizyki, poprzez medycynę i na kosmosie kończąc mogą przyprawić o zawrót głowy. Nie sposób obejrzeć całość i całość zapamiętać. Jest to jedno z tych miejsc, do których trzeba wracać. Rozkoszować się postępem jaki wydarzył się na przestrzeni wieków i docenić odkrycia dokonane przez największych tego świata.

Natural History Museum – kolejna świetna pozycja, która na nas zrobiła spektakularne wrażenie. Zbiory w ilości ponad 70 milionów eksponatów jest potęgą samą w sobie. Oficjalne otwarcie odbyło się w 1881 roku i od tego czasu uczy swoich gości. Na szczególną uwagę zasługuje szkielet płetwala błękitnego, który wisi w holu głównym. Ponadto plaster sekwoi o średnicy 6 metrów robi niesamowite wrażenie. Warto też zajrzeć do galerii z dinozaurami, można bowiem tam zobaczyć ryczącego, ruszającego się dinozaura.

              

Z doświadczenia wiemy, że najlepszą opcją zwiedzania tych muzeów jest podzielenie tych atrakcji na oddzielne dni. Wtedy zdecydowanie więcej zostanie w pamięci i nie padniemy wyczerpani gdzieś pomiędzy piętrami ze zmęczenia i przesytu informacji.

Picadilly cirrus – ikona, jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Londynie. Wielu miało okazję oglądać to spektakularnie oświetlone reklamami skrzyżowanie na niejednym filmie, ponieważ często miejsce to jest planem zdjęciowym. W centralnej części placu stoi pomnik Erosa otoczony fontanną, który jest popularnym miejscem spotkań i wieców. Ponadto plac otoczony teatrami i sklepami pełni rolę rozrywkową i handlową. Nie trzeba wspominać, że najlepiej zwiedzać to miejsce to wieczorową porą.

Big Ben – bezapelacyjny symbol miasta i kraju. Usytuowany przy zachodnim skrzydle Parlamentu Wielkiej Brytanii został ukończony w 1859 roku. Początkowo nazwa ta odnosiła się do 13 tonowego dzwonu umieszczonego wewnątrz wieży zegarowej, której faktyczna nazwa to Elizabeth Tower. Obecnie jednak, każdy bardziej kojarzy wieżę jako Big Ben. Blisko 100 metrowy (96,3m) budynek jest punktem orientacyjnym na mapie Londynu i jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w mieście. Ci, co łakną zwiedzania wieży ucieszą się, że po czteroletnim remoncie wnętrza Big Bena znów zostały oddane „w ręce” zwiedzających.

London Eye – popularna nazwa jednego z największych diabelskich młynów na świecie. Znajdujący się na brzegu Tamizy kolos ma ponad 135 metrów wysokości. Powstał w 2000 roku z okazji nowego tysiąclecia i miał być instalacją czasową, jednak na prośbę wielu mieszkańców został na stałe. Nadal jest kością niezgody wśród mieszkańców Londynu. Jedni mówią, by iść z duchem czasu, drudzy natomiast twierdzą że to szkaradny element zupełnie nie wpisujący się w zabudowę miasta. Ciekawostką jest, że kapsuł jest 32, lecz numery są od 1 do 33. Spowodowane jest to tym, że pominięto pechową 13. Podróż diabelskim młynem trwa około 30 minut, a bilety zaczynają się od 20 funtów.

Trafalgar Square – jest jednym z najważniejszych placów w Londynie. Swoją nazwę nosi od miejsca zwycięskiej bitwy floty brytyjskiej nad flotą francusko-hiszpańską w 1805 roku. W centralnym punkcie stoi pomnik poświęcony admirałowi Nelsonowi. Nieopodal placu znaleźć można między innymi budynek National Gallery. Jest to miejsce szczególnie często wykorzystywane do organizacji wydarzeń kulturalnych, obchodów, koncertów i demonstracji.

Tower Bridge – charakterystyczny i rozpoznawalny na całym świecie most łączący brzegi Tamizy jest niewątpliwie unikatem. Otwarty w 1894 został skonstruowany tak, by umożliwić żeglugę wyższym statkom o dużej masie. Składa się z dwóch wież i zwodzonego przęsła. Chętni mogą zwiedzić wnętrze mostu i dowiedzieć się jak działa, poznać jego historię oraz przejść się górnymi przejściami, co z całą pewnością pozostanie w pamięci na lata. Koszt zwiedzania zaczyna się od 6 funtów.

Hide park – uciekając od ruchu ulicznego i wszechobecnego tłumu schronienie można znaleźć w stworzonym w 1637 roku parku. Na 140 hektarach zieleni można odpocząć i zaczerpnąć świeżego powietrza. Park posiada również wiele placów i boisk, na których mieszkańcy rozgrywają między innymi mecze piłki nożnej i siatkówki. Jest to idealne miejsce na aktywny wypoczynek jak i na leniwy odpoczynek wokół natury. Warto pamiętać, że jeśli mamy w planie leniuszkowanie to niektóre leżaki są płatne. Ciekawym miejscem jest speakers corner– miejsce, w którym każdy bez względu na wiek, płeć, wyznanie czy narodowość może wygłosić swoje zdanie bez konsekwencji. Jedynem, o czym nie można mówić negatywnie to rodzina królewska. To miejsce wolności słowa i szeroko pojętej dyskusji  powstało w XIX wieku. Warto przybyć tu na chwilę i wsłuchać się w zażarte dyskusje, które trwają niemal nieprzerwanie.

