Rzym – 9 miejsc, które warto zobaczyć.

(na końcu artykułu znajdziesz odnośnik do filmu – przewodnika po tych miejscach)

Największym błędem, który można popełnić jadąc do Wiecznego Miasta jest chęć zobaczenia…. wszystkiego. Jedynie, co z takiego wyjazdu pozostanie, to ból głowy, oczopląs i odciski. Dlatego śpieszymy z przewodnikiem po 9 miejscach, które warto zobaczyć w Rzymie.
Mały Wypad czas start!

WSTĘP

               Zanim przejdziemy do pełnego opisu chcemy nakreślić, że nie da się opowiedzieć kilku tysięcy lat historii w paru zdaniach i to co opisuje ten artykuł, to jedynie wierzchołek góry lodowej 🙂 Możecie nam wierzyć lub nie, ale każdy kolejny krok, który stawialiśmy, prowadził nas do nowych odkryć niekoniecznie opisanych w przewodnikach. Zatem jadąc na Mały Wypad nie smućcie się, że coś pominęliście. Do tego miasta trzeba wracać i za każdym razem odkrywać coś nowego, zaskakując się coraz bardziej i bardziej. Nie mniej jednak mamy dla Was propozycję 9 miejsc, które są jednymi z „ciasteczek” na mapie Rzymu.

O tym jak dostać się z lotniska Campino do centrum możesz przeczytać tutaj.

(link otworzy się w nowym oknie)

LOGISTYKA

Niezbędne w podróżowaniu po Rzymie będą na pewno wygodne buty. To one pozwolą nam zrobić wiele kroków przechadzając się kamiennymi ulicami czy parkami. Jeśli będziecie w mieście w ciepłe dni to koniecznie zabierzcie nakrycie głowy i okulary przeciwsłoneczne. Dobrym planem jest też krem z filtrem. Nie zapominajcie o wodzie lub choćby butelce (dość gęsto usiane kraniki z wodą na ulicach pozwolą uzupełnić zapasy). I tutaj warto się pochylić na chwilę nad tematem toalet. Jest ich zdecydowanie mniej niż w czasach starożytnych, co może z lekka rozbić podróż. Jeśli już jesteśmy przy toaletach to warto pamiętać, by mieć w kieszeni parę drobnych. W wielu miejscach nie zapłacimy kartą (choćby w toalecie).
We Włoszech obowiązuje siesta, dlatego warto wcześniej zaplanować sobie jedzenie lub drobniejsze zakupy, żeby się nie nadziać (My podróżując po Włoszech zawsze ustawiamy budzik na ok. 12:30, żeby w ferworze zwiedzania nie przegapić ostatniego momentu, żeby coś kupić przed zamknięciem – Polecamy!)
              
Bilety wstępu do różnych atrakcji warto kupić z wyprzedzeniem. Z jednej strony będziemy mieli pewność, że w ogóle wejdziemy, a z drugiej unikniemy stania w długich kolejkach (w sezonie zwykle warto rezerwować bilety z kilkudniowym wyprzedzeniem).

ZWIEDZANIE

Uzbrojeni w wodę, czapkę i przewodnik ruszamy w drogę, a zaczynamy od Circus Maximus, poprzez Fontannę Di Trevi, na schodach hiszpańskich kończąc.

Circus Maximus – był to najstarszy i największy cyrk starożytnego Rzymu. Jego początki sięgają III w. p.n.e. Był on wielokrotnie przebudowywany i modernizowany. Wiązało się to z rozwojem, jak i z licznymi pożarami, które trawiły okazałe budowle, w tym cyrk.  W swoim ostatecznym, murowanym kształcie był w stanie pomieścić blisko 250 tys. osób (Warto zauważyć, że Rzym wtedy miał około 1 miliona mieszkańców).  Głównym celem budowli było oglądanie wyścigów rydwanów, które cieszyły się w starożytnym Rzymie ogromną popularnością. Dziś można oglądać jedynie skromne pozostałości, ale ukształtowanie terenu pozwala sobie wyobrazić wielkość budowli przed wiekami.

Łuk Konstantyna – jeden z najmłodszych łuków tryumfalnych powstał w 315 roku, w trzy lata po zwycięskiej bitwie Konstantyna nad cesarzem Maksencjuszem. Zaznaczający się swoją obecnością, stojący w otoczeniu Koloseum i Forum Romanum, łuk powstał z wcześniejszych budowli. Taki zabieg spowodował, że zbudowano go szybciej i taniej. Miejsce to jest nie tylko świetnym punktem orientacyjnym wśród zabytków, ale też miało swoje uzasadnienie. To tędy prowadził antyczny szlak procesyjny. Konstantyn odegrał też kluczową rolę w historii rzymskiego chrześcijaństwa, zatem według wielu źródeł mówi się, że łuk symbolizuje również początek przemian.

Koloseum – a tak dokładniej to Amfiteatr Flawiuszy powstał w ciągu dekady między 70 a 80 rokiem n.e.  Jego nazwa nie pochodzi od wielkości budowli, ale od ogromnego posągu Nerona z brązu, który stał nieopodal. Swoją wielkość budowla zawdzięcza doskonałym architektom i inżynierom tamtych czasów. Poprzez wykorzystanie betonu, który z resztą Rzymianie wynaleźli, można było budować wyżej i donioślej. Doniosłość ta miała pokazywać potęgę cesarstwa, a odgrywane na arenie walki gladiatorów sugerowały, że cesarstwo nie cofnie się przed niczym. Z drugiej strony taka rzeź była ulubioną rozrywką Rzymian. Miejsca w Koloseum odpowiadały hierarchii struktur w Rzymie. Na samym dole siedział Cesarz i senatorowie, wyżej arystokracja, potem lud i żołnierze, następnie niewolnicy, a na samej górze siedziały kobiety.

Forum Romanum – pierwotnie błotniste tereny nienadające się do użytku zostały osuszone przez Etrusków. To tam znajdował się plac targowy. Z chwilą rozwoju miasta i coraz większej potęgi handel na placu został wyparty przez ośrodki kulturalne. Mówi się, że było to serce religijne, polityczne i społeczne imperium Rzymskiego. Mimo upływu lat i licznym zniszczeniom jest to świetnie miejsce do zwiedzenia i uświadomienia potęgi jaką był Rzym.

Ołtarz ojczyzny – usytuowany na Placu Weneckim pomnik Wiktora Emanuela II zwany również Vittoriano został wybudowany w latach 1885 – 1911. Biały marmurowy kompleks w stylu neoklasycystycznym z całą pewnością zaprze dech w piersiach i na długo zostanie w pamięci. Trzeba jednak pamiętać, że jest on kością niezgody przez wielu nazywany nawet katastrofą architektoniczną. Wiąże się to z jego monumentalnością i bielą, co skutecznie przyćmiewa okalające go zabytki. Jakby tego było mało, to podczas budowy „maszyny do pisania” (złośliwa nazwa pomnika) zniszczono część Kapitolu i wiele cennych budynków mieszkalnych. W budynku znaleźć można Grób Nieznanego Żołnierza, punk widokowy oraz Muzeum Zjednoczenia Włoch.

Fontanna czterech rzek – znajdująca się na środku Piazza Navona fontanna charakteryzuje się wysokim, egipskim obeliskiem z czterema posągami charakteryzującymi rzeki czterech kontynentów: Nilu, Gangesu, La Platy i Dunaju. Fontanna jest uważana za jedno z największych osiągnięć rzeźby barokowej i świetny punkt orientacyjny na mapie Rzymu. Warto zwrócić uwagę, że plac na którym stoi był kiedyś stadionem Domicjana. Ciekawostką jest to, że obecny plac powstał DOKŁADNIE na ruinach stadionu „lekkoatletycznego”.

Panteon – jedna z wizytówek miasta, którą nie sposób pominąć w zwiedzaniu. Wybudowana w 125 r. n.e. przez cesarza Hadriana ku czci wszystkich bogów do tej pory olśniewa swym kunsztem. Rozpiętość kopuły to 43,6 m. Cały ciężar przenoszony jest na 8 szerokich kolumn, a kasetonowe sklepienie nadaje bryle lekkości. W środku można podziwiać liczne rzeźby i zdobienia. Warto zwrócić uwagę na 16 kolumn stojących przed wejściem. Zostały one przywiezione w CAŁOŚCI!!! z Egiptu. 

