Włoski klimat Lubelszczyzny… wyprawa rowerowa w okolicy Kazimierza D.

Ilekroć jeżdżę po tej okolicy czy to rowerem czy samochodem, to czuję się jakbym na te parę chwil przenosił się do Włoch. Tych spokojnych, prowincjonalnych.

Dzisiejszą wyprawę rozpocząłem z Puław. W moim przypadku był to dość łatwy wybór, bo w nich mieszkam, ale jeśli chcesz wyruszyć moim szlakiem, a nie mieszkasz w okolicy, to gorąco polecam pociąg. Bilet za rower to niecałe 10 zł, a koszt biletu dla pasażera jest zależny od długości trasy i ewentualnych zniżek. Tutaj polecam zawsze godziny poranne, bo jest nieco taniej…. a jak się da pojeździć w środku tygodnia to często można dorwać naprawdę tani bilet.

Ale wróćmy na szlak….

Trasa z Puław do Bochotnicy wiedzie wzdłuż wału, co daje bardzo przyjemny początek przygody w otoczeniu natury. Jest wyłożona kostką brukową co dla niektórych może być minusem, ale to już kwestia gustu.
Na wysokości zjazdu na przeprawę promową Bochotnica -Nasiłów należy skręcić ze ścieżki w lewo i dojechać do głównej szosy łączącej Puławy z Bochotnicą. Na rozjeździe w prawo i po paruset metrach na rondzie w lewo.

Zanim prawdziwa przygoda się rozkręci warto uzupełnić płyny, bo przez następne kilometry sklepów jest jak na lekarstwo. Sklep popularnej sieci znajduje się po lewej stronie drogi tuż przed zjazdem na Opole Lubelskie i Annopol.


To tu zaczyna się pierwsza wspinaczka, premia górska i koszulka w grochy na szczycie. I na tym szczycie właśnie powoli zaczyna się włoski klimat. Wąska droga z leniwie wleczącymi się samochodami i linią drzew aż po horyzont. Po obu stronach drogi znajdują się winnice i sady. Droga lekko meandruje i daje się odczuć kilkoma podjazdami i nielicznymi, ale szybkimi zjazdami. Typowy spokój. Po pokonaniu lekko ponad 34 kilometrów docieram do Opola Lubelskiego, w którym również można uzupełnić zapasy wody. W takie dni jak dziś, gdzie ostre słońce tnie od samego rana warto pamiętać (Ba!) trzeba! o dobrym nawodnieniu.


Trasa przez Opole przebiega w miarę gładko. W miarę, ponieważ ścieżka rowerowa jest współdzielona z pieszymi, co lekko spowalnia cały przejazd, ale za to pozwala popatrzeć na miasto z ponad 600 letnią tradycją. Po opuszczeniu granic miasta ścieżka się kończy i wrócić można na drogę, która prowadzi do miejscowości Łaziska. W niej właśnie skręcić trzeba na Wilków i dalej jechać drogą wśród pól i lasów zaciągając się zapachem lasu. W samym Wilkowie na rozjeździe dróg należy skręcić w lewo i tylko parę kilometrów dalej znajduje się kolejna okazja do „spalenia nogi”. Zaraz za miejscowością Dobre znajduje się srogi podjazd, który powoduje lekką spinkę na udzie (osobiście uwielbiam to uczucie).

Zaraz za podjazdem krajobraz zmienia się znów na sadowo-winnicowy, by już po kilku kilometrach wjechać do zatłoczonego przez turystów Kazimierza Dolnego.
To miasteczko nad Wisłą przyciąga przez cały rok artystów i gro turystów z całej Polski (osobiście polecam zwiedzać poza sezonem).

Po wyjechaniu do Kazimierza dojeżdżając do ronda w Bochotnicy z bagażem pięknych „włoskich” obrazków zaczyna się powrót z wyprawy. Raczej leniwy, spokojny, niż mocny i wyciskający.

Po 83 kilometrach mogę powiedzieć jedno. Jeśli planujesz wypad rowerowy w góry czy do Włoch to jest to cudowne miejsce, by się do tego przygotować.
Trasa jest przeznaczona dla średniozaawansowanych i raczej tak trzeba ją traktować. Brak pobocza w większości drogi (Bochotnica – Opole) może lekko zniechęcić do rodzinnej wycieczki. Ale za to trasa od Kazimierza do Łazisk (w drugą stronę) jest spokojna i powinna być bułką z masłem dla rodziców z wesołą gromadką czy to w przyczepce czy na własnych bolidach.

Do zobaczenia na szlaku,
staś.

Podróż w czasie…. Muzeum – Kaszubski Park Etnogaficzny.

Cofnąć się w czasie chociaż raz. Chociaż raz poczuć klimat przeszłych lat.
Jak się żyło? Jak się uczyło? Pracowało? Odpoczywało?
Któż by nie chciał przeżyć takiego czegoś na własnej skórze?

Ja zawsze marzyłem, żeby zobaczyć wiktoriańską Anglię, Wenecję i początek handlu, Paryż za czasów Templariuszy i to jak żyli moi pradziadkowie.

Spędzając kilka dni na rowerowo – kamperowej wyprawie z Kasią na Kaszubach nie sposób było ominąć to cudowne miejsce. A mowa tutaj o Skansenie we Wdzydzach.

To ponad stuletnie muzeum było pierwszym takim w Polsce, które było w całości na świeżym powietrzu. Z biegiem lat zasoby muzeum powiększały się i powiększały. I co więcej powiększają się nadal. Świadczą o tym tabliczki, które zapowiadają pojawienie się nowych chałup, zagród, itp.
Obecnie zajmuje teren 22 ha, czyli kawał przestrzeni „utkanej” historią.

Ale do rzeczy.

Swoją przygodę rozpoczęliśmy dość późno, bo około 13:20 w niedzielę wjechaliśmy na przestronny parking, który częściowo był osłonięty drzewami. Parking jest darmowy i bardzo zadbany, co już od początku pozytywnie nastrajało. Dodatkowym plusem jest to, że jeszcze przed wejściem na teren skansenu można skorzystać z toalet.