Pałac Buckingham – zbudowany w 1703 roku pałac od czasów królowej Wiktorii jest główną siedzibą rodziny królewskiej. Obecnie jest to symbol, który trzeba zobaczyć będąc w stolicy. Najlepszym czasem do odwiedzenia tego miejsca jest zmiana warty, która odbywa się o 11:30. W sezonie (kwiecień – lipiec) można ją podziwiać codziennie, w resztę roku, co drugi dzień. Po obejrzeniu okazałej budowli i zmiany warty warto przejść się alejkami jednego z dwóch pobliskich parków.

Harrods – jeden z najbardziej znanych domów towarowych na świecie. Założony w 1834 roku od samego początku miał oferować szeroką gamę artykułów. Dziś jest symbolem brytyjskiego luksusu i tradycji handlowej. Unikalne produkty, kolekcje znanych marek rozmieszczone na 90 000 m2 prezentują szyk, splendor i bogactwo. Zanim jednak wybierzecie się do Harrodsa pamiętajcie, że aby tam wejść trzeba być ubranym elegancko (Goście w japonkach, shortach i ubraniach odkrywających dużą część ciała mogą nie zostać wpuszczeni).

Fish and chips – ryba z frytkami to z całą pewnością nie miejsce. To klasyk kuchni w Londynie. Uważamy, że jest to nieodzowny element wyjazdu i ilekroć będziemy tu wracali to będziemy jedli tę tłustą rybę z głębokiego oleju, frytki i puree z zielonego groszku. Żeby zjeść dobrze i nie wyczyścić kieszeni warto odejść parę kroków od centrum i poszukać małej knajpki. Przy odrobinie szczęścia i sprawdzeniu opinii w internecie doznacie raju dla podniebienia.

I z rozpalonym apetytem do zwiedzania i zjedzenia małego „co nieco” postanawiamy Was zostawić. Mamy nadzieję, że już powoli pakujecie plecaki i szykujecie się na podbój Londynu.

Do zobaczenia na uliczkach miasta,

Kasia i staś.

Rzym – 9 miejsc, które warto zobaczyć.

(na końcu artykułu znajdziesz odnośnik do filmu – przewodnika po tych miejscach)

Największym błędem, który można popełnić jadąc do Wiecznego Miasta jest chęć zobaczenia…. wszystkiego. Jedynie, co z takiego wyjazdu pozostanie, to ból głowy, oczopląs i odciski. Dlatego śpieszymy z przewodnikiem po 9 miejscach, które warto zobaczyć w Rzymie.
Mały Wypad czas start!

WSTĘP

               Zanim przejdziemy do pełnego opisu chcemy nakreślić, że nie da się opowiedzieć kilku tysięcy lat historii w paru zdaniach i to co opisuje ten artykuł, to jedynie wierzchołek góry lodowej 🙂 Możecie nam wierzyć lub nie, ale każdy kolejny krok, który stawialiśmy, prowadził nas do nowych odkryć niekoniecznie opisanych w przewodnikach. Zatem jadąc na Mały Wypad nie smućcie się, że coś pominęliście. Do tego miasta trzeba wracać i za każdym razem odkrywać coś nowego, zaskakując się coraz bardziej i bardziej. Nie mniej jednak mamy dla Was propozycję 9 miejsc, które są jednymi z „ciasteczek” na mapie Rzymu.

O tym jak dostać się z lotniska Campino do centrum możesz przeczytać tutaj.

(link otworzy się w nowym oknie)

LOGISTYKA

Niezbędne w podróżowaniu po Rzymie będą na pewno wygodne buty. To one pozwolą nam zrobić wiele kroków przechadzając się kamiennymi ulicami czy parkami. Jeśli będziecie w mieście w ciepłe dni to koniecznie zabierzcie nakrycie głowy i okulary przeciwsłoneczne. Dobrym planem jest też krem z filtrem. Nie zapominajcie o wodzie lub choćby butelce (dość gęsto usiane kraniki z wodą na ulicach pozwolą uzupełnić zapasy). I tutaj warto się pochylić na chwilę nad tematem toalet. Jest ich zdecydowanie mniej niż w czasach starożytnych, co może z lekka rozbić podróż. Jeśli już jesteśmy przy toaletach to warto pamiętać, by mieć w kieszeni parę drobnych. W wielu miejscach nie zapłacimy kartą (choćby w toalecie).
We Włoszech obowiązuje siesta, dlatego warto wcześniej zaplanować sobie jedzenie lub drobniejsze zakupy, żeby się nie nadziać (My podróżując po Włoszech zawsze ustawiamy budzik na ok. 12:30, żeby w ferworze zwiedzania nie przegapić ostatniego momentu, żeby coś kupić przed zamknięciem – Polecamy!)
              
Bilety wstępu do różnych atrakcji warto kupić z wyprzedzeniem. Z jednej strony będziemy mieli pewność, że w ogóle wejdziemy, a z drugiej unikniemy stania w długich kolejkach (w sezonie zwykle warto rezerwować bilety z kilkudniowym wyprzedzeniem).

ZWIEDZANIE

Uzbrojeni w wodę, czapkę i przewodnik ruszamy w drogę, a zaczynamy od Circus Maximus, poprzez Fontannę Di Trevi, na schodach hiszpańskich kończąc.