Fontanna di Trevi – jedna z najbardziej rozpoznawalnych fontann na świecie. Zbudowana w drugiej połowie XVIII wieku urzeka swoim kunsztem do dziś. Zasilana jest wodą z akweduktu, który został wybudowany w 19 r. p.n.e. Fontanna przedstawia greckiego boga, największego z tytanów Okeanosa i dwa trytony (hybrydy człowieka i ryby). Bóstwo stoi na rydwanie zaprzęgnięte w dwa hipokampy (hybryda ryby i konia). Jedno burzliwe, drugie natomiast spokojne – mają być alegorią stanów mórz. Ponad wszystkim stoją cztery rzeźby przedstawiające 4 pory roku.
(Wiem, wiem dużo się tu dzieje, ale nie bez kozery jest to jedna z najwspanialszych fontann na świecie). Ważne by pamiętać o tym, żeby przez ramie wrzucić pieniążek do fontanny. Mówi się, że dzięki temu na pewno wróci się do wiecznego miasta.

Schody Hiszpańskie – Wybudowane w pierwszej połowie XVIII wieku miały na celu połączyć kościół Trinita dei Monti z Placem Piazza di Spagna.  Charakterystyczne 135 stopni o kształcie łuków upodobali sobie zarówno Włosi jak i turyści. Tam przez długi czas można było spotkać znajomych siedzących na schodach i uciąć sobie miłą pogawędkę. Obecnie jest zakaz siadania na nich, a za łamanie tego przepisu grożą srogie kary. U stóp schodów znajduje się Fontanna Barcaccia. Upamiętnia ona moment, w którym Tyber wylał i opadająca woda pozostawiła w tym miejscu łódkę. Warto wejść po schodach na samą górę, żeby zobaczyć panoramę miasta.

PODSUMOWANIE

               Ta krótka przygoda, którą odbyliśmy w styczniu 2023 jest dosłownie zalążkiem zwiedzania miasta. Zawarliśmy w artykule i w filmie jedynie najważniejsze informacje i gwarantujemy Wam, że jeśli tylko byśmy na moment zboczyli z zaplanowanej przez nas trasy zwiedzania, to do tej pory błąkali byśmy się po uliczkach odkrywając coś nowego. Z całą pewnością nie jest to miejsce na jeden weekend. Jest to miasto do odkrywania i poznawania. Zwiedzania i doświadczania.

Togo właśnie chcemy Wam życzyć podczas małego wypadu do Rzymu.

Do zobaczenia gdzieś pośród uliczek wiecznego miasta.

Kasia i staś.

CASTELMOLA – ścieżką saracenów

Ci, którzy uwielbiają podróże.
Ci, którzy cenią widoki.
Ci, którzy łakną aktywności.
                              Zakochają się tu.

Bo być w Taorminie i nie zobaczyć widoków z Castelmola, to jak być w Rzymie i nie zobaczyć Koloseum.

Przed wejściem na szlak

               Zanim wyruszymy, by podziwiać malowniczy krajobraz, warto pamiętać o paru kwestiach, żeby nie nabawić się problemów. Trzeba przyznać, że szlak jest raczej szlakiem średniozaawansowanym.

Odpowiednie obuwie – w większości przeważa ścieżka kamienista, lecz zwarta (początek trasy). Następnie szlak zmienia się w wybrukowany trakt spacerowy.  
Nakrycie głowy – szlak położony jest na południowo zachodnim zboczu, jedynie fragmentami zacieniony.
Woda – mimo że szlak nie należy do długich, to warto mieć ze sobą butelkę wody (na szlaku nie ma sklepu!). Nachylenie i ekspozycja słońca robią swoje.

(TUTAJ UWAGA!!!  W żaden sposób powyższy opis nie miał na celu zniechęcenia do podróży. Uważamy, że szlak jest prześliczny i warto go pokonać. Uczulamy jednak na to co może, w ferworze zwiedzania, umknąć)

Koniecznie zerknij: Taormina – 8 miejsc wartych zobaczenia!

link otworzy się w nowym oknie.

Droga na szczyt

Podróż można zacząć, tak jak my, od Porta Catania, kierując się w prawo lekkim podejściem Via Sesto Pompeo. Już tutaj, z każdym krokiem można doświadczyć „zmieniającego się krajobrazu”.  Z typowo turystycznego klimatu Corso Umberto, z metra na metr wchodzi się we włoską sielankę, a jest to urzekające. Wychodząc na Via Leonardo Da Vinci kierowaliśmy się w górę. Ta ulica jest bardziej ruchliwa, więc biorąc pod uwagę styl jazdy Włochów warto mieć oczy dookoła głowy 🙂 Jeśli ktoś zapomniał o śniadaniu lub po prostu zapomniał zaopatrzyć się w małe „co nieco”, to idąc drogą na zakręcie jest cudowna piekarenka, w której można kupić choćby kawałek pizzy. My musieliśmy się zatrzymać. Nie to, że zapomnieliśmy zjeść, ale ja jestem z tych co lubią jeść, a jeśli nie ma jedzenia to jestem nieznośny. Także jeśli chodzi o jedzenie, to zawsze jestem na „tak”: )
Po małych zakupach, kierując się dalej w górę, weszliśmy w Via dei Saraceni, by tu rozpocząć naszą przygodę.

Wejście na ścieżkę znajduje się po prawej stronie drogi, a początek jest oznaczony kolorowym znakiem, który w gruncie rzeczy ciężko przeoczyć. Już po kilku krokach ścieżka zaczyna ukazywać swoje piękno. Kamienista, zwarta droga nie jest zbyt wymagająca, choć może nie być najłatwiejsza jeśli chciałoby się podróżować z małym dzieckiem w wózku. Samo podłoże drogi nie powinno sprawiać większych problemów. Większym wyzwaniem mogą być dla niektórych przewyższenia.

Kierując się powoli w górę mieliśmy spory problem na to by patrzeć na ścieżkę. Powodem tego był widok, który zapierał dech w piersiach. Krajobraz z widokiem na wulkan i panorama Taorminy były po prostu zniewalające. A z każdym krokiem było jeszcze lepiej. Tarasowane pola i serpentyny lokalnych dróg przecinające góry nadają im cudowny charakter. Osobiście wiem, że wrócę w te okolice, by spalić nogi na podjazdach rowerem i włosy czesać wiatrem przy zjazdach. Istne piękno!

Dochodząc do miasteczka weszliśmy jeszcze do małego kościoła San Biagio z I wieku, który powstał z inicjatywy świętego Pankracego. Kościół ma typowy kształt budowli południowych Włoch. Przez lata niszczony przez żywioły został odrestaurowany w latach 90-tych ubiegłego wieku. Podczas prac odkryto między innymi XVIII wieczny fresk Madonny z Dzieciątkiem. Z placu przed kościołem można podziwiać panoramę Taorminy, Etnę i bezkres Morza Jońskiego.

Jeszcze parę kroków i docieramy do Castelmoli. Miasteczko przywitało nas wąskimi uliczkami, sielankowym klimatem włoskiej siesty i lekkim poszczekiwaniem kundelków wychylających swoje pyszczki z otworów w bramach i płotach.  Po pokonaniu paru stopni w górę i niezliczonej liczbie zdjęć, dotarliśmy do kościoła świętego Mikołaja z Bari. XVI-wieczny kościół wielokrotnie przebudowywany jest mieszanką stylów – od romańskiego, przez gotycki i arabski na normańskim kończąc.  Już ten początkowy akcent uświadamia, że miejsce to ma wiele do zaoferowania.

My wybraliśmy się  na zwiedzanie wąskimi uliczkami starając się unikać ruchu turystycznego. Z jednej strony to było łatwe, ponieważ w styczniu miasteczko nie jest oblegane, z drugiej strony jest ono na tyle małe, że nie sposób nie przecinać uliczek, którymi szło się wcześniej. I tak siłą rzeczy odkryć można kolejne atrakcje takie jak Castello di Mola i popularną knajpę Turrisi.

Castello di Mola – ciężko określić dokładną datę budowy zamku, ale kroniki podają, że fortów obronnych w tym miejscu na przestrzeni wieków było kilka. Pierwsze konkretniejsze wzmianki sięgają IX wieku. Kamienna tablica na fasadzie katedry miejskiej świadczy, że zamek powstał za czasów Konstantyna, choć historycy są zgodni, że zamek istniał wcześniej. Obecnie można zwiedzać jedynie ruiny, które pozostały po okazałym zamku. Warto stanąć przy fragmentach murów obronnych, by uzmysłowić sobie idealną lokalizację obronną zamku z widokiem na Półwysep Apeniński.

Tirrisi – jest to z pewnością lokal oryginalny i nietuzinkowy. Wszędzie, gdzie tylko poniesie wzrok, można się natknąć na… kutasa. Kształt dowolny, rozmiar też. Jest to niemalże kutasowe imperium, które z całą pewnością utkwi każdemu w pamięci. Choć knajpa na samym początku budziła mnóstwo kontrowersji w końcu się przyjęła i teraz ściąga do siebie tłumy z Taorminy. Napędzając turystykę w miasteczku.