Byliśmy miło zaskoczeni tym, że mimo pory, którą wybraliśmy nie było tłumów szturmujących kasę biletową. Może to pora obiadowa sprawiła tak miłą niespodziankę?!

Do kupionych biletów (2x22zł [normalne]) dostaliśmy mapkę, dzięki której wiedzieliśmy, gdzie się kierować i w jakiej kolejności możemy zwiedzać. Możemy, ale nie musimy, bo tu też dowolność. Dla rodziców małych szkrabów są przygotowane przy wejściu specjalne wózki, które z łatwością pokonają nawet najcięższy piach.

Z biletami, mapką, aparatami i zapartym tchem wkroczyliśmy w świat – nam dzieciakom -obcy, nieznany, nowy, choć stary.

Już od samego początku można zauważyć, że skansen ma przyciągnąć nie tylko dorosłych żądnych wiedzy, ale i dzieciaki, które też tej wiedzy łakną… tylko wiadomo, w inny sposób.

Specjalne pokoje przygotowane dla najmłodszych, łózko na którym można się spokojnie położyć, czy zajęcia z malowania na szkle to tylko jedne z licznych atrakcji tego miejsca.

Mnogość chat po prostu powalała, od prostych małych po wielkie dwory, kościół, szkoła czy tartak też były na naszej liście zwiedzania. Większości można dotknąć, można wejść.
Opisy budynków są po polsku, angielsku no i oczywiście kaszubsku.
Tutaj kulturę się kultywuje, tak prawdziwie i widać to na każdym kroku!


Na 22 ha, czyli ogromnym terenie można się nie lada zmęczyć. I tutaj warto mieć ze sobą wodę i jakieś kanapki, bo wracanie do karczmy, która znajduje się przy samym wyjściu i zaczynanie wszystkiego od nowa nie należy do najlepszych pomysłów. My nauczeni doświadczeniem wzięliśmy po dwie butelki dużej wody i było na styk. I tutaj rodzi się pytanie…. Co jak się za dużo wypije? Z tym też nie ma problemu, bo toalety są. Tylko trzeba się dobrze rozglądać, gdyż są często stworzone na wzór czasów, które minęły, więc nie wyróżniają się z otaczającej zabudowy. : )

My spędziliśmy tam blisko 3 godziny i jeśli miałbym być szczery to jest dla mnie osobisty limit muzealny i wystawowy. Spokojnie jednak można tam spędzić cały dzień zachodząc od okienka do okienka i zaglądając do środka.
A tego dnia trochę jest, bo w sezonie wakacyjnym w weekendy skansen jest czynny od 10 do 18.

Czy jest to miejsce godne polecenia?
Zdecydowanie tak!
Czy odwiedzimy go kolejnym razem?
Zdecydowanie tak!
Czy Kaszuby i skansen nas wciągnęły?
Zdecydowanie tak!

Tak więc nie zdziwię się jeśli się tam któregoś razu zobaczymy 😉

Kasia i staś.

Zamojskie ZOO – miejsce pełne atrakcji.

Spędzając wakacje na Roztoczu lub przyjeżdżając do Zamościa choćby na jeden dzień, warto wybrać się do miejsca, w którym spokojnie spędzimy parę godzin ucząc się o zwierzętach z różnych zakątków świata.

Nasz niedzielny poranek rozpoczęliśmy od zwiedzania ZOO w Zamościu. Celowo piszę o niedzielnym poranku, ponieważ najwięcej osób zwiedza takie miejsca w weekendy i chcieliśmy na własnej skórze się przekonać o tłumach napierających na kasy biletowe w pierwszy weekend wakacji.
I tu przyjemne zaskoczenie, bo przyjechaliśmy ok 10:30, a na parkingu było kilkanaście samochodów.

Kupiliśmy bilety (normalny: 40 zł ulgowy: 30 zł) i rozpoczęliśmy naszą przygodę.
Pełen cennik poniżej:

Ogród Zoologiczny to całkiem spory obszar zajmujący 13,8 ha, gdzie mieszka ponad 2500 zwierząt z różnych zakątków świata. Ogród im. Stefana Milera jest jedynym takim ogrodem na Lubelszczyźnie i jednym z nielicznych na wschodzie Polski. Cieszy się ogromną popularnością, którą widać było jak już kierowaliśmy się ku wyjściu… ale po kolei : )

Przy kasie biletowej otrzymaliśmy mapkę ZOO ( dodatkowa duża znajduje się tuż przy wejściu), która zdecydowanie ułatwia zwiedzanie. Dodatkowo znaki przy ścieżkach pokazują, gdzie znajdują się konkretne zwierzęta. Jedynym minusem jest to, że nie ma oznaczonego kierunku zwiedzania. Choć jak później pomyślałem ma to też swoje plusy, bo po przejściu przez kasę każdy idzie w swoją stronę, co nie powoduje ogromnych kolejek przy początkowych wybiegach dla zwierząt. : )

Przechadzając się po ZOO, zmęczeni zwiedzaniem, czasem siadaliśmy na ławeczce i podziwialiśmy różne gatunki zwierząt. Zmęczyć się można, bo spędziliśmy tam 2,5 h, a podejrzewam, że moglibyśmy jeszcze tam posiedzieć. Dodatkowo dla najmłodszych są przygotowane place zabaw, gdzie mogą dać upust roznoszącej je energii. : )

Do dyspozycji zwiedzających są jeszcze knajpki, gdzie można kupić lody, napoje i skromny fastfood. Dla osób ceniących sobie swoje jedzenie lub coś zdrowszego jest też miejsce ze stołami gdzie można usiąść i zjeść własny posiłek. My wybraliśmy właśnie tę drugą opcję. Pod daszkiem, w cieniu. Przyjemnie.

Bardzo miłym akcentem jest wyjście naprzeciw rodzicom małych szkrabów, które trzeba przewinąć w najmniej oczekiwanym momencie, albo choćby nakarmić w zaciszu. W tym celu jest postawionych kilka domków „przyjaznych maluchom”, gdzie znajduje się kanapa, przewijak i kran. Super opcja!