Circus Maximus – był to najstarszy i największy cyrk starożytnego Rzymu. Jego początki sięgają III w. p.n.e. Był on wielokrotnie przebudowywany i modernizowany. Wiązało się to z rozwojem, jak i z licznymi pożarami, które trawiły okazałe budowle, w tym cyrk.  W swoim ostatecznym, murowanym kształcie był w stanie pomieścić blisko 250 tys. osób (Warto zauważyć, że Rzym wtedy miał około 1 miliona mieszkańców).  Głównym celem budowli było oglądanie wyścigów rydwanów, które cieszyły się w starożytnym Rzymie ogromną popularnością. Dziś można oglądać jedynie skromne pozostałości, ale ukształtowanie terenu pozwala sobie wyobrazić wielkość budowli przed wiekami.

Łuk Konstantyna – jeden z najmłodszych łuków tryumfalnych powstał w 315 roku, w trzy lata po zwycięskiej bitwie Konstantyna nad cesarzem Maksencjuszem. Zaznaczający się swoją obecnością, stojący w otoczeniu Koloseum i Forum Romanum, łuk powstał z wcześniejszych budowli. Taki zabieg spowodował, że zbudowano go szybciej i taniej. Miejsce to jest nie tylko świetnym punktem orientacyjnym wśród zabytków, ale też miało swoje uzasadnienie. To tędy prowadził antyczny szlak procesyjny. Konstantyn odegrał też kluczową rolę w historii rzymskiego chrześcijaństwa, zatem według wielu źródeł mówi się, że łuk symbolizuje również początek przemian.

Koloseum – a tak dokładniej to Amfiteatr Flawiuszy powstał w ciągu dekady między 70 a 80 rokiem n.e.  Jego nazwa nie pochodzi od wielkości budowli, ale od ogromnego posągu Nerona z brązu, który stał nieopodal. Swoją wielkość budowla zawdzięcza doskonałym architektom i inżynierom tamtych czasów. Poprzez wykorzystanie betonu, który z resztą Rzymianie wynaleźli, można było budować wyżej i donioślej. Doniosłość ta miała pokazywać potęgę cesarstwa, a odgrywane na arenie walki gladiatorów sugerowały, że cesarstwo nie cofnie się przed niczym. Z drugiej strony taka rzeź była ulubioną rozrywką Rzymian. Miejsca w Koloseum odpowiadały hierarchii struktur w Rzymie. Na samym dole siedział Cesarz i senatorowie, wyżej arystokracja, potem lud i żołnierze, następnie niewolnicy, a na samej górze siedziały kobiety.

Forum Romanum – pierwotnie błotniste tereny nienadające się do użytku zostały osuszone przez Etrusków. To tam znajdował się plac targowy. Z chwilą rozwoju miasta i coraz większej potęgi handel na placu został wyparty przez ośrodki kulturalne. Mówi się, że było to serce religijne, polityczne i społeczne imperium Rzymskiego. Mimo upływu lat i licznym zniszczeniom jest to świetnie miejsce do zwiedzenia i uświadomienia potęgi jaką był Rzym.

Ołtarz ojczyzny – usytuowany na Placu Weneckim pomnik Wiktora Emanuela II zwany również Vittoriano został wybudowany w latach 1885 – 1911. Biały marmurowy kompleks w stylu neoklasycystycznym z całą pewnością zaprze dech w piersiach i na długo zostanie w pamięci. Trzeba jednak pamiętać, że jest on kością niezgody przez wielu nazywany nawet katastrofą architektoniczną. Wiąże się to z jego monumentalnością i bielą, co skutecznie przyćmiewa okalające go zabytki. Jakby tego było mało, to podczas budowy „maszyny do pisania” (złośliwa nazwa pomnika) zniszczono część Kapitolu i wiele cennych budynków mieszkalnych. W budynku znaleźć można Grób Nieznanego Żołnierza, punk widokowy oraz Muzeum Zjednoczenia Włoch.

Fontanna czterech rzek – znajdująca się na środku Piazza Navona fontanna charakteryzuje się wysokim, egipskim obeliskiem z czterema posągami charakteryzującymi rzeki czterech kontynentów: Nilu, Gangesu, La Platy i Dunaju. Fontanna jest uważana za jedno z największych osiągnięć rzeźby barokowej i świetny punkt orientacyjny na mapie Rzymu. Warto zwrócić uwagę, że plac na którym stoi był kiedyś stadionem Domicjana. Ciekawostką jest to, że obecny plac powstał DOKŁADNIE na ruinach stadionu „lekkoatletycznego”.

Panteon – jedna z wizytówek miasta, którą nie sposób pominąć w zwiedzaniu. Wybudowana w 125 r. n.e. przez cesarza Hadriana ku czci wszystkich bogów do tej pory olśniewa swym kunsztem. Rozpiętość kopuły to 43,6 m. Cały ciężar przenoszony jest na 8 szerokich kolumn, a kasetonowe sklepienie nadaje bryle lekkości. W środku można podziwiać liczne rzeźby i zdobienia. Warto zwrócić uwagę na 16 kolumn stojących przed wejściem. Zostały one przywiezione w CAŁOŚCI!!! z Egiptu. 