Z Castelmola można zejść do Taorminy w taki sam sposób, czyli Ścieżką Saracenów lub w drugim kierunku kierując się ścieżką nieopodal drogi SP10. Jest dość stroma i mocno czuć nogi przy schodzeniu, ale trud wynagradza panorama Taorminy z widokiem na turkusowe Morze Jońskie.

Z całą pewnością wrócimy tu po kolejną garść wspomnień.

Mamy nadzieję, że rozpaliliśmy w Was chęć do odwiedzenia tego niesamowitego miejsca.

Do zobaczenia,

Kasia i staś.

Taormina – 8 najciekawszych miejsc do zwiedzenia.

Miasto, które przez wielu jest nazywane perłą Sycylii. Skrywające wiele pomiędzy wąskimi uliczkami. Czarujące i urzekające. Wykute w skale miasto, choć przesiąknięte wymagającymi przewyższeniami, widokiem swoim wynagradza wszystko. Pojawiają się jednak głosy, że jest mocno przereklamowane i zupełnie niewarte odwiedzenia. Czy oby na pewno?
Zapraszamy Was w podróż, by odkryć to miejsce.
Mały Wypad czas start!

Zanim wyruszymy na dobre do Taorminy trzeba zadać sobie pytanie, jak chcemy ją zwiedzić.
Czy leniwie poszwendać się po Corso Umberto I, zasiadając od czasu do czasu na kawę i przyglądając się witrynom z sycylijskimi upominkami? Czy raczej wspiąć się do pobliskiej miejscowości Castelmola i popatrzeć na wszystko z góry?
My lekko spięliśmy nasz grafik i ogarnęliśmy lekki spacer i skromną „wspinaczkę”.
Za długo tego wstępu!
W drogę!

Zerknij na artykuł o Castelmola, by dowiedzieć się jak wejść 🙂

link otworzy się w nowym oknie.

Jak dojechać?

Naszą bazą wypadową była Katania (o której możecie przeczytać tutaj)  i to z niej przyjechaliśmy autobusem do Taorminy. Kursują tutaj również pociągi

My wybraliśmy autobus z dwóch głównych powodów:

cena biletów! W jedną stronę zapłaciliśmy po 10,2 euro (czasem można dorwać je nawet po 5-6 euro) 

– stacja kolejowa (choć ponoć śliczna) znajduje się u podnóża miasta, a autobus wjeżdża dużo wyżej (niemal do centrum). To duży plus dla wszystkich, którzy podróżują z dziećmi, mają ograniczony czas na zwiedzenie całego miasta lub po prostu ich kondycja nie pozwala na pokonywanie trasy w górę, a potem w dół 🙂

Co do zakupu biletów, my korzystamy najczęściej z OMIO. Strona jest przejrzysta i szybko się ładuje. Oferuje wielu przewoźników, zarówno koleją jak i autobusami.
Oczywiście można kupić bilet w kasie na przystanku początkowym korporacji, z którą chcemy podróżować lub u kierowcy. W przypadku kierowcy nie zawsze jest tak kolorowo, bo jeśli ma w tablecie wpisany komplet, to prawdopodobieństwo zabrania z przystanku jest nikłe.  Nasz kierowca w drodze powrotnej otworzył drzwi i powiedział do stojących na przystanku „TICKET”. Na próbę tłumaczenia, że jeszcze nie mają, skwitował „NO TICKET, NO PARTY”. Po czym pomachał, zamknął drzwi i odjechał. Także tu uczulamy, żeby nie zostać na lodzie 😉

Co zwiedzić ?

Corso Umberto I – malownicza ulica, którą śmiało możemy nazwać sercem tego miasta. To wokół niej toczy się życie i to na niej można spędzić cały dzień. Knajpki, kawiarenki, gwar Włochów i turystów przyprawiać będzie o dreszcze tych, którzy kochają ciszę i spokój. Ci jednak, którzy uwielbiają jak dużo się dzieje, poczują się w tym miejscu jak ryba w wodzie. Corso prowadzi nas od budynku pierwszego parlamentu (Palazzo Corvaja), przez piękny plac IX Kwietnia z małymi kościółkami Sant’Agostino i di San Giuseppe do placu katedralnego. Ulica kończy swój bieg u bramy Katanii.
Jak sami widzicie szlak ten nie sposób jest zrobić „po łepkach”. Warto wygospodarować na niego trochę czasu, by naprawdę zagłębić się w piękno skryte w każdym zakamarku.

Piazza Duomo – plac katedralny mimo niewielkich rozmiarów prezentuje kilka ciekawostek: fontannę, ratusz i oczywiście katedrę. Minotaur (hybryda człowieka i konia) strzeże placu i mieszkańców ze szczytu fontanny. Żeńska postać trzyma w dłoniach symbole mocy królewskiej –  berło i jabłko. Rzeźba jest symbolem miasta i spacerując uliczkami trudno się na nią nie natknąć.   Katedra św. Mikołaja powstała w XIII wieku, lecz to, co widzimy obecnie, najbardziej zbliżone jest do przebudowy z XVI i  XVII wieku. Znacząco odróżnia się od większości katedr, które możemy spotkać podróżując po włoskich miasteczkach. Swój surowy i masywny kształt zawdzięcza temu, że pełniła funkcję katedry i fortecy.   Nie sposób jednak nie zwrócić uwagi w całej tej surowej bryle na cudowną rozetę na wzór renesansu. Została ona odrestaurowana w 1936 roku.

Teatr Antyczny – jest to punkt obowiązkowy na liście miejsc do zobaczenia w mieście. Wykuty w skale w IV wieku p.n.e. przez Greków z oszałamiającym widokiem na morze i wizytówkę całej Sycylii, czyli Etnę. Na początku była tam wystawiana sztuka wyższych lotów. Potem, za czasów rzymskich lud żądał krwi i teatr przebudowano i stworzono arenę dla gladiatorów. Dziś już tam nikt nikogo nie zjada, ani nie zabija. Odbywają się tu koncerty i wydarzenia kulturalne. Ale kto wie, kto wie… Historia lubi zataczać koło i może za jakiś czas znowu ktoś tu chwyci za szabelki albo puszą zwierzęta. Póki co były tylko spokojne koty.
Teatr najlepiej oglądać, gdy niebo jest czyste. Widok Etny siedząc w teatrze zapiera dech w piersiach. My mieliśmy jedynie tego namiastkę, ponieważ stożek schował się za chmurami, ale i tak widok był obłędny.

Parco Villa Comunale – park w stylu angielskim jest idealnym miejscem, by skryć się przed promieniami słońca lub zrelaksować się oglądając Etnę w zachodzącym słońcu. Pełny jest upamiętnień z Wielkiej Wojny oraz budynków w stylu azjatyckim. Powstały w XIX wieku z inicjatywy angielskiej (z lekka ekstrawaganckiej) arystokratki Florence Trevelyan. Widok płynących chmur i zachodu jest obłędny, a plac zabaw dla najmłodszych będzie świetną przerwą w zwiedzaniu.

Grobowce Taormina Tombe Bizantine – Cmentarzysko zostało odkryte „przed chwilą”, bo dopiero w latach 60 ubiegłego wieku przez całkowity przypadek – przez budujących drogę pracowników. Grobowce sięgają czasów Bizancjum i są świetnym dowodem na to, że jeszcze sporo przed nami do odkrycia. Choć położone niedaleko tarasu widokowego Belvedere di via Pirandello, są z reguły pomijane przez turystów, ale i w przewodnikach. Faktem jest, że nie prezentują się jak Teatr, ale warto zatrzymać się tu i na tablicy przeczytać nieco o historii.

Isola Bella – malownicza wysepka, która niegdyś należała do Lady Florence Trevelyan. Otrzymała ona ją w prezencie od męża – lokalnego lekarza o bardzo dobrej renomie.  Obecnie jest rezerwatem przyrody w dużej części udostępnionym do zwiedzania. Jej piękno najlepiej prezentuje się z góry, gdzie można ją podziwiać kontrastującą z turkusem wody i złotym piaskiem plaży. Przez wielu nazywana perłą Taorminy i słusznie, bo ten obrazek zostanie w naszych wspomnieniach na zawsze 😉

Kościół Madonna della Rocca – wykuta w skale kaplica sięga XIII wieku. Jej położenie u podnóża zamku Castello Saraceno Casteltaormina pozwala obejrzeć krajobraz Taorminy w pełnej krasie. Przebudowa kościoła, który możemy oglądać obecnie odbyła się w pierwszej połowie XVII wieku. Legenda głosi, że przestraszony pasterz podczas burzy skrył się w skałach wraz ze swoimi owcami. Wtedy objawiła mu się Madonna z Dzieciątkiem uspakajając, że wszystko dobrze się skończy.
Kościół stworzony jest w surowym rustykalnym stylu.