Zamojskie ZOO jak i cały region Roztocza rozwija się w szybkim tempie i to widać. Jest to świetne miejsce dla dzieciaków, które oprócz poznawania nowych, nieznanych dotąd im gatunków mogą zbierać pieczątki ze swojej wyprawy. Nieco starsi z pewnością usystematyzują sobie wiedzę na temat bardziej czy mniej zagrożonych gatunków. 🙂

Z całą pewnością jest to miejsce, gdzie warto przyjechać i spędzić około 2-3 godziny ucząc się przy tym i dobrze bawiąc.

Acha i pamiętajcie….

Do zobaczenia na szlaku,
Kasia i staś.

Łeba rowerem na Wydmy

Mimo że my wybraliśmy się tym szlakiem rowerami to mam nadzieję, że ten krótki wpis przyda się wszystkim tym, którzy chcą się dostać na „Polską Saharę”.

Wypad rowerowy na wydmy rozpoczęliśmy z centrum miasta, a dokładnie z parkingu przy ulicy Powstańców Warszawy (Przy Ośrodku Zdrowia). Informacja jest o tyle istotna, iż większość miasta jest w strefie płatnego parkowania (Poniedziałek – Piątek 8-20). Od tego parkingu strefa się kończy i swobodnie można zaparkować ; )

Jadąc ulicą wzdłuż Powstańców Warszawy skręciliśmy w lewo w ulicę 11 listopada, a następnie zjeżdżając z ronda wjechaliśmy na ulicę H. Sienkiewicza.
Zaraz za mostkiem na ul H.Sienkiewicza, po lewej stronie drogi zaczyna się ścieżka rowerowa, którą dotarliśmy bezpiecznie do kolejnego ronda gdzie skręciliśmy w lewo w „szlak czerwony”. Tu jeszcze przyjemniej, bo jeszcze bliżej natury dojechaliśmy ścieżką do budki, w której kupiliśmy bilety (ceny poniżej).
W tym miejscu trasy mielśmy już przebyte 2,9 km.
Tutaj w okolicy również znajduje się parking, zatem jeśli ktoś chce skrócić wyprawę o ten dystans to jest ku temu okazja (ciężko powiedzieć jak sytuacja parkingowa przedstawia się w szczycie sezonu- my byliśmy na początku czerwca.)

Budka znajduje się po prawej stronie tuż przed betonowymi słupami stojącymi na drodze.

CENNIK:
Bilet normalny 8 zł
Bilet ulgowy 4 zł

Potem nasza trasa to już czysta bajka. Czekało nas 5 km przygody. Szlak rozdziela się na trakt pieszy i dla meleksów (po tym trakcie również jeżdżą rowery).

Na zmęczonych wędrowców czekały wiaty do odpoczynku, ławeczki na tarasach widokowych i chcące się bardzo zaprzyjaźnić KOMARY! Dobrze jest zabrać jakiś środek na te małe potworki, bo jeśli planujecie postój na jedzenie to pamiętajcie, że one też już będą czekały.

Po dotarciu na miejsce mogliśmy zostawić rowery na strzeżonym parkingu po prawej stronie (10 zł/rower) albo przypiąć za darmo do stojaków po lewej stronie. I tu istotne. Czy podróżujemy z rowerami czy z wózkiem dziecięcym warto mieć zapięcie, żeby przypiąć swój jeżdżący sprzęt. Druga kwestia to plecak, żeby wody, kanapek czy aparatu podczas spaceru nie nieść w ręce. Dobrą opcją jest zabranie małego ręcznika, żeby wytrzeć stopy z piasku po skończonej przygodzie.

Po pozostawieniu rowerów powoli rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę w bezkres piasku, co sprawiło nie lada frajdę, ale i lekką zadyszkę : )
Z wydm jest również wyjście na plażę, gdzie przy zachodzącym słońcu można fajnie spędzić czas licząc choćby kamienie : )
My na miejscu spędziliśmy ok. 2 godzin. (Zejście na plaże, wejście na wydmy i masę zdjęć)

Poniżej wrzucamy parę zdjęć i faktów dlaczego tak bardzo warto zwiedzić to miejsce.

Fakty : )

Wydmy położone są na terenie Słowińskiego Parku Narodowego.
Największa wydma zajmuje powierzchnię ok. 500 ha
Najwyższa wydma ma 42 m (Łącka Góra).
Wydmy wędrują z prędkością kilku metrów rocznie.
Przy wędrówce „pochłaniają” one napotkane drzewa, które obumierają. Kompleks tak nazywany jest martwym lasem.

Kasia i staś. : )

Wielka Pętla Bieszczadzka rowerem.

Ilość osób: 2

Ilość dni :1

Czas przejazdu brutto:8h

Długość trasy: 143 km

Kierunek: Lesko – Ustrzyki Dolne – Ustrzyki Górne – Cisna – Lesko

Koszty:

Jedzenie i napoje ok 45 zł /2 = 22,5 zł/os.

Transport: to jest kwestia indywidualna. My wybraliśmy samochód – mojego busa w którym mogliśmy się przespać po trasie i nie było konieczności wcześniejszych rezerwacji więc i u nam odpadło trochę kosztów.

Na pytanie jak można zjeść za 22,5 zł jeśli wydatkowanie mieliśmy na poziomie ponad 3000kCal odpowiadam – jedzenie kupiliśmy wcześniej i gotowaliśmy po przebytej drodze, na trasie dokupiliśmy wodę i jakieś batoniki.

Makarony, sosy, jajka i kiełbaski wliczamy nadal do kwoty całkowitej.

Naszą przygodę rozpoczęliśmy we trójkę wcześnie rano we wtorek. Z Lublina wyjechaliśmy ok 4 co pozwoliło nam być w Rzeszowie ok 7:15. Tam pozostawiliśmy Kasię i we dwóch z Bartkiem ruszyliśmy w stronę Leska. Jadąc jeszcze samochodem przez malowniczy krajobraz dogadywaliśmy resztę szczegółów naszej małej przygody. Kilka dni przed wyjazdem dobrze ogarnęliśmy mapy więc wiedzieliśmy jak chcemy jechać. To znaczy jak zaczniemy pętlę czy w stronę Cisnej czy w stronę Ustrzyk.