Fontanna di Trevi – jedna z najbardziej rozpoznawalnych fontann na świecie. Zbudowana w drugiej połowie XVIII wieku urzeka swoim kunsztem do dziś. Zasilana jest wodą z akweduktu, który został wybudowany w 19 r. p.n.e. Fontanna przedstawia greckiego boga, największego z tytanów Okeanosa i dwa trytony (hybrydy człowieka i ryby). Bóstwo stoi na rydwanie zaprzęgnięte w dwa hipokampy (hybryda ryby i konia). Jedno burzliwe, drugie natomiast spokojne – mają być alegorią stanów mórz. Ponad wszystkim stoją cztery rzeźby przedstawiające 4 pory roku.
(Wiem, wiem dużo się tu dzieje, ale nie bez kozery jest to jedna z najwspanialszych fontann na świecie). Ważne by pamiętać o tym, żeby przez ramie wrzucić pieniążek do fontanny. Mówi się, że dzięki temu na pewno wróci się do wiecznego miasta.

Schody Hiszpańskie – Wybudowane w pierwszej połowie XVIII wieku miały na celu połączyć kościół Trinita dei Monti z Placem Piazza di Spagna.  Charakterystyczne 135 stopni o kształcie łuków upodobali sobie zarówno Włosi jak i turyści. Tam przez długi czas można było spotkać znajomych siedzących na schodach i uciąć sobie miłą pogawędkę. Obecnie jest zakaz siadania na nich, a za łamanie tego przepisu grożą srogie kary. U stóp schodów znajduje się Fontanna Barcaccia. Upamiętnia ona moment, w którym Tyber wylał i opadająca woda pozostawiła w tym miejscu łódkę. Warto wejść po schodach na samą górę, żeby zobaczyć panoramę miasta.

PODSUMOWANIE

               Ta krótka przygoda, którą odbyliśmy w styczniu 2023 jest dosłownie zalążkiem zwiedzania miasta. Zawarliśmy w artykule i w filmie jedynie najważniejsze informacje i gwarantujemy Wam, że jeśli tylko byśmy na moment zboczyli z zaplanowanej przez nas trasy zwiedzania, to do tej pory błąkali byśmy się po uliczkach odkrywając coś nowego. Z całą pewnością nie jest to miejsce na jeden weekend. Jest to miasto do odkrywania i poznawania. Zwiedzania i doświadczania.

Togo właśnie chcemy Wam życzyć podczas małego wypadu do Rzymu.

Do zobaczenia gdzieś pośród uliczek wiecznego miasta.

Kasia i staś.

Katania – 10 miejsc wartych zwiedzenia.

Na samym końcu artykułu znajdziesz film o Katanii.

             

  Katania leży na wschodnim brzegu Sycylii i jest to idealne miejsce jako baza wypadowa do zwiedzenia okolicznych miast i miasteczek, wyprawy na Etnę, czy po prostu szybkiego weekendowego wypadu na kawę, cannolo i dobrą pizzę. Ale czy jest to miasto na dłużej? Jak zaplanować podróż? I co zwiedzić? O tym właśnie jest ten artykuł. W drogę!

Jak się dostać do Katanii?

               Najlepszym sposobem dotarcia na samą wyspę jest wybranie jednego z wielu lotów z różnych zakątków Polski. My wybraliśmy lot z Krakowa linią Ryanair. Ceny za bilety zaczynają się od kilkudziesięciu złotych i często można dorwać naprawdę ciekawą okazję. Będąc na lotnisku w Katanii mamy kilka opcji dojechania do centrum.

Alibus – kursuje co 20-25 minut, a koszt przejazdu to 4 Euro

Autobus miejski 524/538 – kursuje średnio co 30 minut. Koszt przejazdu to 1 Euro. Bilet należy kupić w automacie przy lotnisku, albo w sklepie z tytoniem oznaczonym „T” Tabacchi. Do autobusu trzeba się przejść ok. 300 metrów od wyjścia z lotniska.

Taksówka – tutaj koszt waha się między 10-20 Euro.

Spacer – dojście do placu katedralnego to około 50 minut spacerem. Tę opcję polecamy każdemu, kto chce zobaczyć nie tylko kolorową otoczkę turystycznego miasta, ale i jego suburbia, które dają szersze spojrzenie na lokalne życie (my często wybieramy tę opcję choćby w jedną stronę).

Wynajem samochodu – wynajem samochodu na Sycylii jest tani, co może być kuszącą opcją. My osobiście polecamy go tylko w sytuacji, gdy nie mamy zamiaru mieszkać w Katanii, albo tam gdzie mieszkamy jest opcja parkingu. W innym przypadku pół wyjazdu spędzimy w samochodzie szukając miejsca parkingowego. Wąskie uliczki sprzyjają też zarysowaniom, dlatego niewykupienie dodatkowego ubezpieczenia naraża nas na większe koszty przy zwrocie auta.

Jeśli jednak postanowicie wynająć auto to pamiętajcie, że jazda po mieście i przepisy są delikatnie ujmując… umowne. Nie zniechęcamy, ostrzegamy. Katania jest też świetnie skomunikowana (autobusy i kolej) z popularnymi miejscowościami – warto o tym pamiętać 😉

Co zwiedzić?

Piazza Duomo – plac katedralny jest tym miejscem, od którego najprawdopodobniej większość rozpocznie swoją wyprawę po mieście. I słusznie, bo znajduje się na nim całkiem sporo do zobaczenia [tutaj skupię się na zarysie placu, pełen opis tego, co znajduje się na placu bądź do niego przylega przeczytacie poniżej].  W jego centralnym punkcie znajduje się fontanna słonia, który na grzbiecie ma słup. Wschodni bok placu zajmuje Katedra św. Agaty, północny bok to Pałac Słoni i wyjście na Via Etna, gdzie przy bezchmurnym niebie można zobaczyć czynny wulkan w pełnej krasie. Zaś w północno-zachodnim narożniku placu znajduje się Fontanna dell’Amenano.