Taras widokowy Belvedere di via Pirandello – świetnym pomysłem na to, by spojrzeć na Isola Bella z góry, jest przejście na darmowy taras widokowy znajdujący się nieopodal stacji kolejki linowej i głównego parkingu autobusowego. Widok z niego zapiera dech w piersiach. Spojrzenie na głęboką zieleń wysepki połączoną z turkusem morza powoduje zawrót głowy. Natomiast przy dobrej widoczności można bez większych problemów zobaczyć Półwysep Apeniński. Cały ten spektakl inspiruje do kolejnej podróży.

I z tym obrazkiem pozwalamy sobie Was zostawić, niejako zachęcając do podróży.

Do zobaczenia na szlaku,

Kasia i staś.

Katania – 10 miejsc wartych zwiedzenia.

Na samym końcu artykułu znajdziesz film o Katanii.

             

  Katania leży na wschodnim brzegu Sycylii i jest to idealne miejsce jako baza wypadowa do zwiedzenia okolicznych miast i miasteczek, wyprawy na Etnę, czy po prostu szybkiego weekendowego wypadu na kawę, cannolo i dobrą pizzę. Ale czy jest to miasto na dłużej? Jak zaplanować podróż? I co zwiedzić? O tym właśnie jest ten artykuł. W drogę!

Jak się dostać do Katanii?

               Najlepszym sposobem dotarcia na samą wyspę jest wybranie jednego z wielu lotów z różnych zakątków Polski. My wybraliśmy lot z Krakowa linią Ryanair. Ceny za bilety zaczynają się od kilkudziesięciu złotych i często można dorwać naprawdę ciekawą okazję. Będąc na lotnisku w Katanii mamy kilka opcji dojechania do centrum.

Alibus – kursuje co 20-25 minut, a koszt przejazdu to 4 Euro

Autobus miejski 524/538 – kursuje średnio co 30 minut. Koszt przejazdu to 1 Euro. Bilet należy kupić w automacie przy lotnisku, albo w sklepie z tytoniem oznaczonym „T” Tabacchi. Do autobusu trzeba się przejść ok. 300 metrów od wyjścia z lotniska.

Taksówka – tutaj koszt waha się między 10-20 Euro.

Spacer – dojście do placu katedralnego to około 50 minut spacerem. Tę opcję polecamy każdemu, kto chce zobaczyć nie tylko kolorową otoczkę turystycznego miasta, ale i jego suburbia, które dają szersze spojrzenie na lokalne życie (my często wybieramy tę opcję choćby w jedną stronę).

Wynajem samochodu – wynajem samochodu na Sycylii jest tani, co może być kuszącą opcją. My osobiście polecamy go tylko w sytuacji, gdy nie mamy zamiaru mieszkać w Katanii, albo tam gdzie mieszkamy jest opcja parkingu. W innym przypadku pół wyjazdu spędzimy w samochodzie szukając miejsca parkingowego. Wąskie uliczki sprzyjają też zarysowaniom, dlatego niewykupienie dodatkowego ubezpieczenia naraża nas na większe koszty przy zwrocie auta.

Jeśli jednak postanowicie wynająć auto to pamiętajcie, że jazda po mieście i przepisy są delikatnie ujmując… umowne. Nie zniechęcamy, ostrzegamy. Katania jest też świetnie skomunikowana (autobusy i kolej) z popularnymi miejscowościami – warto o tym pamiętać 😉

Co zwiedzić?

Piazza Duomo – plac katedralny jest tym miejscem, od którego najprawdopodobniej większość rozpocznie swoją wyprawę po mieście. I słusznie, bo znajduje się na nim całkiem sporo do zobaczenia [tutaj skupię się na zarysie placu, pełen opis tego, co znajduje się na placu bądź do niego przylega przeczytacie poniżej].  W jego centralnym punkcie znajduje się fontanna słonia, który na grzbiecie ma słup. Wschodni bok placu zajmuje Katedra św. Agaty, północny bok to Pałac Słoni i wyjście na Via Etna, gdzie przy bezchmurnym niebie można zobaczyć czynny wulkan w pełnej krasie. Zaś w północno-zachodnim narożniku placu znajduje się Fontanna dell’Amenano.

Katedra św. Agaty – jest to budowla niesamowicie okazała, pełna doniosłości i potęgi. Barokowa fasada z białego marmuru i kolumny korynckie nadają katedrze blasku, najważniejsza jest jednak rzeźba św. Agaty. Historia katedry sięga 1094 roku, w którym okazały obiekt z bloków skały wulkanicznej (no bo z czego innego?:)) olśniewał okolice.  Wiele razy ją przebudowywano. Spowodowane to było licznymi kataklizmami. W styczniu 1693 roku poprzez trzęsienie ziemi i późniejsze tsunami katedra zmieciona została z powierzchni ziemi.  Została ona odbudowana, w do dziś zachowanym kształcie, w 1711 roku.
Sama święta jest patronką miasta -chroni mieszkańców przed „ogniem” Etny. 5 lutego (w dzień wspomnienia świętej) przez ulice miasta przechodzi wielka procesja.

TARAS WIDOKOWY!!!! – by spojrzeć z góry na Katanię, podziwiać morze Jońskie i przy bezchmurnym niebie móc podziwiać potęgę Etny, warto wejść na taras widokowy znajdujący się opodal katedry. Koszt biletu to 5 Euro. W cenie są dwa tarasy widokowe. Jeden – niższy, z bardzo przyjemnym wejściem, gdzie można zobaczyć z lekka panoramę miasta. I drugi – wyższy, na który wiodą kręte schody w górę [osobiście nie mam większego lęku wysokości, ale takich schodów szczerze nienawidzę].  Na drugim tarasie wieje, wiec lepiej zabrać czapkę. I tutaj warto też dodać, że widok jest obłędny!

Fontanna słonia – znajdujący się na środku placu katedralnego posąg słonia z obeliskiem w stylu egipskim jest bezapelacyjnie symbolem. Symbolem placu i miasta (od 1239r.).  Fontanna stworzona po trzęsieniu ziemi w 1693 roku. Prace ukończone zostały w 1737 roku. Dzisiejsza fontanna to efekt wielu renowacji i przebudów, które miały miejsce na przestrzeni wieków. Był nawet plan przeniesienia fontanny, ale z racji powstania ludowego w 1862 roku pomysł upadł. Słoń wykuty z kamienia lawowego, stojąc skierowany trąbą w stronę katedry, „dźwiga” 3,66 metrowy obelisk ozdobiony figurami egipskimi. Słoń jest częstym punktem orientacyjnym dla wycieczek oraz mieszkańców umawiających się na spotkanie.



Fontanna dell’Amenano – jest z całą pewnością unikatowa. Osadzona nieprzypadkowo w północno-zachodniej części placu stanowi niejako „bramę” do targu rybnego, który znajduje się za nią. Zbudowana w drugiej połowie XIX wieku przedstawia rzekę Amenano jako młodego mężczyznę trzymającego róg obfitości. Jest to jedyne miejsce, gdzie można zobaczyć tę rzekę, ponieważ obecnie jej bieg jest usytuowany 2 metry pod poziomem placu.

Targ rybny – jest to miejsce często odwiedzane przez turystów, którzy są złaknieni włoskiego przedstawienia gwaru i pełnej emocji atmosfery. Mieszkańcy natomiast zaopatrują się tu w lokalne specjały na obiad.  Targ znajdował się kiedyś na skraju morza, ale przez erupcje Etny i zastygłą lawę teren miasta znacznie się powiększył.  Na targ warto przyjść wcześnie rano, by zobaczyć w pełni rozemocjonowanych Włochów. Po godzinie 10 rano sprzedawcy powoli ustępują miejsca stolikom okolicznych restauracji.  Jest to miejsce z pewnością oryginalne, choć nie każdemu zapachy i widoki przypadną do gustu. 

Via Etna – każde większe miasto ma swoją ulicę splendoru, przepychu i prestiżu, więc dlaczego Katania takiej ulicy miałaby nie mieć. Wybrukowana skałą wulkaniczną via Etna jest typowym deptakiem, który jest najdłuższą ulicą nie tylko w Katanii, ale na Sycylii. Najbardziej spektakularnym doznaniem jest spacer ulicą podziwiając szczyt wulkanu smagany chmurami. Ulica od Piazza Duomo kusi kawiarenkami i restauracjami, by po kilku krokach cieszyć oko witrynami butików przeróżnych marek. Powoli ‘zbliżając’ się do wulkanu gwar turystycznego miasta ustępuje życiu codziennemu Katanii. My spacer po ulicy skończyliśmy na Ogrodzie Botanicznym.