Na parking w Lesku dotarliśmy chwilę przed 10 co nie było najlepszym czasem, biorąc pod uwagę, że mamy jeszcze zjeść drugie śniadanie przed jechaniem. I dlatego właśnie wybraliśmy wcześniej że zaczniemy w kierunku Ustrzyk. Własnie ten odcinek to jazda krajówką, dużo większy ruch. Woleliśmy go zrobić na początku, gdzie nie było zmęczęnia, a po drugie dlatego by nie jechać po zmroku jakby coś nas zatrzymało na trasie.

BEZPIECZEŃSTWO NA PIERWSZYM MIEJSCU!!!

O 10:45 ruszyliśmy i jechanie we wrześniowy wtorek okazało się strzałem w dziesiątkę. Ruch mały, przyjemny. Trasa często uczęszczana przez rowerzystów więc samochody mijały nas szerokim łukiem. Krajową 84-kę do Ustrzyk postanowiliśmy potraktować jak dobrą rozgrzewkę, jadąc spokojnym lecz równym tempem między 24-29 km/h. Jedynie sam początek trasy z parkingu wymagał większego wysiłku bo od startu z zastanej nogi mieliśmy podjazd. Potem szło gładko.

Zjeżdżając w 896 w stronę Ustrzyk Górnych znacznie zwolniliśmy, nie było to spowodowane w żaden sposób zmęczeniem, a chęcią doświadczania tego co koło nas. Faktem jest, że pogodę trafiliśmy śliczną! Lekki powiew wiatru i ciepłe słoneczne 22’C dodawały klimatu całej wyprawie.

Jestem z tych co mając zadanie chcą je wykonać jak najszybciej, dlatego przez tydzień wmawiałem sobie, że mam jechać leniwe koło. I katowałem o to Bartka, żeby mnie hamował.

Chyba nie było takiej potrzeby. Każdy następny zakręt, podjazd i zjazd dawał nieocenioną frajdę.

Dojeżdżając do Ustrzyk Górnych miałem najszczerszą ochotę powiedzieć Bartkowi „Chrzanić tę pętlę, skręćmy i zobaczmy co jest na tej polnej drodze”, ale trzymałem się planu.

Ustrzyki Górne są mniej więcej połową przygody i od nich do Cisnej zaczynają się podjazdy. Jest kilka serpentynek i cudowne zjazdy, które z prędkością i widokiem na góry zabierają dech w piersiach.

Widoki Cudowne.

Trochę się bałem tych podjazdów, ale wolne miarowe koło w swoim rytmie szło do przodu. I to było piękne. Ani razu nie zastanawiałem się czy odpocząć na podjeździe bo szło gładko. Jedynie dwa czy trzy razy stanąłem na korbę obciążając bardziej łańcuch. Bartek tak samo.

Dobrze mi się jeździ z Bartkiem, bo każdy kreci swoją kadencję. Każdy z nas wie, że jakby kręcił z kadencją drugiego to by się zmęczył spuchł i cały pomysł na fajny wyjazd padłby. Bo byśmy się męczyli. A tak to luźno, koło za kołem w lekkim dystansie. Idealnie.

Choć było dużo czasu, żeby myśleć staraliśmy się w ogóle tego nie robić… Nie ma sensu rozmyślać nad światem gdy jest się w tak niesamowitych okolicznościach natury.

Najbardziej dłużył mi się etap ostatnich paru kilometrów przed Cisną. Nie był wymagający, a ja nie byłem zmęczony. Choć często jestem w Bieszczadach to zawsze mi się wydaje, że odcinek od ostatniego skrzyżowania dróg do Cisnej to tylko jeden zakręt i już się jest… zawsze mnie to rozczarowuje. Czy jadę samochodem, czy rowerem czy idę ze szlaku na piechotę. Zawsze.

Dojeżdżając do Cisnej zrobiliśmy mały postój. W lokalnym sklepie uzupełniliśmy wodę i kupiliśmy po batonie. Baton był dla mnie nagrodą za „ten jeden zakręt”.

Czekało nas ostatnie mocniejsze wzniesienie, a potem to już na luźnej nodze wykręcenie niecałych 40 km.

I fakt ten podjazd nas zmęczył. Nie był turbo wymagający, nie był nader stromy… ale przynajmniej ja o nim zapomniałem podczas planowania trasy i mega mnie zaskoczył.

Ale, ale pętla ma to do siebie, że suma podjazdów musi się równać sumie zjazdów, więc zaparliśmy się i cisnęliśmy z Cisnej w stronę Leska.

Faktycznie za wzniesieniem było już przyjemnie i z górki.

Do busa dojechaliśmy o 17:45. Równiutko w 8 godzin.

Dobry czas jako, że jechaliśmy na luzie.

Każdemu kto chce zrobić ten szlak po raz pierwszy polecamy właśnie ten kierunek..z Leska w stronę Ustrzyk.

Na nocleg zatrzymaliśmy się w Lutowiskach na parkingu gdzie pięknie widać gwiazdy. Bo noc też była idealna.

Omówiliśmy pokrótce szczegóły kolejnej wyprawy i położyliśmy się spać. Obudziliśmy się na wschód a potem przez cały dzień jeździliśmy samochodem po zakamarkach bieszczackich miejscowości.

Polecamy

ja, staś
no i oczywiście mój kompan przygody Bartek.

P.S. Dzięki stary za ten trip.

Rowerowe Góry Świętokrzyskie

Poleca się na Weekend. – Góry Świętokrzyskie.


Ilość dni: 1 (choć spokojnie jest co robić na dwa dni)
Ilość osób: 2
Dojazd: Lublin – Nowa Słupia- Lublin ok 270 km. – ok 60 zł.
Woda, ciastka owsiane, kanapki – 15 zł Pizza + 2 kawy – 44 zł
Wejście do Parku – 8zł[normalny] /4 zł[ulgowy] (opcja, trzeba zapłacić tylko za niektóre szlaki)
Koszt całkowity: 119 zł / 59,5zl/os.

Góry Świętokrzyskie to bardzo dobry pomysł na weekend zarówno pod względem roweru, jak i spacerów czy odpoczynku mniej aktywnemu na jednym z zalewów.