Katedra św. Agaty – jest to budowla niesamowicie okazała, pełna doniosłości i potęgi. Barokowa fasada z białego marmuru i kolumny korynckie nadają katedrze blasku, najważniejsza jest jednak rzeźba św. Agaty. Historia katedry sięga 1094 roku, w którym okazały obiekt z bloków skały wulkanicznej (no bo z czego innego?:)) olśniewał okolice.  Wiele razy ją przebudowywano. Spowodowane to było licznymi kataklizmami. W styczniu 1693 roku poprzez trzęsienie ziemi i późniejsze tsunami katedra zmieciona została z powierzchni ziemi.  Została ona odbudowana, w do dziś zachowanym kształcie, w 1711 roku.
Sama święta jest patronką miasta -chroni mieszkańców przed „ogniem” Etny. 5 lutego (w dzień wspomnienia świętej) przez ulice miasta przechodzi wielka procesja.

TARAS WIDOKOWY!!!! – by spojrzeć z góry na Katanię, podziwiać morze Jońskie i przy bezchmurnym niebie móc podziwiać potęgę Etny, warto wejść na taras widokowy znajdujący się opodal katedry. Koszt biletu to 5 Euro. W cenie są dwa tarasy widokowe. Jeden – niższy, z bardzo przyjemnym wejściem, gdzie można zobaczyć z lekka panoramę miasta. I drugi – wyższy, na który wiodą kręte schody w górę [osobiście nie mam większego lęku wysokości, ale takich schodów szczerze nienawidzę].  Na drugim tarasie wieje, wiec lepiej zabrać czapkę. I tutaj warto też dodać, że widok jest obłędny!

Fontanna słonia – znajdujący się na środku placu katedralnego posąg słonia z obeliskiem w stylu egipskim jest bezapelacyjnie symbolem. Symbolem placu i miasta (od 1239r.).  Fontanna stworzona po trzęsieniu ziemi w 1693 roku. Prace ukończone zostały w 1737 roku. Dzisiejsza fontanna to efekt wielu renowacji i przebudów, które miały miejsce na przestrzeni wieków. Był nawet plan przeniesienia fontanny, ale z racji powstania ludowego w 1862 roku pomysł upadł. Słoń wykuty z kamienia lawowego, stojąc skierowany trąbą w stronę katedry, „dźwiga” 3,66 metrowy obelisk ozdobiony figurami egipskimi. Słoń jest częstym punktem orientacyjnym dla wycieczek oraz mieszkańców umawiających się na spotkanie.



Fontanna dell’Amenano – jest z całą pewnością unikatowa. Osadzona nieprzypadkowo w północno-zachodniej części placu stanowi niejako „bramę” do targu rybnego, który znajduje się za nią. Zbudowana w drugiej połowie XIX wieku przedstawia rzekę Amenano jako młodego mężczyznę trzymającego róg obfitości. Jest to jedyne miejsce, gdzie można zobaczyć tę rzekę, ponieważ obecnie jej bieg jest usytuowany 2 metry pod poziomem placu.

Targ rybny – jest to miejsce często odwiedzane przez turystów, którzy są złaknieni włoskiego przedstawienia gwaru i pełnej emocji atmosfery. Mieszkańcy natomiast zaopatrują się tu w lokalne specjały na obiad.  Targ znajdował się kiedyś na skraju morza, ale przez erupcje Etny i zastygłą lawę teren miasta znacznie się powiększył.  Na targ warto przyjść wcześnie rano, by zobaczyć w pełni rozemocjonowanych Włochów. Po godzinie 10 rano sprzedawcy powoli ustępują miejsca stolikom okolicznych restauracji.  Jest to miejsce z pewnością oryginalne, choć nie każdemu zapachy i widoki przypadną do gustu. 

Via Etna – każde większe miasto ma swoją ulicę splendoru, przepychu i prestiżu, więc dlaczego Katania takiej ulicy miałaby nie mieć. Wybrukowana skałą wulkaniczną via Etna jest typowym deptakiem, który jest najdłuższą ulicą nie tylko w Katanii, ale na Sycylii. Najbardziej spektakularnym doznaniem jest spacer ulicą podziwiając szczyt wulkanu smagany chmurami. Ulica od Piazza Duomo kusi kawiarenkami i restauracjami, by po kilku krokach cieszyć oko witrynami butików przeróżnych marek. Powoli ‘zbliżając’ się do wulkanu gwar turystycznego miasta ustępuje życiu codziennemu Katanii. My spacer po ulicy skończyliśmy na Ogrodzie Botanicznym.

Ogród Botaniczny – uciekając od zgiełku miasta warto zajrzeć do ogrodu botanicznego, który został zainicjowany w 1847 roku. Przez wiele komplikacji pierwsze nasadzenia zostały poczynione dopiero w 1862 roku i powoli z roku na rok ogród się „rozrastał” o okazy z Francji, Szwecji, ale też rodzime gatunki. Pożoga II wojny światowej zniszczyła ogród, który potem został z sukcesem odbudowany. Dziś można podziwiać wiele rodzajów kaktusów, szklarnie z różnymi gatunkami roślin. Zachowany w pięknym stylu daje wytchnienie w szarży zwiedzania.
Wejście darmowe.