Ogród Botaniczny – uciekając od zgiełku miasta warto zajrzeć do ogrodu botanicznego, który został zainicjowany w 1847 roku. Przez wiele komplikacji pierwsze nasadzenia zostały poczynione dopiero w 1862 roku i powoli z roku na rok ogród się „rozrastał” o okazy z Francji, Szwecji, ale też rodzime gatunki. Pożoga II wojny światowej zniszczyła ogród, który potem został z sukcesem odbudowany. Dziś można podziwiać wiele rodzajów kaktusów, szklarnie z różnymi gatunkami roślin. Zachowany w pięknym stylu daje wytchnienie w szarży zwiedzania.
Wejście darmowe.

Teatr rzymski w Katanii – podróżując uliczkami Katanii w bardzo łatwy sposób ominąć ten zabytkowy okaz i nie ma w tym nic nadzwyczajnego, ponieważ „ukrywa się” między kamienicami. Rzymski teatr pochodzi najprawdopodobniej z II wieku naszej ery i składa się z teatru większego oraz Odeonu. Prace archeologiczne polegające na odkopaniu i zbadaniu teatru, który przestał działać w V wieku, rozpoczęły się w XVIII wieku. Ukończenie ich nastąpiło natomiast dopiero w 1959 roku. Koszt biletu to 7/3,5 euro. A na szczególną uwagę zasługuje fakt owego „wpasowania się” w otoczenie.

Zamek Ursino –został zbudowany  w pierwszej połowie XIII wieku i jako jeden z nielicznych budynków oparł się trzęsieniu ziemi z 1693 roku. Zachowany w bardzo dobrym stanie został udostępniony jako muzeum w 1934 roku. W muzeum znajdują się artefakty miejskie, jak i z szerszego obszaru Sycylii. Dla osób, które nie są fanami wszelkich muzeów, istotnym może być fakt, że w zamku organizowane są również wystawy artystyczne i liczne koncerty.

Naszym zdaniem są to miejsca godne uwagi. Mamy również nadzieję, że ten materiał pomoże Wam zaplanować kolejną podróż.

Do zobaczenia na małym wypadzie,

Kasia i staś.

Skąd pieniądze na podróże? 8 sposobów na oszczędność.

Im bardziej wypełniamy z Kasią kalendarz wyjazdami, tym częściej dociera do naszych uszu pytanie w stylu SKĄD ONI NA TO WSZYSTKO MAJĄ PIENIĄDZE??
I to pytanie zadają dwie grupy osób. Jednym odpowiadam, że mam bardzo bogatą żonę, która ma mnie, żebym jej woził ten hajs taczkami.
Tym Drugim, którzy faktycznie chcą się dowiedzieć jak to robimy, że tyle podróżujemy – dedykuję ten artykuł.

(przeczytaj od początku do końca, bo punkty przeplatają się ze sobą tworząc sieć)


Po pierwsze PLAN

               Zawsze na początku roku tworzymy kalendarz wyjazdowy, w którym zapisujemy gdzie możemy wyskoczyć. Czy to na weekend, czy to na jeden dzień, czy to na dwa tygodnie. To pozwala nam określić szacunkowe roczne koszty wyjazdów i co za tym idzie – możliwości. Na podstawie wielu wyjazdów i obecnej sytuacji gospodarczej przyjęliśmy maksymalną kwotę na jeden dzień 40-50 Euro na osobę (w tym jest jedzenie, zwiedzanie, nocleg,  podróż).

Po drugie CELE

               Mamy listę z celami i marzeniami do zobaczenia, którą stale rozszerzamy. To, co odhaczyliśmy: albo spada na dół listy (o ile chcemy odwiedzić to miejsce jeszcze raz) albo skreślamy. Lista podzielona jest na wypady jednodniowe, kilkudniowe, Polskie i zagraniczne. Z tej listy wybieramy pasujące nam ilością dni wypady korelując je z planem.
I tu jesteśmy na dobrej drodze.

Po trzecie GRAFIK WYJAZDOWY

               Jest połączeniem PLANU z CELAMI. Staramy się mieć grafik na cały rok. Każdy weekend. KAŻDY.  Wiadomo, że coś wypadnie, coś nie pójdzie po naszej myśli. Ale bez grafiku zazwyczaj wygląda to tak, że większość świata w piątek wieczorem zaczyna rozmyślać, co można by porobić w weekend. I na wertowaniu internetu schodzi pół wieczoru. Przychodzi sobota i to południe i nagle się okazuje, że cały misterny plan w Bieszczadach nie wypali, bo zostało półtora dnia, a to już się nie opłaca… Dlatego ładujemy się na miasto. Z pizzą, kilkoma piwkami w pamięci i rachunkiem za taksówkę w niedzielny poranek podziwiamy jak ktoś z naszych znajomych właśnie włazi na Świnicę.

TU WŁAŚNIE MAMY PIERWSZY GŁÓWNY ASPEKT OSZCZĘDZANIA – Kompletny plan pozwala stworzyć możliwości wyjazdu wcześniej. Jest duża szansa znaleźć tani bilet, darmowe zwiedzanie z przewodnikiem, degustacje win w dobrej cenie w okolicznej winnicy, czy nawet warsztaty robienia lokalnych potraw z degustacją.  W internecie jest wszystko, więc warto sprawdzić nasze pomysły podróżnicze z kalendarzem miasta i wybrać się na „Dni (tu wpisz interesujące Cię miasto)”.

(W żaden sposób nie neguję i nie oceniam wychodzenia na miasto. Chodzi mi o to, że często z braku opcji wyjazdowej wybieramy opcję, której byśmy nie wybrali mając gotowy plan. I tym sposobem pieniądze na wyjazd wydajemy na coś zupełnie innego, co potem powoduje lekkiego moralniaka).

ELASTYCZNOŚĆ

To kolejny punkt wynikający z poprzednich. Jeśli widzimy jakąś zaskakująco korzystną opcję wyjazdu bądź wylotu to zmieniamy nasz PLAN. Dzięki temu oszczędzimy na kolejny wyjazd. Warto mieć polubione parę stron z lotami i noclegami. To jest naprawdę niezła zabawa – wyszukiwanie najtańszych opcji. Jeśli nie możemy sobie pozwolić, czy finansowo, czy czasowo na daną okazję, to znaczy tylko tyle, że to nie jest okazja dla Nas i nie ma co wylewać rzewnych łez w poduszkę. Pogoda też z lekka zmusza do elastyczności grafiku. Czasem rower musimy zmienić na muzeum.

I po dość obszernym wprowadzeniu (bez którego cała reszta nie miałaby sensu) dochodzimy do listy możliwości oszczędzenia kapki pieniędzy.

 Kolacja w gronie znajomych.

Ciekawym pomysłem po powrocie z podróży jest spotkanie, w którym możemy się podzielić ze znajomymi wrażeniami z wyjazdu i przy okazji coś zjeść. Zazwyczaj staramy się przygotować przekąski z danego miejsca, w którym byliśmy. A już najlepszą opcją jest jak znajomi wpadają na wspólne gotowanie. Zapewniam, ta opcja jest o wiele, wiele tańsza, a z mojej perspektywy dużo bardziej atrakcyjna.

 Film w domu.

Szanuję i poniekąd podziwiam ludzi, którzy uwielbiają kino. 30 min reklam i chęć wyjścia siku w kulminacyjnym momencie zawsze mnie odciągało od pomysłu kina. I popcorn i to siorbanie Coli z pustego już kubeczka przez gościa za mną… Dlatego w 2018 roku na promocji dorwałem projektor, który zastępuje nam kino. Co do dźwięku… wystarczy dobre słuchawki/głośnik spiąć z projektorem

Wyjazdy poza sezonem.

Mniej ludzi, niższe ceny, więcej swobody, możliwość poznania kultury, a nie typowo turystycznej otoczki. Tu chyba nie trzeba pisać więcej (tutaj też zostawiam LINK do artykułu o kartach potrzebnych podczas podróży – wśród nich ACSI)

5 zł do słoika.

Choć rzadko płacimy już gotówką, to jak już coś jest, to każde 2 zł i 5 zł idzie do słoika wyjazdowego. Nie czujemy tej różnicy w portfelu, a po roku całkiem sporo się nazbiera.

Opcja na koncie „do pełnej kwoty”.

Każda transakcja naszego wspólnego konta jest zaokrąglana do pełnej kwoty (10 zł). To zaokrąglenie przeskakuje automatycznie na konto wakacyjne – oszczędnościowe. Wychodzi z tego (1800-2500 zł rocznie). Osobiście byłem tym przerażony na samym początku. Tyle hajsu idzie gdzieś… ale to jest naprawdę mało zauważalne.

Zakupy z listą.