W przypadku roweru trasy są w dobrym stanie, niekiedy kolorystyka szlaków nie pokrywa się z mapą a oznaczenie kierunkowe można ocenić na 3+. W naszym przypadku to nie przeszkadzało ponieważ mieliśmy plan włóczęgi po pagórkach regionu. Drogi, którymi się poruszaliśmy w dobrym lub bardzo dobrym stanie, a mnogość małych sklepików pozwoliła na bieżące dokupowanie wody, bez konieczności zakupu większej ilości.

Gorzej jest przy szlakach, dochodząc do Św. Katarzyny mamy kilka lokali ale do większego sklepu musimy przejść w kierunku Wilkowa kilkaset metrów. Po drodze, wśród pól i łąk można obcować z prawdziwą naturą i cudownie miłymi ludźmi, którzy zawsze są skorzy do pomocy w odnalezieniu szlaku bądź podpowiedzeniu gdzie jest najbliższy sklep. Jedynym minusem jest to, że w paru miejscach musieliśmy szukać drobniaków po kieszeniach bo nie było możliwości płatności kartą.

Góry Świętokrzyskie to charakterystyczny teren często wspominany na lekcjach geografii między innymi z powodu swojego wieku. Obok Sudetów to jedne z najstarszych gór w Europie. A historia ich wypiętrzeń jest tak rozległa, że warto wrócić do podręcznika i dowiedzieć się po jakich unikatach chodzimy czy jeździmy rowerem.

Miejsce, które nie jest tłumnie odwiedzane… lekko niedocenione… no bo co może zaoferować małe pasmo w południowo-wschodniej Polsce. Otóż, zrobiliśmy tu blisko 96 km rowerem i jeszcze nie raz wrócimy by zmęczyć nogę na lekkim lecz permanentnym podjeździe.

Polecamy,
Kasia i staś.

Bieszczady i Przemyśl(2020)

Bieszczady.
Nie tylko połoniny i Tarnica.


Zakwaterowanie camping – 3 dni(2 noclegi) 138,50 zł
Transport: (ok 640km) 148,14 zł
Bilety (3 muzea) 25 zł/ os. 50 zł
Bilety BPN 8zł/ os. 16 zł
Jedzenie camping (kuchnia własna) – 104,18 zł
Jedzenie Niedziela obiad ( 2x pizza, 2x kawa) – 45,50 zł
Koszt całkowity: 502,32 zł (251,16zł/os.) _ 83,72 zł/os/dzień

Pierwszego dnia po rozłożeniu się na campingu, który od wody (Solina) jest jakieś 30-50 metrów warto posiedzieć chwilę na skalistych plażach bądź wykapac się w ciepłej już wodzie. Należy jednak pamiętać że to góry i w wodzie ukształtowanie terenu też jest pod dużym kątem, zatem momentalnie można stracić grunt pod nogami…. dlatego!!… tylko sprawdzone kąpieliska i ratownik!!

Po chwilowym relaksie nad wodą można wskoczyć na rower i tam jeździć… MTB, przełajem czy szosówką. Jest tu duży respekt dla kolaży i nie spotkałem się z ciasnym wyprzedzaniem na lusterko. Bezpiecznie i miło. Jeśli ktoś woli unikać dróg to też znajdzie sporo tras rowerowych, niektóre są naprawdę przygotowane nawet pod rekreacyjne przejazdy bez uporczywych podjazdów. Ja osobiście wybrałem duży fragment Małej Pętli Bieszczadzkiej. Na trasie jest kilka sklepów, w których kupimy batona czy wodę na dalszą trasę. (można wszędzie płacić kartą) Mapy są czytelne a oznaczenia na drzewach lub słupach są odsłonięte tak żeby się nie zgubić. Ok 75 km po górach… Polecam.

Drugi dzień to spacer po górach. Tutaj oczywiście trasy dobieramy pod swoją sprawność, sprzęt, który mamy i warunki atmosferyczne. Sprzętu specjalistycznego nie trzeba, ale unikałbym coraz powszechniejszej praktyki torebek i trampek. Ponadto jeśli chcemy zobaczyć ostatki bieszczadzkich szlaków warto wybrać się na inne wzniesienia niż Tarnica czy połoniny. My wybraliśmy Bukowe Berdo- Halicz – Wołosate (24 km).

Wejście zaczęliśmy od miejscowości Widełki… mało osób i jest gdzie zaparkować za free. To dało szansę na przejście trasy obcując z naturą. Początek trasy to strome podejście, ale potem widoki rekompensują wszystko i idzie się w miarę gładko. Jedyne utrudnienie to schodki które są ustawione losowo albo na półtora albo na pół kroku 🙂 Trasa czysta, to zaczyna dobrze świadczyć o Nas – turystach. Powrót z Wołosatego to samochodu zaliczyliśmy autostopem.

Trzeci dzień to wylegiwanie się do świtu. Bo trudno jest spać dłużej gdy ma się z okna takie widoki. Cudowny wschód słońca z parującą Soliną budzi tak, że zapomnieliśmy wypić kawy. Leniwie pakując swój mały obóz ok 10 ruszyliśmy w trasę do Przemyśla. (Mieliśmy wybrać się na kajaki, ale chcieliśmy zwiedzić coś jeszcze, a słonce od rana paliło zatem typową wodę na desce czy kajaku odpuściliśmy). Przemyśl to cudne miasto w południowo-wschodniej Polsce. Wielokulturowość tego miasta przenika wszędzie, a mnogość kościołów i jednokierunkowych uliczek przyprawia o zawrót głowy.

Udało nam się pójść do 2 muzeów.
Pierwszy budynek(Muzeum Ziemi Przemyskiej) w zamyśle miał przypominać fragment przemyskiej twierdzy i wyodrębniając go z reszty jest naprawdę ładny… ale… zupełnie się nie komponuje z uliczkami i kamienicami tego miasta. Może za parę lat porośnie trochę bluszczem, to będzie jak znalazł.
Samo muzeum 3+. Oddzielne pomieszczenia są słabo połączone w logiczną całość, a na korytarzach brak strzałek wskazujących kierunek zwiedzania. Do eksponatów są opisy, lecz w innym miejscu gabloty. Jeśli ktoś nie wie co to rapier, albo jaka łuska była do jakiej broni to popatrzy, nie zapamięta i pójdzie.
Muzeum Dzwonów i Fajek robi ciut większe wrażenie, bo opisy są bardziej spójne. No i broni się tarasem widokowym, którego widok rozpościera się na miasto… za to plus. Na tarasie zdjęcia z oznaczeniem budynków, gdzie co się znajduje co pozwala bardziej poznać topografie miasta. To przyjemny akcent tego miejsca. To muzeum 4.
Szybki obiad i w trasę, żeby jeszcze zdążyć usiąść w fotelu przy wieczornej kawie na balkonie upajając się miejskim zachodem słońca.
Wróciliśmy!
My. staś i Kasia.