Teatr rzymski w Katanii – podróżując uliczkami Katanii w bardzo łatwy sposób ominąć ten zabytkowy okaz i nie ma w tym nic nadzwyczajnego, ponieważ „ukrywa się” między kamienicami. Rzymski teatr pochodzi najprawdopodobniej z II wieku naszej ery i składa się z teatru większego oraz Odeonu. Prace archeologiczne polegające na odkopaniu i zbadaniu teatru, który przestał działać w V wieku, rozpoczęły się w XVIII wieku. Ukończenie ich nastąpiło natomiast dopiero w 1959 roku. Koszt biletu to 7/3,5 euro. A na szczególną uwagę zasługuje fakt owego „wpasowania się” w otoczenie.

Zamek Ursino –został zbudowany  w pierwszej połowie XIII wieku i jako jeden z nielicznych budynków oparł się trzęsieniu ziemi z 1693 roku. Zachowany w bardzo dobrym stanie został udostępniony jako muzeum w 1934 roku. W muzeum znajdują się artefakty miejskie, jak i z szerszego obszaru Sycylii. Dla osób, które nie są fanami wszelkich muzeów, istotnym może być fakt, że w zamku organizowane są również wystawy artystyczne i liczne koncerty.

Naszym zdaniem są to miejsca godne uwagi. Mamy również nadzieję, że ten materiał pomoże Wam zaplanować kolejną podróż.

Do zobaczenia na małym wypadzie,

Kasia i staś.

Włoska droga… Citta della Pieve

(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Włoska droga… Citta della Pieve

Najpiękniejsze w podróżowaniu jest to, że często przez przypadek odkrywamy miejsca, do których normalnie byśmy nie trafili. Suma takich momentów nierzadko jest dobrym uzupełnieniem całej opowieści, która bez nich byłaby jak „i” bez kropki. Pozwólcie, że zabierzemy Was na spacer po mieście, którego nie mieliśmy w planach. Citta della Pieve.

Szukając miejsca na nocleg wiedzieliśmy, że potrzebujemy tego dnia podpiąć się do prądu. Ładowanie laptopa, aparatów i lodówka pracująca na pełnych obrotach przy wrześniowych 33’C przez kilka dni  skutecznie uszczupliły zasoby naszych akumulatorów do tego stopnia, że nawet panele na dachu nie dawały rady. Szukając kampingów w jednej aplikacji odnieśliśmy fiasko. Druga aplikacja dawała jak sądziliśmy na początku wątpliwe światełko w tunelu. Ale cóż, jedziemy.



Okazało się, że miejscowość, w której dane nam było się zatrzymać dysponuje kilkoma miejscami dla kamperów w celu wypoczynku. Miasto postawiło na rozwój turystyki i stwierdziło, że wyznaczy plac i udostępni nieodpłatnie prąd, zrzut nieczystości i wodę pitną (cisza, spokój – jakby luksusowo!).
I to jest świetny pomysł!
Dlaczego?
A no dlatego, że my podróżując gotujemy sami. Ale tego wieczoru postanowiliśmy, że warto by było się odwdzięczyć i poszliśmy nawpychać się w lokalnej restauracji.
Tak się wspiera lokalny biznes, tak się promuje miasto.
Czapki z głów!

Miasto

Początki miasta nie są dobrze znane. Patrząc na układ urbanistyczny widać wyraźny wpływ etruski i rzymski. Niektóre budowle, jak wieża publiczna, charakteryzują się licznymi przebudowami co świadczyło niejednokrotnie o wzlotach i upadkach miasta. Jako że miasto leży praktycznie na trójstyku granic regionów Toskanii, Lacjum oraz Umbria można zobaczyć przyjemne przenikanie się tych kultur w mieście. Spacerowanie schludnie zachowanymi uliczkami „ceglanego miasta” (bo tak je nazwaliśmy) daje poczucie przeniesienia się po średniowiecznym mieście. I jest w tym dużo prawdy. Blisko 70 procent budynków jest zbudowanych z odkrytej cegły, które pochodzą z prężnie działającej od średniowiecza pobliskiej cegielni.


Jest to urokliwe miejsce, by spędzić tu parę chwil pijąc kawę i zajadając się ciastkiem. Po drobnym obżarstwie my spróbowaliśmy przecisnąć się przez (ponoć) najwęższą uliczkę we Włoszech, która wacha się miedzy 50 a 60 centymetrów…. Zmieściliśmy się!

I postanowiliśmy, że będziemy tu wracali, żeby sprawdzać czy będzie nam się udawało przecisnąć.
Dopóki przejście nie będzie sprawiało nam problemu, będziemy żarli ciastka bez opamiętania.

Taki właśnie mamy plan.

Do zobaczenia,
My – małe kuleczki

Kasia i staś.

Dawaj na Kaszuby! – rowerem po Szwajcarii Kaszubskiej.

To, że Kaszuby są miejscem tak uroczym, że nie sposób się nie zakochać w nich od pierwszego wejrzenia, wie chyba każdy, kto choć raz tu był. My spędziliśmy tu ledwo kilka dni, a już tyle wystarczyło, by rozstawać się z tą krainą z wielkim żalem.