Wchodząc do sklepu zawsze mamy listę rzeczy, które musimy kupić. Jeśli czegoś nie ma na liście to po prostu tego nie bierzemy. Możecie mi wierzyć lub nie, ale w naszym przypadku to bardzo duże oszczędności. Na przykład: batony przy ladach kasowych kosztują max 2-3 zł, co to jest za kwota jeśli mamy zakupy na 50 -100 zł?! Tylko ile razy w miesiącu robimy takie zakupy. A baton nam się przecież należy (kiedyś zapytałem pewnego bogatego Włocha o jego radę by być bogatym. Odpowiedział, żebym do sklepu chodził zawsze z własną siatką) – kropla drąży skałę. Wiem, że nie każdego tym przekonam, ale może kogoś.

Pasta do zębów? Tylko przez Internet.

Pasta, kapsułki do prania, szczoteczki, płyn do szyb, płyn do spryskiwaczy, worki do odkurzacza i wiele, wiele innych kupuję na początku roku (na rok) i wkładam do szafy. I przez cały rok nie muszę o tym pamiętać. Bo jest, nie psuje się, czeka. Tak samo można w maju kupić opony zimowe, albo w lipcu znicze. W lecie często kupujemy sprzęt zimowy, a w zimie sprzęt rowerowy.

Nie korzystam – sprzedaję.

Faktem jest, że bycie minimalistą jest pod tym względem pomocne. Jeśli przeczytałem już książkę i do niej nie wrócę, to wystawiam ją w internecie. Tak samo robię z czekanem, śpiworem, namiotem czy krzesłami. Kasia sprzedaje ubrania, w których już nie chodzi. Drugie życie. A przy tym parę złotówek do kieszeni.  

Ta sama sytuacja ma się do kupowania. Jeśli potrzebuję jakiejś książki, to pierwsze co robię, to szukam książki z drugiej ręki. Tak kupuję większość przewodników (te akurat kupuję prawie hurtem, bo nigdy nie wiemy gdzie trafimy).

I to ostatnie zdanie, zdaniem wielu będzie przeczyło minimalizmowi. Bo po co kupować tyle książek.
Minimalizm nie polega na tym, żeby nie mieć nic. Polega na tym, żeby zrezygnować z nadmiaru, z rzeczy niepotrzebnych. Jeśli ktoś ma bzika na punkcie kredek, albo kubków z Myszką Miki, to ja mam z tym luz. Każdy z nas ma „jedno uszko bardziej”.  : )

Reasumując, to plan jest ważny i cel, który czasem trzeba nagiąć, by móc wypełnić grafik jeszcze bardziej. Te rady to jedynie przykłady i podejrzewam, że każdy znajdzie coś więcej. Jeśli dopiero zaczynasz oszczędzać na wyjazdy to zacznij od małych kwot i sukcesywnie je zwiększaj. Wtedy nie będzie uczucia tracenia pieniędzy.

 I pamiętaj zabierz do sklepu swoją siatkę.

Do zobaczenia na szlaku,

Kasia i staś.

Włoska droga… Citta della Pieve

(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Włoska droga… Citta della Pieve

Najpiękniejsze w podróżowaniu jest to, że często przez przypadek odkrywamy miejsca, do których normalnie byśmy nie trafili. Suma takich momentów nierzadko jest dobrym uzupełnieniem całej opowieści, która bez nich byłaby jak „i” bez kropki. Pozwólcie, że zabierzemy Was na spacer po mieście, którego nie mieliśmy w planach. Citta della Pieve.

Szukając miejsca na nocleg wiedzieliśmy, że potrzebujemy tego dnia podpiąć się do prądu. Ładowanie laptopa, aparatów i lodówka pracująca na pełnych obrotach przy wrześniowych 33’C przez kilka dni  skutecznie uszczupliły zasoby naszych akumulatorów do tego stopnia, że nawet panele na dachu nie dawały rady. Szukając kampingów w jednej aplikacji odnieśliśmy fiasko. Druga aplikacja dawała jak sądziliśmy na początku wątpliwe światełko w tunelu. Ale cóż, jedziemy.



Okazało się, że miejscowość, w której dane nam było się zatrzymać dysponuje kilkoma miejscami dla kamperów w celu wypoczynku. Miasto postawiło na rozwój turystyki i stwierdziło, że wyznaczy plac i udostępni nieodpłatnie prąd, zrzut nieczystości i wodę pitną (cisza, spokój – jakby luksusowo!).
I to jest świetny pomysł!
Dlaczego?
A no dlatego, że my podróżując gotujemy sami. Ale tego wieczoru postanowiliśmy, że warto by było się odwdzięczyć i poszliśmy nawpychać się w lokalnej restauracji.
Tak się wspiera lokalny biznes, tak się promuje miasto.
Czapki z głów!

Miasto

Początki miasta nie są dobrze znane. Patrząc na układ urbanistyczny widać wyraźny wpływ etruski i rzymski. Niektóre budowle, jak wieża publiczna, charakteryzują się licznymi przebudowami co świadczyło niejednokrotnie o wzlotach i upadkach miasta. Jako że miasto leży praktycznie na trójstyku granic regionów Toskanii, Lacjum oraz Umbria można zobaczyć przyjemne przenikanie się tych kultur w mieście. Spacerowanie schludnie zachowanymi uliczkami „ceglanego miasta” (bo tak je nazwaliśmy) daje poczucie przeniesienia się po średniowiecznym mieście. I jest w tym dużo prawdy. Blisko 70 procent budynków jest zbudowanych z odkrytej cegły, które pochodzą z prężnie działającej od średniowiecza pobliskiej cegielni.


Jest to urokliwe miejsce, by spędzić tu parę chwil pijąc kawę i zajadając się ciastkiem. Po drobnym obżarstwie my spróbowaliśmy przecisnąć się przez (ponoć) najwęższą uliczkę we Włoszech, która wacha się miedzy 50 a 60 centymetrów…. Zmieściliśmy się!

I postanowiliśmy, że będziemy tu wracali, żeby sprawdzać czy będzie nam się udawało przecisnąć.
Dopóki przejście nie będzie sprawiało nam problemu, będziemy żarli ciastka bez opamiętania.

Taki właśnie mamy plan.

Do zobaczenia,
My – małe kuleczki

Kasia i staś.

5 kart niezbędnych w podróży… czyli jak unikać nadmiernych kosztów i problemów!

 Podróż to dla większości doznanie tak niezwykłe, że w momencie, gdy ją rozpoczynamy często tracimy głowę i zapominamy o całym świecie wokół. Mimo że podróżujemy dużo, to nadal czasem coś nam się „udaje” zapomnieć albo pominąć z listy do zabrania.



Poniżej linki do artykułów, które pomogą Wam nie zapomnieć o czymś, co wydaje się na pozór oczywiste.

Samolot – bezpłatny bagaż podręczny

Co zabrać na wakacje w ciepłe kraje?

Co zabrać na szlak?

Rowerowy niezbędnik

Autem po Europie

Auto przed trasą

Ale wróćmy do tych 5 kart, których posiadanie może „uratować tyłek” podczas podróży.


 1.

Zacznijmy od oczywistej oczywistości jaką jest DOWÓD OSOBISTY. Klasyk na lotniskach – ileż razy gdzieś nie lecimy, to widzimy sytuacje, jak ktoś się tłumaczy, że „tu był zawsze, a teraz go nie ma” : )
Z jednej strony zabawna sytuacja, z drugiej jeśli się zaplanowało wakacje życia, to przykrym jest fakt roztrzaskania ich z powodu braku dokumentu.

(Tutaj podobna sytuacja ma się do paszportów. Do wielu krajów Europy wjedziemy na dowód i to nas z lekka „rozleniwiło”, by pamiętać o PASZPORCIE).

2.

Karta EKUZ czyli Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego

Stawiamy ją na drugim miejscu i bez niej nie wybieramy się w żadną podróż.
Karta, którą po poprawnym wypełnieniu wniosku i odczekaniu paru dni (w szczycie sezonu dłużej) otrzymujemy za darmo.
Daje ona prawo do BEZPŁATNEGO leczenia w krajach UE jak i w Wielkiej Brytanii, Islandii i jeszcze kilku państwach spoza Unii.

(Tutaj warto by pamiętać o dodatkowym ubezpieczeniu podróżnym. Kosztuje „grosze” w porównaniu do całego wyjazdu, a może nam oszczędzić naprawdę sporo problemów).

3.