SUP na Wiśle

SUP poleca się na spływ (Małopolski Przełom Wisły)
Janowiec-Puławy


Ilość dni: 1
Ilość osób: 2
Prowiant: ciastka, woda, 2 banany, 4 kanapki – 13,5 zł
Transport: ok 180km ok 42 zł (Lublin-Janowiec-Puławy-Lublin)
Koszt całkowity: 55,50 zł koszt na 1 osobę: 27,75 zł
(w przypadku spływu kajakiem należy dodać koszt spływu, tutaj warto się do kogoś dołączyć lub popłynąc w grupie bo ceny spływu to ok 150zł, można też pożyczyć kajak lub dechę od znajomych za bombonierkę albo kawę z prądem 🙂

Naszą przygodę z deskami zaczęliśmy w Janowcu, a dokładnie przy przeprawie promowej na Wiśle.
Pozwoliło to w bardzo przyjemny sposób przyzwyczaić się do nurtu i prędkości rzeki na tym odcinku przed podziwianiem widoków Kazimierza Dolnego zupełnie z innej perspektywy. Choć trasa, którą przebyliśmy nie była najdłuższa, bo jedynie 16 km to przepiękne pejzaże pozwoliły nacieszyć oko przez kolejne 4 godziny. Spływ na deskach potraktowaliśmy jak całkowity relaks i wiosła raczej pracowały na najmniejszych obrotach…. po co się spieszyć gdy na Wiślanych wyspach odpoczywają stada cudnych czapli, które co jakiś czas wzbijały się leniwie do lotu, przecinając łoskotem skrzydeł głuchą ciszę…

No właśnie ciszę… płynęliśmy królową polskich rzek, która dała nam widok na infrastrukturę miast i pobliskich dróg to jednak na środku było przyjemnie cicho. Choć moja przygoda z tą rzeką zaczęła się dawno temu to zawsze zaskakuje mnie fakt, że tak blisko można doświadczyć czegoś tak niesamowitego. Wcześniejszy rowerowy wypad po tej okolicy rozpalił na nowo ciekawość do tej rzeki, a sam spływ spowodował, że wrócimy tu znów, tyle że z namiotem, żeby móc od świtu do zmierzchu podziwiać to piękno.

Co do desek… bo przecież każdy normalny człowiek ma deskę gdzieś schowaną w szafie albo co lepsze śpi z nią w łóżku… Nie trzeba mieć desek…w samym Kazimierzu istnieje wypożyczalnia sprzętu wodnego. ( co prawda nie widziałem u nich desek, ale są kajaki i pontony, więc temat techniczny jakby z głowy).

A jest to świetny pomysł na spływ, bo mamy inne spojrzenie na miasteczka, na kamieniołomy, na naturę i na świat. A każdemu czasem przydaje się inne spojrzenie. Mi na przykład to pokazuje dystans do tego co się dzieje wokół. : )Jeśli masz jakieś pytania to śmiało pisz 🙂
Do zobaczenia na wodzie,
My mali żeglarze.
Kasia i staś.

Łódź poleca się …. na weekend.


Ilość dni: 2
Ilość osób: 2
Nocleg: 70,2 zł
Jedzenie: (w tym obiady, śniadania, przekąski na mieście i napoje) – 138,49 zł /2 osoby/2 dni
Paliwo: Lublin-Łódź-Piotrków Trybunalski-Lublin ok 600 km – 139.36zł
Bilety: 20 zł
Koszt całkowity: 368,05 zł
Koszt na osobę: ok 184,03 zł Koszt na dobę/osobę : 92,01 zł

Łódź jakiej chyba nie zna świat…

Przeglądając na gorąco notatki z podróży i surówki zdjęć, które tasuję kolejnym łykiem kawy jestem prawdziwie zaskoczony…. Zaskoczony bo mówiąc znajomym, że na weekend jadę właśnie tam pytali „Po co?” Pozwolę sobie podjąć próbę przekonania Cię jak bardzo to Łódź ma duszę…

Zacznijmy od tego, co każdy raczej wie… Piotrkowska to ulica tak długa i tak pełna wszystkiego, poczynając od restauracji przez pomniki i rzeźby na cudownych podwórkach i muralach kończąc. Tu się dzieje życie… czy jest deszcz czy słońce subtelnie praży, tu bruk nie stygnie od stukotu obcasów, od śmiechów, kaw i kuflów piw. Nic więc dziwnego, że naszą podróż zaczeliśmy właśnie tam. Mimo że staraliśmy się przygotować do wyjazdu żeby wyhaczyć jak najwięcej „ciastek” to wizyta w informacji turystycznej i otwartość ludzi tam pracujących pokazała nam co to jest prawdziwa gościnność. Po kilkunastominutowym wykładzie przy mapie miasta ruszylismy na szlak. Naszym celem były podwórka, murale, fabryki i wszystko co inne.

Każdy kolejny krok przez tą ulicę napawał zdumieniem artyzmu. OFF Piotrowska perfekcyjnie wprowadza w industialny styl miasta w połączeniu ze świetnymi knajpkami. I tu warto by się zatrzymać i rozejrzeć nieco. Mają tu chłopaki rozmach…. ogromne budynki fabryczne pokazują jaka to potęga. A ta ceglana potęga jest moim skromnym zdaniem z lekkością skomponowana z nowoczesną architekturą. Przenikają się subtelnie na każdym kroku, nie ścierają się i nie gryzą, a komponują w spójną całość. Idąc w dół ulicą możemy trafić na jednorożca, na kolejne murale i na kolejne podwórka. Te ogromne prace wielu ludzi i te małe graffiti pojedynczych osób wynoszą na fale i pozwalają płynąc w artyźmie tego miejsca. Dwa skraje ponad czterokilometrowej ulicy prowadzą nas do dwóch fabryk, tak industialnie podobnych, tak bardzo różnych. Jest to niesamowita gratka dla osób, które z architekturą są za pan brat. Istne ciastka na mapie Łodzi. Faktem jest, że niektóre budynki są już raczej ruiną lecz i to dobrze koreluje z odrestaurowanymi częściami zabytków. To w znakomity sposób pokazuje nieuchronny upływ czasu.