Zanim przejdziemy do pełnego opisu naszej jednodniowej wycieczki rowerowej chciałbym się pochylić na chwilę nad ukształtowaniem terenu. Dzięki jęzorowi lodowca, który był na tych terenach wiele, wiele lat temu, pozostały tu cudowne wzgórza morenowe, które będą nie lada gratką dla tych, którzy uwielbiają podjazdy i ciekawe zjazdy. Amplituda wysokości jest naprawdę duża i warto to wziąć pod uwagę, choćby po to, żeby zabrać ciut więcej wody na drogę. Nie chcę tu zniechęcać rodziców, którzy ciągną za sobą przyczepkę z pociechami, bo Kaszuby świetnie rozwiązały ten temat. Faktycznie trzeba pod stromą górę wjechać, ale każdy agresywniejszy podjazd ma „na stanie” ścieżkę rowerową, na której możemy się zatrzymać i chwilę odpocząć, nie bacząc czy ktoś nie zacznie na nas trąbić. A nie zacznie tak czy siak – ale o tym za chwilę ; )

Ruszajmy na szlak….

Swoją przygodę rozpoczęliśmy od miejscowości Węsiory i kamiennych kręgów, do których udaliśmy się jeszcze przed wskoczeniem na rowery. Parking, na którym się zatrzymaliśmy był dopiero w trakcie procesu tworzenia, ale już można było znaleźć miejsce na kilkanaście pojazdów. Czysta przenośna toaleta i szczegółowa mapa z instrukcją jak się dostać na miejsce daje wrażenie, że będzie to fajne zadbane miejsce. Pani, która zbierała opłaty za parking służyła radą i krótką opowieścią o kurhanach, do których zmierzaliśmy. Ponadto samochód mogliśmy zostawić na cały dzień i to było również super sprawą, ponieważ stamtąd rozpoczęliśmy naszą całodniową przygodę.

Po przejściu kilkuset metrów przez las dotarliśmy do kurhanów, kamiennych kręgów i wielu grobów. Jest to miejsce pochówku ludu Gotów, którzy zamieszkiwali te tereny w okolicy I wieku n.e. Wiele osób uważa, że miejsce to ma tajemniczą, magiczną moc, co zachęca wielu turystów do odwiedzin. Trzeba jednak pamiętać, że po pierwsze jest to wielkie cmentarzysko, wiec należy się w tym miejscu odpowiednio zachowywać (nie biegać po kamieniach, nie wskakiwać na kurhany itp.), a po drugie jest to rezerwat (od 1958r.), który ma na celu ochronę nie tylko tego archeologicznego obiektu, ale i ochronę kilkudziesięciu rodzajów porostów, które znajdują się na głazach.

Po tej krótkiej edukacyjnej podróży wróciliśmy na parking i wskoczyliśmy na rowery. Zaplanowaliśmy luźną przejażdżkę na nie więcej niż 60 km z dwoma celami do odwiedzenia. Wyjeżdżając z lokalnej drogi wskoczyliśmy na drogę wojewódzką nr 228 i od samego początku zaczęliśmy się zakochiwać w tych malowniczych terenach. Mimo że doskonale wiedzieliśmy, że czoło lodowca zrobiło tu swoje z ukształtowaniem terenu, to jednak nie obyło się bez zaskoczeń. Przyjemne przewyższenia, które zawsze dobrze spinają nogi i spłycają oddech są dla mnie miodem na serce. Kasia raczej w tych sytuacjach jest ciut bardziej stonowana i jej faworytem jest prosta albo lekko w dół. Śmiem twierdzić, że przy takim ukształtowaniu terenu każdy znajdzie coś dla siebie i to jest właśnie urok tego miejsca.

Ogromną zaletą podróży po tym regionie jest stosunek kierowców do rowerzystów i rowerzystów do kierowców. Każdy tu jedzie z należytym szacunkiem do drugiej strony. Samochody mijają cyklistów w dużej odległości, nie na lusterka, a rowerzyści zawsze sygnalizują gdzie chcą jechać. (przynajmniej my to tak widzieliśmy).

Po zjechaniu z drogi nr 228 w drogę nr 214 przeskoczyliśmy jeszcze przez parę pagórków aż dostaliśmy się do naszego pierwszego celu – Kaszubskiej Wieży Widokowej. Wieża znajduje się na szczycie najwyższej góry pasma Wzgórz Szymbarskich – Wierzycy (328,7 m n.p.m.)

Tutaj istotną kwestią jest to, że szczerze zachęcali nas do pozostawienia rowerów na parkingu na dole, ale nasz upór wpychania rowerów na szczyt wygrał i w sumie słusznie, bo okazało się, że ze szczytu da się zejść drugą ścieżką, bardziej malowniczą i co ważniejsze skracającą drogę o dobrych parę kilometrów.

Z samej wieży rozpościera się widok na całe Kaszuby, a doskonała przejrzystość powietrza dała nam szansę na podziwianie całej krainy w pełnej okazałości. Uważam, że naprawdę warto było wprowadzić te rowery tak wysoko, żeby choćby na chwilę zobaczyć to miejsce zupełnie z innej perspektywy. Bilety normalne za wejście na wieżę to 10zł i 7zł – ulgowe.

Po zejściu malowniczą ścieżką ruszyliśmy w stronę naszego drugiego celu jakim była Brama Kaszubska. Przewyższenia wyciągnęły z nas sporo energii i gdy dojechaliśmy na miejsce po kilku wcześniejszych przystankach, stwierdziliśmy, że przy bramie też należy nam się chwila wytchnienia.

Jeśli mam być szczery to w pierwszej chwili tą całą bramą to ja byłem rozczarowany…. bo bramy nie było!!!