PRAWO JAZDY

Kolejna karta jest dla tych, co podróżują autem, bądź chcą za granicą auto wynająć. Tutaj warto zainwestować w prawo jazdy międzynarodowe. Koszt takiego dokumentu to 35 zł, a daje poczucie bezpieczeństwa na drodze. O ile podróżując po UE możemy śmiało śmigać autem na naszym plastiku, to w przypadku odleglejszych zakątków globu nie jest tak kolorowo.
Firma wynajmująca samochody zazwyczaj wynajmie samochód, bo dla nich to biznes. Jednak w przypadku jakiejkolwiek kolizji lub co gorsza wypadku nawet nie z naszej winy, to my ponosimy odpowiedzialność, ponieważ jeździliśmy bez odpowiednich dokumentów. Ubezpieczenie też się postara, żeby ściągnąć w tej sytuacji z nas jak najwięcej.

4.

WALUTOWA KARTA PŁATNICZA

To nieodzowny przyjaciel i zbawienie podczas podróży. Pamiętajcie jednak, by wyposażyć się w kartę walutową, by nie zapłacić majątku za przewalutowanie. (Revolut kartę własnego banku lecz w odpowiedniej walucie).

Warto tutaj pamiętać o posiadaniu też pieniędzy w gotówce (choćby drobnej kwoty). Łazienki oraz małe sklepiki nadal czasem nie mają terminali. W przypadku niektórych restauracji za granicą sytuacja ma się podobnie i wtedy krótki posiłek zamienia się jeszcze w spacer w poszukiwaniu pobliskiego bankomatu.

5.

Ostatnia karta to karta ACSI

Jest to świetny wynalazek dla wszystkich tych, którzy po pierwsze podróżują poza sezonem, po drugie uwielbiają kempingi, po trzecie (wynikające z drugiego) podróżują kamperem, z przyczepą, bądź namiotem).

Jest to karta zniżkowa działająca w „niskim sezonie” w 3000 obiektach w Europie.
Cena za auto (kamper lub auto z przyczepą), dwie osoby, prąd i dostęp do zaplecza sanitarnego to maksymalnie 23 euro(aktualizacja na rok 2024 maksymalna kwota to 27 euro). Często w cenie można skorzystać również z parku wodnego, basenu, kortów itp., ale to zależy od obiektu. Roczny abonament takiej karty to ok. 35 euro. Nam się zwróciła w ciągu zaledwie 6 dniowego wyjazdu do Włoch.

To są najbardziej podstawowe karty, które właściwie trzeba mieć.
Jeśli masz pomysł jaką kartę jeszcze dodać, pisz śmiało:)
Uzupełnimy tę listę i stworzymy wspólnie potężny poradnik.

Do zobaczenia na małym wypadzie,

Kasia i staś.

Włoska Droga … Parco Regionale della Maremma

(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Będąc w cudownej Toskanii, kojarzonej często głównie z krętymi drogami, rzędami cyprysów, gajów oliwnych i niekończących się pól winorośli, warto zjechać na chwilę nad Adriatyk, by odwiedzić wyjątkowy Park znajdujący się kilkanaście kilometrów na południe od Grosseto.

O wyjątkowości parku dowiadywaliśmy się z Kasią nie raz podczas naszych jesienno-zimowych wieczorów, gdy zaczytywaliśmy się w szeroko pojętej kulturze i tradycjach Włoch, ślęcząc nad artykułami na blogach i przewodnikach. Jasnym było, że podczas naszej podróży odwiedzimy to miejsce. I właśnie tym miejscem chcemy się z Wami podzielić.

O parku

Park Maremma to wyjątkowe miejsce, choć słowo wyjątkowe jest tu sporym niedopowiedzeniem. Jest unikatem na skalę zarówno Włoch, jak i Europy. Powodem tego jest jego dzikość oraz zachowanie fauny i flory w niemal nietkniętym wymiarze. To właśnie tu można obserwować niespotykane gdzie indziej odmiany roślin i gatunki zwierząt. Dzikie plaże, klify, bagna i lasy są gratką nie tylko dla koneserów przyrodniczej przygody i botaników, ale jest to też cudowne miejsce do spędzenia czasu z rodziną.  Założony w 1975 roku park jest drugim tego typu parkiem we Włoszech. Jego powierzchnia obszaru chronionego to blisko 9000 ha…  Ale od początku ….

Informacje praktyczne

Zanim wybraliśmy się do parku sprawdziliśmy czy jest on w ogóle dostępny, nie tylko ze względu na ograniczony dzienny limit wejść, ale również ze względu na to, czy warunki atmosferyczne pozwalają na zwiedzanie.  Czasami trasy są zamknięte lub z uwagi na ekstremalną suszę można je zwiedzać jedynie z przewodnikiem, gdyż władze parku obawiają się zaprószenia ognia i ewentualnej nieopisanej straty – ma to sens.

Gdy okazało się, że wszystko idzie po naszej myśli udaliśmy się do miejscowości Alberese, gdzie znajduje się informacja turystyczna i kasa biletowa. Bilety można również kupić przez internet, a ich koszt w obu przypadkach to 5 euro za osobę. Na miejscu otrzymaliśmy mapę parku z dokładną instrukcją, gdzie wjechać, gdzie skręcić.
My wybraliśmy szlak, który ma 21 km z możliwością rozbudowy o kolejne 7 km.


Tutaj warto zatrzymać się na chwilę, by wspomnieć o tym, że tras jest dość dużo. Piesze, rowerowe, konne, jak i spływ kajakiem (nie znaleźliśmy w aktualnej ofercie). Brak roweru nie jest problemem, ponieważ można go wypożyczyć przy budynku kasy parku za kilka euro.
Jeśli nie chce się wydawać pieniędzy na bilet do parku jest też dostępna darmowa trasa, która jest fragmentem trasy płatnej. Osobiście odradzamy tę opcję, bo nie daje takich wrażeń jak przejechanie całej drogi w parku.
Próba pokonania parku „na Janusza” to koszt 100 euro kary, wiec raczej nie warto, no chyba że ktoś chce wesprzeć mieszkające tam dziki, które dzięki swojej obecności stały się symbolem parku.

Trasa

Wjeżdżając do parku przez bramę czekał nas łagodny 3 kilometrowy podjazd, który pokonaliśmy po asfaltowej drodze. Podczas podjazdu natrafiliśmy na znaki ostrzegające o dzikich zwierzętach w szczególności o dzikach. Nie spotkaliśmy jednak dzików. Spotkaliśmy dzikie krowy i oszałamiająco dużo GZÓW (żeby zrobić jakieś zdjęcie bez użycia jakiegoś środka na insekty trzeba mieć nie lada umiejętności fotograficzne i taneczne) – środek na insekty obowiązkowy! Sama jazda jest obłędna i zapiera dech w piersiach. Asfaltowa wąska ścieżka, która jest tam jedyną ingerencją człowieka, daje poczucie bezpieczeństwa i kontroli roweru podczas zjazdów. To dzięki niej można zerknąć w bok podziwiając naturę. Uważam, że jest to świetny pomysł. Zresztą jest to bardzo dobre rozwiązanie w przypadku jakiejś akcji ratunkowej. Nieco za połową parku droga w równinach zamienia się z asfaltu na dobrze ubitą drogę leśną bez korzeni, co również daje poczucie swobody w jechaniu i bliższego kontaktu z naturą. Ponadto krótki odcinek „rozbudowanej” trasy był po części szutrowy.  Z atrakcji, o której osobiście nie wiedziałem, było piękne wejście na plażę, które trochę przypominało wejście na wydmy w Łebie. Warto mieć ze sobą zapięcie rowerowe żeby przypiąć rowery do stojaków w drodze na plażę.
Podczas podróży trzeba pamiętać o odpowiedniej ilości wody, bo pierwsze miejsce, gdzie można uzupełnić wodę znajduje się na końcu parku.

Droga powrotna była dla nas najbardziej męcząca. I wcale nie ze względu na jakość drogi, ponieważ ścieżka rowerowa była płaska jak stół, lecz powodem był ogromny wiatr, który skutecznie powstrzymał nas nie tyle od bicia życiowego rekordu prostej, co nawet spokojnej łagodnej jazdy po dolinie.

Posumowanie Trasa, którą pokonaliśmy nie była nazbyt wymagająca, a mała ilość osób na szlaku pozwalałaby się czuć rodzicom z dziećmi bezpiecznie. Miejsce na plaży jest idealnym przystankiem na uzupełnienie utraconych kalorii podczas drogi, a wiatr od morza skutecznie odstrasza gzy z otwartej przestrzeni.
Jest to idealne miejsce na samotną wyprawę jak i rodzinny wypad. Każdy znajdzie coś dla siebie.

My znaleźliśmy i polecamy Wam gorąco to miejsce.
Kasia i staś.

Włoska droga… Terme di Saturnia


(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Nie od wczoraj wiadomo, że Włochy skradły serca milionów turystów z całego świata. Stoi za tym pyszne jedzenie, cudowne krajobrazy, znakomite wina, jak i swoisty temperament połączony z całkowitym luzem do świata, przepisów i wszystkiego, co wokół Włochów się kręci. I otwartość, otwartość dla innych i na to co dobre. Pozwólcie, że zabierzemy Was na Termy w Saturnii.
W drogę!