Ulica, którą się przechadzaliśmy jest długa, nawet bardzo. Wszystkie zakamarki, zaułki i ciekawe miejsca dają kilkanaście kilometrów w nogach. Przyjemne kilkanaście kilometrów choć wolelibyśmy skorzystac z rowerów miejskich, których niestety jak na lekarstwo… no i stacje tylko w głównych punktach strategicznych. Nasze lekko zmęczone nóżki były niesione od punktu do punktu choćby przez Wróbelka Ćwirka czy Filemona. Postacie z bajek są poukrywane w tej miejskiej dżungli co jest idealnym pretekstem by najmłodsi dowiedzieli się coś o bajkach ale i wybrali się w podróż po parkach i zielencach na wielkie poszukiwania. Jako fanatycy barów mlecznych znaleźliśmy mega fajną knajpkę w podobnym stylu i po zjedzeniu obiadu udaliśmy się jeszcze na króciutki spacer z kawą pitą przy Tuwimie. Stamtąd udaliśmy się by zameldować się w pokoju… na Piotrkowskiej, w cichym podwórku, gdzie mieliśmy wszystko … za 70 zł! Raj. I tak to pierwszy dzień dobiegał powoli końca. Drugiego dnia od rana lekko padało, ale to nie zwolniło nas z obowiązku zwiedzenia całej reszty atrakcji. Getto, cmentarz żydowski, Manufaktura, stary Rynek i wiele innych czyli to co znajdowało się w górę ulicy. Faktem jest że stary Rynek nas nie powalił na kolana oprócz okazałej budowli na placu kościelnym. Ale za to skręcając lekko w lewo znajduje się Manufatura… obecnie ogromny kompleks który jest jedną wielką galerią, ale po części są to budynki dawnej fabryki Poznańskiego. Odrestaurowane budynki i te nowe kreowane na budowle fabryki robią ogromne wrażenie.

Tuż obok całej infrastruktury najduje się kościół drewniany, przeniesiony z innego miejsca… najstarszy, cudny! Schodząc drugą stroną ulicy weszliśmy w Pasaż Róży. Całe podwórko jest w lustrzanej mozaice. Przy przebijającym się słońcu dawało to nieziemski widok. Chwilę mi zajęło zanim w koncu ogarnałem, że nie sposób zrobić idealne zdjecie oddając to miejsce. Tu trzeba być.

Powoli się zbierając zahaczyliśmy o Dworzec, no i tutaj rozmach Łodzian przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Tak skomponować stal, szkło z infrastrukturą okolicznych kamienic i z Centrum Nauki i Techniki to jak dla mnie majstersztyk. Choć pewnie znajdziemy wielu, którym to się nie podoba.

Tutaj do głosu dochodzi gust, a o nim się nie dyskutuje 🙂 Na koniec cmentarz żydowski, tam padający deszcz i szelest kropel po rozpościerającym się bluszczu napawał dreszczem. Warto zatrzymać się tam żeby zobaczyć jeden z najwiekszych grobowców żydowskich na świecie no i grób rodziców Tuwima. Powrót do domu to szybka kawa z pizzą na piotrowskim rynku…

dlaczego w Piotrkowie?! Bo Kasia w stroju mimionka musiała sobie skoczyć ze spadochronem…. ot co!

Reasumując…
Świat dziś zbyt dużo traci patrząc przez pryzmat utartych słów.

Łódź, dziękuję za gościnę, za streetart, za architekturę,
Wam dziś, czapki z głów.
My,Kasia i staś.

Rowerowe pomorskie(2020)

Północ poleca się na parę dni.
(Gdynia-Gdańsk-Hel-Mikoszewo)

Ilość dni: 4 (3 noce)
Ilość osób: 2
Nocleg: 300 zł
Jedzenie: (w tym obiady, śniadania, przekąski na mieście i napoje) – 280,14 zł /2 osoby/4 dni
Paliwo: Lublin-Gdynia-Lublin ok. 1120km, 299,26 zł
Bilety: 2×50 zł+2×15 zł (prom+rower)[pociąg wychodzi taniej];
2x25zł (Centrum Nauki Hevelianum)
Suma: 180zł
Koszt całkowity: 1059.4 zł
Koszt na osobę: ok 529,7 zł Koszt na dobę/osobę : 132,43 zł

Są takie miejsca na świecie w których zostawia się kawałek swojego serca, na zawsze. I to właśnie chyba wyróżnia „zwiedzaczy miejsc” od podróżników, Ci drudzy muszą mieć wystarczająco ogromne serce do wszystkiego co wokół żeby móc jego cząstkę gdzieś porzucić… w nich winno się szukać przyjaciół, tych co rozpalą w nas ogień. – mam cichą nadzieję, że to co napisałem za parę dziesięcioleci będzie cytowane choćby w jakiejś dobrej podróżniczej książce…

Odurzony kawą i lekką muzyką ze słuchawek wpatrując się w walizki, które już są na wpół gotowe do kolejnej lekkiej wyprawy postanowiłem napisać relację z północy. Zatem zacznijmy już.