Jedząc kanapki na ławce puściliśmy w powietrze drona i wtedy WOW! Oczom naszym ukazała się BRAMA!! Całą drogę jadąc do tego celu myślałem, że będzie to jakaś architektoniczna cieszynka, a tym czasem zobaczyliśmy TO! Szczerze byliśmy urzeczeni i obserwując okolice z lotu ptaka zakochiwaliśmy się w tym miejscu jeszcze bardziej! Widoki zapierały nam dech w piersiach.

Po naładowaniu żołądków kanapkami i oczu pięknymi widokami czas było powoli wrócić do naszego mobilnego domku, by wyruszyć następnego dnia do Skansenu we Wdzydzach. (<- artykuł tutaj)
Na sto procent wrócimy w to cudowne miejsce, żeby przynajmniej raz jeszcze nacieszyć oczy tymi niesamowitymi obrazami.
Po tym dniu wniosek mamy jeden…. KASZUBY SĄ PIĘKNE!!!!

My,
Kasia i staś.

Włoski klimat Lubelszczyzny… wyprawa rowerowa w okolicy Kazimierza D.

Ilekroć jeżdżę po tej okolicy czy to rowerem czy samochodem, to czuję się jakbym na te parę chwil przenosił się do Włoch. Tych spokojnych, prowincjonalnych.

Dzisiejszą wyprawę rozpocząłem z Puław. W moim przypadku był to dość łatwy wybór, bo w nich mieszkam, ale jeśli chcesz wyruszyć moim szlakiem, a nie mieszkasz w okolicy, to gorąco polecam pociąg. Bilet za rower to niecałe 10 zł, a koszt biletu dla pasażera jest zależny od długości trasy i ewentualnych zniżek. Tutaj polecam zawsze godziny poranne, bo jest nieco taniej…. a jak się da pojeździć w środku tygodnia to często można dorwać naprawdę tani bilet.

Ale wróćmy na szlak….

Trasa z Puław do Bochotnicy wiedzie wzdłuż wału, co daje bardzo przyjemny początek przygody w otoczeniu natury. Jest wyłożona kostką brukową co dla niektórych może być minusem, ale to już kwestia gustu.
Na wysokości zjazdu na przeprawę promową Bochotnica -Nasiłów należy skręcić ze ścieżki w lewo i dojechać do głównej szosy łączącej Puławy z Bochotnicą. Na rozjeździe w prawo i po paruset metrach na rondzie w lewo.

Zanim prawdziwa przygoda się rozkręci warto uzupełnić płyny, bo przez następne kilometry sklepów jest jak na lekarstwo. Sklep popularnej sieci znajduje się po lewej stronie drogi tuż przed zjazdem na Opole Lubelskie i Annopol.


To tu zaczyna się pierwsza wspinaczka, premia górska i koszulka w grochy na szczycie. I na tym szczycie właśnie powoli zaczyna się włoski klimat. Wąska droga z leniwie wleczącymi się samochodami i linią drzew aż po horyzont. Po obu stronach drogi znajdują się winnice i sady. Droga lekko meandruje i daje się odczuć kilkoma podjazdami i nielicznymi, ale szybkimi zjazdami. Typowy spokój. Po pokonaniu lekko ponad 34 kilometrów docieram do Opola Lubelskiego, w którym również można uzupełnić zapasy wody. W takie dni jak dziś, gdzie ostre słońce tnie od samego rana warto pamiętać (Ba!) trzeba! o dobrym nawodnieniu.


Trasa przez Opole przebiega w miarę gładko. W miarę, ponieważ ścieżka rowerowa jest współdzielona z pieszymi, co lekko spowalnia cały przejazd, ale za to pozwala popatrzeć na miasto z ponad 600 letnią tradycją. Po opuszczeniu granic miasta ścieżka się kończy i wrócić można na drogę, która prowadzi do miejscowości Łaziska. W niej właśnie skręcić trzeba na Wilków i dalej jechać drogą wśród pól i lasów zaciągając się zapachem lasu. W samym Wilkowie na rozjeździe dróg należy skręcić w lewo i tylko parę kilometrów dalej znajduje się kolejna okazja do „spalenia nogi”. Zaraz za miejscowością Dobre znajduje się srogi podjazd, który powoduje lekką spinkę na udzie (osobiście uwielbiam to uczucie).

Zaraz za podjazdem krajobraz zmienia się znów na sadowo-winnicowy, by już po kilku kilometrach wjechać do zatłoczonego przez turystów Kazimierza Dolnego.
To miasteczko nad Wisłą przyciąga przez cały rok artystów i gro turystów z całej Polski (osobiście polecam zwiedzać poza sezonem).

Po wyjechaniu do Kazimierza dojeżdżając do ronda w Bochotnicy z bagażem pięknych „włoskich” obrazków zaczyna się powrót z wyprawy. Raczej leniwy, spokojny, niż mocny i wyciskający.

Po 83 kilometrach mogę powiedzieć jedno. Jeśli planujesz wypad rowerowy w góry czy do Włoch to jest to cudowne miejsce, by się do tego przygotować.
Trasa jest przeznaczona dla średniozaawansowanych i raczej tak trzeba ją traktować. Brak pobocza w większości drogi (Bochotnica – Opole) może lekko zniechęcić do rodzinnej wycieczki. Ale za to trasa od Kazimierza do Łazisk (w drugą stronę) jest spokojna i powinna być bułką z masłem dla rodziców z wesołą gromadką czy to w przyczepce czy na własnych bolidach.

Do zobaczenia na szlaku,
staś.