Termy w Saturnii to bezapelacyjnie jeden z największych toskańskich skarbów i ominięcie go podczas naszej podróży można by uznać, lekką ręką, za niewybaczalne uchybienie. Wody bogate w siarkę nie dość, że w chłodny poranek przyjemnie rozgrzewają ciało mając stałe 37,5`C, to jeszcze działają kojąco na skórę.
Termy (Cascate del Mulino) są czynne przez 24 godziny na dobę, więc można podziwiać zarówno wschód i zachód słońca.
No i są całkowicie za darmo. A nie od dziś wiadomo, że „za darmo” to uczciwa cena za korzystanie z tego, co dała natura.

Geneza powstania

I tutaj są dwie teorie. Jedna dla tych, co wierzą we wróżki zębuszki, druga raczej dla entuzjastycznych geologów, wyznawców jakiś tam wulkanów i innych takich.
Teoria (legenda) numer jeden mówi o tym, że bogowie Jowisz i Saturn mieli jakieś niedomówione sprawy i wyszła z tego lekka sprzeczka, w której Jowisz cisnął Saturna swoim piorunem, ten się uchylił i w miejscu uderzenia pioruna wytrysnęła cieplutka, siarkowa woda. Logiczne.

Druga teoria (mniej prawdopodobna :)) mówi o tym, że wody deszczowe wpływają w szczeliny skalne wygasłego wulkanu Monte Amiata, gdzie są podgrzewane i nasycane związkami mineralnymi. Następnie transportowane są 30 kilometrów, gdzie najpierw wytryskują w basenie obecnego niedaleko luksusowego hotelu. Następnie po pokonaniu około jednego kilometra spiętrzają się przy starym młynie tworząc niesamowite kaskady.

Decyzje, która teoria bardziej Was przekonuje pozostawiam Wam  : )

Logistyka

W odległości kilkuset metrów od Term znajduje się parking, na którym można zaparkować samochód osobowy lub małego vana (maksymalna wysokość to 2,2m). Obecnie godzina postoju kosztuje 2 euro. Z własnego doświadczenia wiemy, że na termach udało nam się spędzić maksymalnie 2 godziny. Dla większych pojazdów (w tym kamperów) jest drugi parking, na którym można się zatrzymać na noc, wykąpać, zrobić pranie i podłączyć się do prądu. Parking ma miejsca na 400 samochodów. My we wrześniu mieliśmy pełne pole do popisu w parkowaniu, choć słyszeliśmy, że w sezonie jest dość tłoczno. Koszt takiego parkingu to maksymalnie 16 euro/ 24h + 0,5 euro za prysznic + 3 euro za prąd. Można skorzystać również jedynie z opcji noclegowej (od 20:00 do 8:00) – 12 euro. Z parkingu jest bardzo przyjemna ścieżka, którą można dostać się pod same termy.

Na termach

Nie obowiązują czepki, ani jakieś specjalne ubranie.
Warto pamiętać o zdjęciu biżuterii. O ile obrączki nie ucierpiały to jakieś bransoletki, wisiorki i inne takie matowieją.
Bardzo dobrym rozwiązaniem są buty do chodzenia w wodzie, bo kamienie mogą pokaleczyć gołe stopy, a klapki mogą zostać porwane przez pędzącą wodę (800 litrów/sekundę).
Warto mieć ze sobą ubranie na przebranie i to takie, z którego niekoniecznie chcemy później korzystać – dość mocny zapach siarki osadza się na ubraniu.
Istnieje możliwość zostawienia cennych przedmiotów w szafkach depozytowych – koszt 5 euro + 5 euro kaucji (działają w godzinach otwarcia baru przy termach 8:00-22:00).
Toalety są bezpłatne.
Natryski są dodatkowo płatne (działają w godzinach otwarcia baru przy termach)

Podsumowanie

Termy na otwartej przestrzeni, na których podziwialiśmy zachód, a następnego poranka wschód słońca, są z całą pewnością przeżyciem nie do opisania. My mieliśmy ten luksus, że będąc poza sezonem było naprawdę mało ludzi i mogliśmy hasać po kaskadach bez końca układając się w każdej możliwej niecce z siarkową wodą. Rodzice z dziećmi z całą pewnością również będą się dobrze bawić, ponieważ na terenie całego obiektu są też niecki dość płytkie z bardziej stojącą wodą.


Z całą pewnością tam wrócimy przy kolejnej okazji zwiedzania Włoch.

Polecamy gorąco, gorące termy Saturnii.

Kasia i staś.

Rowerowa Włoska Droga … muskając szczyty, zerkając na morze


(Artykuł jest fragmentem wyprawy, którą odbyliśmy we wrześniu 2023. Zajrzyj do całej WŁOSKIEJ DROGI)

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… i od zmiany myślenia.
Kiedyś jeździłem kolarstwo szybkie, z punktu do punktu, na czas, na wynik. Dziś jeżdżę inaczej… uprawiam kolarstwo nieskalane profesjonalizmem… w sandałach. A wyniki? Jedyne z czym się dzisiaj ścigam to z marzeniami. I możesz mi wierzyć lub nie, ale jeżdżę najlepiej ze wszystkich lat jazdy na rowerze. Chodź, pokażę Ci kawałek Włoskiej Drogi!

Będąc niedaleko Parku Maremma w Toskanii, który udało nam się odwiedzić na rowerach, nie sposób oprzeć się cudownym podjazdom w Porto Santo Stefano i Cala Moresca czy choćby kojącemu obolałe uda zjazdowi w Porto Ercole. Co prawda, na tę przejażdżkę wybraliśmy się z Kasią innymi drogami, to jednak kilka razy udało nam się spotkać na szlaku.

Swoją podróż zaczęliśmy w miejscowości Giannella, gdzie zostawiliśmy samochód na poboczu drogi, skręciliśmy rowery i ruszyliśmy w kierunku podjazdów w Porto Santo Stefano (tutaj warto zwrócić uwagę na to, czy na pewno można postawić samochód w danym miejscu, bo przykro by było zaliczyć mandat tylko i wyłącznie dlatego, że nie postawiło się samochodu 5-6 metrów dalej).
Po rozgrzaniu się lekkim podjazdem dotarłem do miejscowości, gdzie zza zakrętu ukazał się piękny port otoczony miastem na zboczu góry.

Kołysane mocnym wiatrem łódki na tle kolorowych budynków nadawały temu obrazkowi sielankowy nastrój. Napawając się widokiem rozpocząłem wspinaczkę po zboczach, nierzadko o nachyleniu przekraczającym 10%. Ciężkie „ściany” wzniesień do pokonania były po stokroć wynagradzane widokami zobaczonymi ze szczytów.



Kierując całą swoją siłę w nogach do Cala Moresca i Cala Piccola cieszyłem oczy widokiem spokojnego Adriatyku po prawej i monumentalnych skał po lewej. W całym tym pięknie uporczywie próbowałem ominąć coraz większe dziury w drodze, o której świat raczej zapomniał. I dobrze, że zapomniał, bo jedynie kogo mogłem spotkać to innych kolarzy i kilka Vesp pokonujących ten „dziurawy slalom gigant”. A tak to spokój. Nieopisany spokój.


Im głębiej zanurzałem się w szlaku, tym bardziej droga asfaltowa ustępowała szutrom i kamienistym wertepom. Można by kląć w niebogłosy, że kierownica ucieka, że kurz wciska się w usta i nos. Można by… ale po co, gdy robi się to dla tych cudnych widoków.

Zasada robienia pętli jest taka, że suma podjazdów musi się równać sumie zjazdów. I tu rozpoczęła się początkowa, nierówna walka ze zjazdem kamienistą drogą tuż przed Porto Ercole, by zamienić się w cudowny zjazd po znakomicie płaskim asfalcie. Było to niezaprzeczalną nagrodą za trud włożony w te wszystkie podjazdy i nierówności po drodze.

Pęd powietrza opływający całe ciało koił rozpaloną słońcem skórę, a czas siesty, gdzie wszyscy pochowali się w domach, pozwolił pędzić środkiem szosy łapiąc ostanie obrazki tej pięknej podróży. I tak w tych niesamowitych okolicznościach przyszło mi dojechać do samochodu. Kasia dojechała parę minut później, pewnie byłaby wcześniej, gdyby nie to, że chciała przekazać Wam to piękno na zdjęciach.

Podsumowując:

Droga wymagająca, ale przepiękna.
Podjazdy wyczerpujące, ale satysfakcjonujące.

Czy przejadę kiedyś tę trasę jeszcze raz?
O ile nogi dadzą radę i żona pozwoli – TO TAK!

Kasia i staś.