Dzień I

Dojeżdżając do Gdyni na rozpościerającym się przed nami horyzoncie widzieliśmy rysujące się chmury, które zaczynały się piętrzyć coraz potężniej. Trasa była lekka bo przejechaliśmy ją nocą, zamieniając się co jakiś czas. To dobry sposób by nie stracić dnia po przejechanej nocy. Po szybkim zrzuceniu bagaży do pokoju, zdjęliśmy rowery i przygotowaliśmy sprzęt. Choć obłoczki zmieniły raczej kształt na bardziej agresywny nie zniechęciło nas to do lekkiego szlaku ok 70 km szlakami rowerowymi ( UE 10, 13) do tak ukochanego przez nas Gdańska, gdzie złapał nas srogi deszcz. Po szybkim rekonesansie co się zmieniło przez ostatnie 3 miesiące usiedliśmy w barze gdzie przesympatyczna Pani Ula przyrządziła schabowego z fryteczkami. Po krótkim spacerze wskoczyliśmy na rowery żeby jeszcze na chwilę pokręcić po okolicy zanim wrócimy do Gdyni. I tu warto by się z lekka rozpłynąc nad ścieżkami rowerowymi i kulturą kierujących. Zawsze dobrze jeździło mi się po Gdańsku i Sopocie bo ścieżki są w dobrym stanie i bajecznie oznaczone. Wisienką na torcie są kierowcy, którzy bardzo powaząnie podchodzą do rowerzystów. Ogromny szacun. Faktem jest, że jazda ścieżką rowerową połaczoną z deptakim wymaga cierpliwości, ale wszystko jest dla ludzi. Wszyscy są na wakacjach. I jak ktoś idzie ściezką to i zejdzie przy dzwonku i przeprosi. Dobry dzień.

Dzień II

To był główny powód dlaczego wybraliśmy noclegi w Gdyni. We wrześniu prom na Hel odpływa tylko stamtąd. I pewniakiem jest jedynie godzina 10:00. Reszta godzin jest okryta tajemnicą… zbierze się ekipa na prom płyniemy, nie zbierze nie płyniemy… w sumie brzmi jak sens. Ogólnie ceny nie są z tych najniższych, bo 50 zł/os +15 zł rower. Pociąg wychodzi taniej, ale stwierdziliśmy, że nie codziennie pływamy tym promem i chcieliśmy zrobić całą pętelkę. Po zejściu z promu o 11:15 uderzyliśmy na koniec helu żeby zobaczyć gdzie się kończy Polska, a zaczyna woda. I tak wzdłuż tego ogonka na mapie jechaliśmy aż do Władysławowa a potem do Rewy, by dojechać do Gdyni. I tutaj nawet największa maruda przyzna, że ta ścieżka jest po pierwsze w pełni bezpieczna po drugie jest mega utrzymana. Miejscami Asfalt na ścieżce mieliśmy lepszy niż na drodze obok. Była kostka fakt. Ale w dużej mierze była mocno utwardzona droga. Mocno, bo jeśli przejechaliśmy na luzie przełajem i szosą na turystycznej gumie to musiało być cacy. Oznaczenie… jak po nitce do kłębka. Bardzo dużo Parkingów dla rowerów. Fajnie opisane miejsca z opisem roslinności i zwierząt na danym terenie. Czysto, naprawdę czysto. Polecamy, szczególnie Hel – Władysławowo dla całych rodzin. Bo bezpiecznie, a i wiedzy można coś uszczknąć. Rewa to głównie zachód i wyjście w morze. Widok tak nieziemski, że kolana miękną. Film oddaje zaledwie część, ale musisz mi wierzyć – sztos! W sumie ok 80- 87 km (wyłączył się zegarek po drodze, taki psikus)

Dzień III

Plan był na Łebę i żeby tam pośmigać ścieżkami aż pod wydmy… plan, bo pogoda pokazała, że ma wobez nas ciut inne plany. Niby z cukru nie jesteśmy, ale zaraz góry, a i wiatr na ryj nie napawa optymizmem. Tak! To był ten dzień, w którym nie chcieliśmy szlifować naszych i tak już silnych charakterów. Dlatego z całą naszą mocą wjechaliśmy w Centrum Nauki Hevelianum. No i tu się zaczęło. Jak dzieci, ku#$a jak dzieci! Wystawy gdzie trzeba samemu działać, żeby sprawdzić swój refleks, doświadczenia wyjaśniające zawiłości arytmetyki czy prawa fizyki… Kasia ma nawet zdjęcie z niedźwiedziem! 3 godziny! 3 godziny przedniej zabawy. I dla dzieciaków i dla dorosłych. Dodatkowo ogromna wystawa o ekologii o segregowaniu i o konsekwencjach płynących z tego, że robimy coś na przekór temu gdzie mieszkamy. Moim zdaniem jest to pozycja obowiązkowa, nie tylko dla uczniów. Potem oczywiście Gdańsk, w centrum akurat był zlot jachtów… i tu stałem jak dziecko. Bo to coś niesamowitego jak potęga konstruktorów inżynierów spotyka się z potęgą jaką jest woda i jeszcze współgra ze sobą. Na deser chwyciliśmy Sopot. Czyli moje małe dzieciństwo, w którym brzoskwinia z piachem nabierała smaku. Ale smak się zmienia. Próbowałem tego rarytasu z dzieciństwa… ogólnie wrażenia raczej skrajne 🙂

Dzień IV

Powrót, ale przed powrotem nie można tak po prostu wyjechać. Ujście Wisły, królowej polskich rzek w Mikoszewie. Sporo pływamy po Wiśle, a i ja kiedyś rozpalony marzeniem (którego do końca nie zrealizowałem) w związku z tym chciałem chciałem dopłynąc właśnie tam. Widok potęga. Choć nie mieliśmy już czasu na eksploracje terenu rowerami to widzieliśmy fragmenty jak szliśmy i wrażenia jak z całości wyjazdu.. .nieziemskie! Nie mieliśmy czasu, bo ja jestem raczej z tych zero jedynkowych i dla mnie być nad morzem ale się nie kąpać to jak nie być. Proste. I co jest piękne? Niedziela, południe, a ludzi jak na lekarstwo. Bo wrzesień. Tu poza centrum życie wraca do swojego innego spokojnego nadmorskiego biegu. Tu przypływy wyznaczają czas. Tu się lepiej pije kawę wtedy, słońce ma lepszy smak, a i książki jakoś bardziej w głowę wchodzą. I tak to kończę dopijać kawę, spoglądając na tą co to po pokoju się krząta, szukając wśród walizek jeszcze paru wspomnień… No nic zbierać się czas na kolejną wyprawę.

Pisz jeśli będziesz chciał wiedzieć więcej
My,
Kasia i staś.